sobota, 30 kwietnia 2016

V

Ledwo się ocknęłam, a już przyszło mi mierzyć się z kompletnym brakiem rozpoznania otoczenia, co wywołało niewielki atak paniki. Chyba spodziewałam się pobudki wśród czerwonych ścian, z kawałkiem ciasta pozostawionym na podłodze, zamiast tego byłam sama w wynajętym, niewielkim pokoiku w zajeździe, a za ścianą ktoś chrapał. Nie czułam się tu zbyt komfortowo, ale przynajmniej udało mi się wypocząć.
Westchnęłam ciężko, przewracając się na bok. Wypocząć, jasne. Powieki ciążyły mi niczym po zarwanej nocy, zaś całe ciało wydawało się być zrobione z ołowiu. Gdybym mogła, zapewne przeleżałabym bezczynnie jeszcze co najmniej godzinę, nie myśląc o niczym. Niestety, chrapanie z sąsiedniego pokoju było nie do zniesienia, powoli ogarniała mnie irytacja. Poza tym powinnam już wychodzić, by stawić Papyrusowi czoła, jednak nie potrafiłam znaleźć w sobie na to dość odwagi. Nie wiedziałam, czego się spodziewać, ostatnim razem walka skończyła się właściwie na samym początku.
Bałam się i diabelsko mi to nie odpowiadało.
Żeby zaangażować narządy do działania, chwyciłam ukryty pod poduszką telefon, by sprawdzić spis połączeń. Nikt się o mnie nie dopominał.
Zupełnie jak na Powierzchni - uśmiechnęłam się gorzko. Czułam się zawiedziona, liczyłam, że mamie zależało na sprawdzeniu, czy wszystko ze mną w porządku. Brak prób kontaktu odebrałam poniekąd niczym postawienie na mnie krzyżyka.
- Przychodzili. Odchodzili. Ginęli. Moje naiwne dziecko...Spojrzałam w sufit, przyciskając telefon do piersi.
Może... może nie dzwoni... bo boi się, że nikt nie odbierze...? Ile dzieci straciła do tej pory? Na pewno o wiele za dużo. Nagle zrozumiałam ciszę z jej strony. Nie zostałam spisana na straty. Po prostu Toriel nie wytrzymałaby kolejnej straty; nie kontaktując się ze mną, dawała sobie szansę, by w jakiś sposób uporać się z moim odejściem.
Ta myśl w trudny do wyjaśnienia sposób była mi potrzebna. Wraz ze zrozumieniem zyskałam dość siły, by odrzucić kołdrę i pozbierać się. Zasłałam łóżko, rozczesałam kołtun i narzuciłam na siebie szarą bluzę, wyciągniętą wcześniej z plecaka.
Pamiątka z Powierzchni, heh. 
Zebrałam jeszcze włosy w kitkę, żeby oszczędzić sobie kłopotu z późniejszym ich rozplątywaniem i mogłam opuścić zajazd. Zamknęłam pokój, chwyciłam klucz i szybko zbiegłam po schodach na dół, do recepcji. Prowadząca noclegownię wydawała się zdumiona moim wyjściem.
- Oh, witaj! Wyglądasz na niesamowicie wyspaną.
- Prawda, spałam wybornie.
- To nieco zaskakujące. Byłaś na górze jakieś pięć minut...
Zdumienie słowami potwora znalazło odzwierciedlenie w mojej niebywale głupiej minie, która bardzo rozbawiła skrytego za ladą króliczego malucha, zapewne dziecko właścicielki.
Chwila, czy ostatnim razem za ladą nie stała pacynka...?
- Kochanie, śmianie się z innych jest niegrzeczne - króliczyca napomniała łagodnie rozchichotane dziecko.
- A-a-ale mamusiu, ta pani tak śmiesznie się krzywi...
- To nadal nieuprzejme.
- Nie szkodzi, proszę się nie martwić - potarłam skroń, uśmiechając się nieśmiało. Spojrzałam w roziskrzone oczy króliczka i nadęłam mocno policzki, jeszcze bardziej zniekształcając twarz. Potworek nie posiadał się z wesołości, która udzieliła się również mi. - To, mój drogi, jest prawdziwie śmieszna mina.
- No, doprawdy... - chociaż króliczyca starała się udawać niewzruszoną, to i ona w końcu pozwoliła sobie na uśmiech. Nachyliła się do kasy, co wzięłam za próbę zamaskowania chwili słabości, jednak w tym samym momencie usłyszałam brzęk monet. - Proszę, zwracam ci pieniądze. Zapłacisz mi, gdy zatrzymasz się na całą noc, w porządku?
Nigdy nie radziłam sobie z takimi sytuacjami; chociaż uważałam, że właścicielka powinna zatrzymać należność, to jednocześnie nie potrafiłam w żaden sposób tego wydusić. W końcu pokręciłam głową.
- N-n-nie, p-proszę zatrzymać... Naprawdę, to żaden kłop... - silny skurcz żołądka sprawił, iż stęknęłam nieelegancko. Przyciskając dłonie do brzucha, pochyliłam się. Potwór wyglądała na szczerze zaniepokojoną.
- Wszystko w porządku...? Źle się czujesz?
- N-nie... To tylko... ekhem, po prostu zgłodniałam - wytłumaczyłam, rumieniąc się z zażenowania. Że też organizm nigdy nie wypracował subtelniejszego komunikatu o głodzie, kiszki zawsze szarpały się agonalnie.
- Oh, rozumiem. Cóż, mogłabym polecić ci knajpę Grillby's, skoro potrzebujesz coś zjeść, ale tego nie zrobię. Zamiast tego proponuję  odwiedzić sklep obok. Prowadzi go moja siostra, która ma w ofercie kilka znakomitych przysmaków.
- Na pewno tam zajrzę... - wyprostowałam się, jedynie po to, by pożegnać króliczą rodzinę ukłonem. - Dziękuję serdecznie za... "nocleg", do widzenia.
- Do widzenia, wpadnij kiedyś na całą noc - właścicielka machała łapką jeszcze chwilę po tym, jak opuściłam zajazd, widziałam to przez skromny witraż umieszczony w drzwiach. Dopiero teraz uważnie przyjrzałam się tabliczce zawieszonej nad wejściem.
Snowed Inn
To jest piękne.
*Festiwal kiepskich żartów uważam za rozpoczęty na dobre.
Po krótkim odpoczynku nawet chłód miasteczka nie wydawał się tak druzgoczący jak wtedy, gdy wyszłam z Ruin. Nie drżałam, jednak w okolicy zatok czułam nieprzyjemny nacisk. Westchnęłam ciężko, świadoma, cóż ucisk ten oznacza.
Powinnam się stądz zbierać, zanim do reszty zachoruję - pomyślałam, markotniejąc. Odszukałam wzrokiem szyld sklepu i szybko weszłam do środka, gdzie ponownie otulona zostałam przez przyjazne ciepło, niosące zapach sosnowych desek, żywicy i, co osobliwe, cynamonu, aczkolwiek aromat ten był najsłabszy.
Brakuje toffi. Brakuje pasty do podłóg. 
-  Witaj, wędrowcze, w czym mogę służyć? -  za przeszkloną ladą oczekiwała wysoka królicza postać o fioletowym futerku, po głosie poznałam, że mam do czynienia z kobietą. Jej twarz ocieniał kapelusik z dziurami na długie uszy, które drżały, łowiąc każdy dźwięk, łapy zaś trzymała splecione na piersi. Uśmiechała się pogodnie, jednak mimo wszystko czułam się odrobinę speszona jej obecnością.
Wcześniej było tu tak pusto...
- Ja, umm... W-w Snowed Inn powiedziano mi, że znajdę tu znakomite jedzenie, a... cóż... - przerwałam, pozwalając żołądkowi zabrać głos. Po sklepie przetoczył się dźwięk podobny pomrukowi burzy. - Jak słychać...
- Rozumiem. Ah, kochana siostra. Jak zawsze, dba o moje interesy... - sprzedawczyni roześmiała się. - Bez fałszywej skromności mogę polecić ci najlepsze w całym Snowdin cynamonowe króliki. Najlepsze, ponieważ tylko ja zajmuję się ich pieczeniem.
Spojrzałam na ułożone na wystawce bułeczki, obrobione za pomocą noża przybrały kształt króliczków. Wyglądały niezwykle uroczo.
- Ile kosztuje jeden...?
- Dwadzieścia pięć monet.
Zastanawiało mnie, czy to wysoka cena. Nie miałam żadnego punktu odniesienia, zatem jedyne, co mi zostało, to przyjęcie faktu bez dalszego jego roztrząsania. Zebrałam sporo złota, które powoli przestawało mieścić się w kieszeniach. Poza tym jelita bez skrupułów przypominały, jak mocno potrafią się spiąć.
- P-poproszę zatem trzy - odliczyłam szybko należną kwotę, którą położyłam na blacie. Sprzedawczyni opakowała trzy bułki w zwykły, brązowy papier, po czym wręczyła mi je do rąk. Nie przejmując się zachowaniem kultury, odwinęłam papier z jednej z nich i zatopiłam w niej zęby.
- Tak swoją drogą, skąd pochodzisz? - zainteresowała się potwór. Kawałek królika, odgryziony chwilę wcześniej, niemal całkowicie zablokował się w tchawicy, utrudniając mi oddech. Nie spodziewałam się takiego pytania. Brak zainteresowania moją różną od potwornej aparycją sprawił, iż nie pomyślałam o ewentualnych kłopotliwych dociekań. Szczerze - miałam nadzieję, że jeśli będę szła dostatecznie szybko, z kapturem naciągniętym na głowę, uniknę niepotrzebnej uwagi.
Przynajmniej nikt do tej pory, nie licząc Sansa i Papyrusa, nie dostrzegł we mnie człowieka.
- Możesz udawać dla niego człowieka?
Sekundy mijały, a ja nadal nie odpowiedziałam sprzedawczyni, patrzącej na mnie z zainteresowaniem. Odchrząknęłam, czując, jak kęs słodkiego królika w końcu zjechał niespiesznie ku żołądkowi.
- Ja, um... Jestem... Z zachodu - rzuciłam nonszalancko, wpatrzona w bułkę.
- Zachodnie jaskinie, huh? Prawdę mówiąc, myślałam, że przychodzisz ze stolicy. Dużo czasu minęło, odkąd widziałam tu jakąś nową twarz. Turystka?
- Cóż, nie. Wędruję raczej z przymusu...
- Tak myślałam. Nie przypominasz nawet turystki.
To komplement, obelga czy stwierdzenie faktu?- W każdym razie, witam cię ciepło, mimo klimatu. Mam nadzieję, że zabawisz tu na dłużej.
Ponownie ugryzłam cynamonkę
- Co można tu robić? - przekrzywiłam zaciekawiona głowę. Sprzedawczyni zastanowiła się przez moment.
- Hm. Grillby ma jedzenie. Biblioteka informacje. Jeśli będziesz zmęczona, możesz odwiedzić zajazd mojej siostry, ale to już wiesz... A jeśli szukasz rozrywki, wystarczy, że wyjdziesz na zewnątrz i popatrzysz na te szurnięte szkielety, zajęte swoimi sprawami. Jest ich dwóch, to chyba bracia...
- Oh, na nich zdążyłam już wpaść - wtrąciłam, kończąc bułkę. Nawet nie zauważyłam, kiedy zjadłam całego króliczka. Smak cynamonu wżerał się w język, budząc we mnie nostalgię. Ledwo powstrzymałam smutne westchnienie.
Wybacz, mamo.
- Doprawdy? No nieźle. I jak?
- Całkiem w porządku. To było... orzeźwiające - zachichotałam. - Skąd wzięli się w miasteczku?
- Nie wiadomo. Szczerze, pewnego dnia po prostu się pojawili... i tak już zostali. Niewątpliwie z ich przybyciem Snowdin stało się o wiele bardziej interesujące.
Nie śmiem wątpić.
- Miasto wygląda na bardzo spokojne... Jak się tu żyje?
Króliczyca zmarszczyła brwi, przestraszyłam się, iż poruszyłam temat tabu.
- Tak jak wszędzie, tak jak zwykle. Nieco klaustroboficznie, ale... - zmarszczone oblicze złagodził nieśmiały uśmiech. - W głębi duszy wszyscy wierzymy, że nadchodzi wyzwolenie. Tak długo, jak ta nadzieja płonie w naszych sercach, możemy zaciskać zęby i iść dalej, dzień za dniem... Na tym w końcu polega życie, nie sądzisz?
Skinęłam tylko głową.
- Spójrzcie. Uwolniłam was. Nie wiążą was ciała, relacje, zmartwienia. Nie cieszycie się? - odezwałam się w pustkę.
Lecz nikt nie odpowiedział.
- Wszystko w porządku...? Zbladłaś... - głos sprzedawczyni przypomniał mi, gdzie znajdowała się rzeczywistość. Zachwiałam się, cofając o krok. Potrząsnęłam głową.
- To przez głód. Długo nie jadłam...
- Jeśli potrzebujesz, mogę zaproponować ci Bisicle. Jedynie piętnaście monet, a starczy na dwa razy.
Mruknęłam aprobująco, wyciągając kolejne piętnaście monet. Kilka razy musiałam przy tym odgarnąć niepokorną, przydługą już grzywkę, której nie mogłam w żaden sposób ujarzmić. Syknęłam w rozdrażnieniu.
- Czy na stanie znalazłoby się coś, czym mogłabym osłonić czoło przed atakiem włosów? - jęknęłam, przytrzymując desperacko pasma dłonią. Sprzedawczyni uśmiechnęła się.
- Być może, być może... - obróciła się w stronę regału, z którego ściągnęła brązowo-pomarańczową chustę. - Bandana chyba się nada, prawda?
Materiał bandany był cienki, w niektórych miejscach prześwitywały przetarcia. Sama chusta wyglądała na dość starą, nawet pachniała jak relikt wyciągnięty z szafy po wielu latach.
- Znalazłam to dawno temu. Początkowo sądziłam, że ktoś to zgubił, a skoro tak, będzie chciał odzyskać. Wszystkie zagubione przedmioty trafiają do sklepu. Minęło jednak sporo czasu i właściciel nie pojawił się, zatem chyba mam prawo to sprzedać.
- Ile?
- Pięćdziesiąt.
Cena dwóch bułek? Czy to niezbyt absurdalny koszt? W końcu bandana miała swoje lata, nie była poza tym najpiękniejsza.
Z drugiej strony wstążka nie sprawdzała się w roli opaski, a do walki z Papyrusem potrzebowałam szerokiego pola widzenia. Pieniędzy i tak niespecjalnie mi ubywało.
Bez słowa podałam monety króliczycy, odbierając z jej łap chustę. Chwilę później zastąpiłam nią wstążkę.
- I jak to wygląda?
- W porządku, tak myślę. Ale chyba bardziej pasowała do ciebie tamta wstążka - potwór uśmiechnęła się, otwierając kasę. Wydane monety brzęczały, uderzając o siebie.
- Cóż, sama chyba lepiej czuję się we wstążce - potarłam się po potylicy i zaszurałam stopą. - Ale na ten moment bandana bardziej mi się przyda. Bardzo za wszystko dziękuję, do widzenia.
- Do widzenia. Zapraszam następnym razem.
Wyszłam ze sklepu. Zamiast jednak skierować się w kierunku granicy miasta, wbiłam wzrok w szybę wystawową. Chusta dobrze przytrzymywała grzywkę, a w połączeniu z rękawicami sprawiała, iż przypominałam w pewien sposób wojowniczkę.
Oto moja bojowa forma. Uniosłam dłonie zaciśnięte w pięści. Ale... Nie potrzebuję jej. Przecież nie walczę.
Wzruszywszy ramionami, ruszyłam spod sklepu w stronę dużej, pięknie przystrojonej choinki, przy której odziany w grubą bluzę niedźwiedź troskliwie poprawiał kokardy na ułożonych pod drzewkiem pakunkach.
Do Gwiazdki zostało sporo czasu... Prawda? Właśnie, ile? 
Nagle uświadomiłam sobie, że już wcześniej widziałam tego potwora. Wchodząc do miasta, kątem oka zauważyłam, że niedźwiedź zajęty był sprawdzaniem, czy wstążki na paczkach są wystarczająco dobrze zawiązane. Zmęczenie sprawiło jednak, iż niezbyt zawracałam sobie głowę tak szczegółami.
Wyglądało na to, że naprawdę od mojego przybycia do chwili obecnej nie minęło więcej niż kilkanaście minut. Nie potrafiłam tego pojąć, cały czas towarzyszyło mi przeświadczenie, iż gdzieś zgubiłam przynajmniej parę godzin.
Spojrzałam na niedźwiedzia. Potem na szczebioczącą króliczycę, która wyprowadzała na spacer innego królika, podobnego do niedużego pompona. Kilka metrów dalej inny niedźwiedź, oparty o ceglaną ścianę, oddawał się rozmyślaniom. Za choinką stał bezręki dzieciak, przypominający dinozaura. Przyglądał się prezentom z szerokim uśmiechem.
Miasto było całkiem spokojne. Wszystko toczyło się swoim niespiesznym rytmem, kompletnie różnym od dynamizmu znanego mi z powierzchni. Nikt nie musiał się spieszyć. Nikt nie potrzebował się spieszyć, zatem dlaczego czas miałby szybko upływać?
Prostota tej prawdy była obezwładniająca. Poczułam się, jakby wręczono mi do ręki zegar, który dawał mi minuty na wyłączność.
Skoro o tym mowa, przypomniałam sobie o ambitnych planach penetracji lasu. Wiedziałam, że gdy opuszczę Snowdin, stracę szansę na spacer. Teraz byłam wypoczęta i w miarę syta, zatem nic nie stało na przeszkodzie, by wcielić pomysł w życie. Zawróciłam i pobiegłam w kierunku mostu, łączącego miasto i las.
Gdy dotarłam na miejsce, padałam ze zmęczenia. Kręciło mi się w głowie, płuca i zatoki bolały. Rozkaszlałam się na tyle mocno, że musiałam oprzeć się o pal, wokół którego okręcono sznury podtrzymujące całą konstrukcję mostu.
Nie ma mowy. Nie zawrócę tylko dlatego, że dopadło mnie przeziębienie! 
Kiedy atak kaszlu minął, wyprostowałam się i dziarsko wkroczyłam na deski. Naiwnie wierzyłam, że nie pozwolę organizmowi na przeszkodzenie w wycieczce przez lodowe pustkowie. Co chwilę musiałam się zatrzymywać, by spokojnie się wykaszleć; nim dotarłam do połowy mostu, szalik oraz prawy rękaw bluzy były już przesycone wyplutym przeze mnie, wilgotnym powietrzem.
I oczywiście jakiś potwór uznał, iż jest to wspaniała okazja do wciągnięcia mnie w Stan Gotowości - usmarkaną, kaszlącą, załzawioną. Dokładniej uznał to za stosowne Ice Cap oraz...
Niewiarygodnie dziwne stworzenie, którego nigdy wcześniej nie spotkałam. Potwór przypominał swoim kształtem schematyczny statek kosmiczny, trzymał się na czterech krótkich nóżkach, zaś dwie macki, wyrastające z boków ciała, poruszały się stale falującym ruchem. Wydęte usta miał usmarowane proszkiem przypominającym resztki serowych chrupek, zaś małe, świdrujące oczka wpatrywały się we mnie przeszywająco. Skrzywiłam się z odrazą.
Dobry Boże, co za szkarada.
*To Jerry. Wszyscy znają Jerry'ego.
Jestem pewna, że wcześniej się na niego nie natknęłam. 
Kontemplowanie ohydnej aparycji Jerry'ego sprawiło, że niemal całkiem zapomniałam o obecności Ice Capa, któremu brak uwagi bardzo się nie podobał. Tak jak przy pierwszym spotkaniu, znalazłam się między zygzakowato ułożonymi długimi soplami. Przetrwałam atak, ale coś mnie w nim zaniepokoiło.
Wydaje mi się, czy te sople jakoś tak długo mi zagrażały?
*O dwie sekundy dłużej niż zwykle. To dzięki Jerry'emu.
Powoli zaczęłam czuć złość na dziwną przybłędę. Przykry dla oczu, bezużyteczny i jeszcze przez niego miałam większą szansę zginąć. Tymczasem kreatura otworzyła usta, by zapytać:
- Ktoś mnie potem podwiezie do domu?
- Nie liczyłabym na to - syknęłam w odpowiedzi, zastanawiając się, czy delikatna sugestia sprowadzająca się do użycia kija i obicia spowoduje, iż Jerry się oddali.
- OK, ja cię też będę ignorował! - Ice Cap, kompletnie ignorując istnienie maszkary, która widocznie przypałętała się z nim przez przypadek, by zyskać odrobinę uwagi, wytoczył ciężkie działa - dosłownie. Pod moimi stopami wyłoniło się kilka białych armat. Jedna z nich zamigotała na czerwono, co odebrałam jako sygnał do uniku - słusznie, bowiem działo wystrzeliło kilkoma soplami. Potem następna armata zalśniła. I kolejna. Odskakiwałam od nich, uskakiwałam przed ściąganymi przez grawitację pociskami, każda sekunda wydawała się wiecznością.
Ice Cap w pewnej chwili odwrócił się, obrażony. Jerry zajęty był oblizywaniem macki i nic nie mówił. Uznałam, iż mogę już opuścić Stan. Oszczędziłam naburmuszonego potwora, jednak druga maszkara nie wyglądała na chętną do zostawienia mnie.
- Teraz mnie podwieziesz?
- Nie, do diabła - warknęłam, odpędzając go zniecierpliwionym ruchem dłoni, w tym samym momencie kichnęłam. Kilka kropel zielonkawej wydzieliny uderzyło w stworzenie. Nie wydawał się szczególnie zainteresowany faktem, iż właśnie na niego nasmarkałam, starł jedynie śluz i, wzruszywszy ramionami, oddalił się. Nareszcie.
Tkwiłam na moście jak głupia, drżąc z zimna. Wyglądało na to, iż plany dotyczące wycieczki musiałam mimo wszystko przekreślić. Wyjście z tego lodowego bieguna było priorytetem.
Wróciłam do Snowdin, niezadowolona z samej siebie. Minęłam sklep, Snowed Inn i miałam właśnie ominąć świąteczne drzewko, jednak ciekawość wzięła górę. Podeszłam do niedźwiedzia, wciąż zajętego kontrolą jakości pakunków.
- Szykujecie się do Gwiazdki? Czy to nieco nie za wcześnie?
Potwór, szczerze zdziwiony faktem, że ktokolwiek ośmielił się go zaczepić, spojrzał na mnie nieco skonsternowany.
- Gwiazdka? O czym mówisz?
- N-no... choinka... prezenty... to wszystko... - zatoczyłam dłonią łuk. - ...to wszystko nie jest na Gwiazdkę?
Niedźwiedź podrapał się po głowie.
- Nie jesteś stąd, co? Wiedziałabyś, czemu ozdabiamy to drzewko.
- Fakt, nie pochodzę ze Snowdin, tylko z zachodu - posłużyłam się wcześniejszym oszustwem, by nie wyjść na przybłędę znikąd. - A jakaż tradycja wiąże się z tą... sosną?
- Jodłą - poprawił mnie potwór. - Wszystko zaczęło się od złośliwego dowcipu kilkorga okropnych nastolatków. Dokuczały pewnemu potworowi, "dekorując" jego podobne drzewkom rogi lizakami, łańcuchami... Przez to wszystko zaczęliśmy dawać biedakowi prezenty, usiłując poprawić mu tym samym humor. Potem jakoś stało się to tradycją - układanie podarunków pod przyzdobionym drzewkiem.
Uśmiechnęłam się, słysząc tę historię. Musiałam przyznać, że było to naprawdę ciekawe.
- Dziękuję za opowieść - skłoniłam się grzecznie.
- Nie ma za co - odburknął niedźwiedź, wracając do swojego zajęcia. Okrążyłam drzewko, podziwiając zawieszone na nim ozdoby. Nasyciwszy wzrok estetycznie sympatyczną choinką, ruszyłam dalej.
Brnęłam naprzód, co jakiś czas poprawiając osuwający się szalik. Ilość potworów przy głównej ulicy napełniał mnie czymś podobnym do zdziwienia. Nie spodziewałam się, że Snowdin było domem dla tak wielu istnień.
Nie mogłam się tego spodziewać, bowiem gdy pierwszy raz tu przybyłam, miasto było zupełnie niczym...
...martwe.
Mijałam właśnie dwa potwory, które pogrążone były w rozmowie. Jeden z nich, podobny do myszki z olbrzymimi uszami, westchnął smutno.
- Wszyscy się śmieją, rzucają żartami, usiłując zapomnieć o dręczących nas problemach... Jest ponuro, jest tłoczno, nie ma światła słonecznego...
- Słuchaj, wszyscy wiemy, że Podziemia mają swoje problemy. Uśmiechamy się, bo i tak nic z tym nie możemy zrobić, zatem po co popadać w jeszcze większe ponuractwo? - odpowiedział jej spokojnie towarzysz - stworzenie wyglądające niczym demoniczna, ognista ćma.
- Wiem, wiem! Ah, chcę tylko powiedzieć... Chętnie bym do nich dołączyła, ale nie jestem taka zabawna.
- Nie martw się. Mogę cię nauczyć.
Nie wiedziałam, czemu ten dialog tak mnie zainteresował. Nie chcąc wyjść na dziwadło podsłuchujące bez powodu, zmusiłam się do marszu. Skręciłam w kierunku rzeki, nigdy tam nie byłam.
Znalazłam się między parterowymi, niskimi domkami a tajemniczą, jednobasztową fabryką, odgrodzoną drewnianych płotkiem. Na końcu zaułka majaczył ośnieżony brzeg rzeki. Przed jednym z domków para dzieci-kamyków, doglądana przez ojca, spierała się w kwestii zabawy w "ludzi i potwory". Muskularny wilk zajęty był wrzucaniem wytworzonych w niedużej wieżyczce bloków lodu do rzeki.
Każdy zajęty był przeżywaniem dnia na swój sposób. Praca, zabawa. Zupełnie jak na powierzchni. I dopóki nie wydarzy się nic dramatycznego, mieszkańcy będą spokojnie żyć, oczekując cicho zapowiedzianego zbawienia.
Nie miałam tu nic więcej do zobaczenia czy zrobienia, dlatego wróciłam na główną ulicę. Minęłam spory budynek, opatrzony znakiem BILBIOTEKA, przeszłam obok dwóch skrzynek na listy. Nie zainteresowałabym się nimi, gdyby nie fakt, iż jedna z nich, pusta, została podpisana "PAPYRUS".
Zatrzymałam się przed nią. Sąsiadująca skrzynka, niewątpliwie należąca do Sansa, była po brzegi zapchana śmieciową pocztą pokroju ulotek reklamowych oraz zaproszeń na wydarzenia niewpisujących się w zainteresowania adresata.
Zaczęłam się zastanawiać, czy nienaganna pustka w skrzynce młodszego z braci wynikała z jego zamiłowania do porządku, czy może nikt do niego niczego nie wysyłał. Nawet niechcianych ofert. Zupełnie jakby nie istniał.
Poklepałam skrzynkę, która odpowiedziała głuchym stukotem, przenosząc wzrok na dom, przed którym skrzynki stały. Musiałam przyznać, że wydawał się całkiem ładny. Jednopiętrowy, zbudowany z desek. Jedną z kolumn podtrzymującą daszek ganku okręcono czerwono-zielonymi lampkami choinkowymi, takie same ozdabiały dach i poręcz balkonu, na drzwiach frontowych zawieszono wieniec ostrokrzewu. Z okien biło ciepłe światło. Cały dom wyglądał niczym wycięty z kartki świątecznej i idealnie komponował się z zimowym miastem.
*Zachowujesz się, jakbyś to wszystko widziała pierwszy raz.
Za pierwszym razem przemierzałam miasto biegiem. Nie miałam okazji podziwiać widoków oferowanych przez Snowdin i dobrze o tym wiesz.
*To bez znaczenia. Idź, zamarznięta lub złożona chorobą staniesz się bezużyteczna.
Nie mów mi, co mam... - zaczęłam kaszleć tak gwałtownie, jakbym za chwilę miała wypluć z siebie płuca. Niechętnie wykonałam polecenie głosu i ruszyłam.
Chwila... Zbliżamy się do końca Snowdin.
Kątem oka wychwyciłam kontur małego igloo, umiejscowionego między domem a niedużą szopą. Wydawało się za małe na dzieło któregokolwiek z braci. Pomyślałam o psie, którego Papyrus pragnął wykorzystać w "rękawicy śmiertelnego terroru". Może igloo było jego budą.
Ścieżkę przede mną spowijała gęsta, mroźna mgła. Jej obecność wydawała mi się o tyle dziwniejsza, iż mleczne opary zdawały się utrzymywać w jakichś konkretnych granicach, nie rozprzestrzeniały się dalej niż na ostatnich kilku metrach Snowdin. Z oszalale bijącym sercem wkroczyłam w biel.
Pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy, gdy mgła całkowicie mnie otoczyła, dotyczyła ślepoty. Jako osoba o słabym, stale pogarszającym się wzroku, wielokrotnie zastanawiałam się, jakiego koloru jest brak widzenia. Zawsze sądziłam, iż ślepego człowieka otacza czerń. Potem pomyślałam o przestrzeni, do której trafiają umarli, o ile trafiają gdziekolwiek. 
Czy jeszcze mogę umrzeć w sposób nieodwracalny?
- CZŁOWIEKU.
Zmrużyłam oczy, zauważając niewyraźny zarys wysokiej postaci. Po imponującej posturze i donośnym głosie poznałam w niej Papyrusa.
Tętno przyspieszyło. Krew zaszumiała w głowie.
- Tak?
- POZWÓL MI POWIEDZIEĆ CI O PEWNYCH SKOMPLIKOWANYCH UCZUCIACH.
- No dobrze, słucham - zaszczękałam zębami.
- UCZUCIACH TAKICH JAK... - chyba nie zdawał sobie sprawy z tego, że staram się mu odpowiadać. - RADOŚĆ ZNALEZIENIA INNEGO MIŁOŚNINKA MAKARONU! PODZIW DLA ZDOLNOŚCI ROZWIĄZYWANIA ZAGADEK! PRAGNIENIE POSIADANIA ŚWIETNEJ, MĄDREJ OSOBY, KTÓRA MYŚLI, ŻE JESTEŚ COOL!
*Chryste, długo się będzie tak uzewnętrzniał?
Możesz się zamknąć?
- TE UCZUCIA... NIEWĄTPLIWIE TO WŁAŚNIE W TEJ CHWILI CZUJESZ.
- Trafiłeś w sedno.
- NAPRAWDĘ? AHEM, ZNACZY, OCZYWIŚCIE! TRUDNO MI SOBIE WYOBRAZIĆ, JAK TO JEST, CZUĆ SIĘ W TEN SPOSÓB. W KOŃCU, JESTEM WSPANIAŁY. NIGDY NAWET NIE MYŚLAŁEM, JAKIE JEST POSIADANIE WIELU PRZYJACIÓŁ. SZKODA MI CIĘ, SAMOTNY CZŁOWIEKU... LECZ NIE OBAWIAJ SIĘ! JUŻ DŁUŻEJ NIE BĘDZIESZ SAMOTNA! JA, WIELKI PAPYRUS, ZOSTANĘ TWYM...!
Cofnęłam się o krok, czując, jak zawartość żołądka podchodzi mi do gardła.
Nie, nie, nie. To bardzo kiepski pomysł, Papyrusie. Wierz mi.
Szkielet milczał, jakby zastanawiając się nad czymś. Chciałam płakać jak małe dziecko.
Ktoś taki jak ja nie zasługuje na przyjaźń, wiesz?
- NIE, NIE, NIE. TO WSZYSTKO NIE TAK! NIE MOGĘ BYĆ TWOIM PRZYJACIELEM!
Odetchnęłam z ulgą.
- JESTEŚ CZŁOWIEKIEM!
Podobno.
-
MUSZĘ CIĘ SCHWYTAĆ! WTEDY WYPEŁNI SIĘ MARZENIE MEGO ŻYCIA! POTĘŻNY! POPULARNY! PRESTIŻOWY! OTO PAPYRUS! NAJNOWSZY CZŁONEK STRAŻY KRÓLEWSKIEJ!
Dusza oswobodziła się z mojego ciała i zawisła nad ramieniem, roztrzęsiona podobnie jak cały organizm. Lśniła bladoczerwono, rozpraszając nieco ciemność Stanu.
Papyrus, z dłonią opartą o biodro, spoglądał wyczekująco. Czyli pozostawił mi możliwość wykonania ruchu jako pierwszej? Nie wiedziałam, czy to najlepsza jego decyzja.
SPRAWDŹ
*Papyrus. Lubi pwtarzać "Nyeh heh heh".
Szkielet, jakby potwierdzając ten opis, roześmiał się. W moim kierunku leciały leniwie trzy krótkie kości, jedna za drugą. Odsunęłam się w bok, przepuszczając je, po czym zaczerpnęłam głęboki oddech i splotłam palce.
- Papyrus, słuchaj - założyłam złączone dłonie na kark. - Ja... Ja nie chcę z tobą walczyć. Rezygnuję, w porządku?

Usłyszałam krótki dźwięk dzwonka. Trwał ułamek sekundy. Nie pozostało po nim nawet echo.
Na ten sygnał unosząca się dotychczas nade mną dusza zadrżała i przylgnęła lękliwie do piersi. Krwistą czerwień zastąpił intensywny kolor szafiru.
Grawitacja ściągnęła mnie nagle na posadzkę. Upadłam jak stałam, nie miałam nawet szansy, by krzyknąć czy zaprotestować. Okulary, przekrzywione przy stracie równowagi, wbijały się w twarz. Nagły nacisk sprawił, że nie byłam w stanie nawet oddychać. Leżałam płasko na płytkach niczym zgnieciony owad.
Marny robal.
*Czujesz, jak ciężar win wgniata cię w ziemię.
Podłoga pode mną zadrżała. To już znałam. Nie mogąc nic poradzić, zacisnęłam tylko powieki, zastanawiając się, jak bolesna czeka mnie śmierć.
Kilkadziesiąt kości wyrosło z posadzki, przebijając i rozrywając moje ciało. Wypolerowane złociste płytki zbrukała lepka krew.

Obudził mnie gwałtowny, suchy kaszel. Podniosłam się szybko do pozycji siedzącej, co przyniosło mi niejaką ulgę oraz możliwość normalnego zaczerpnięcia oddechu. Nos był kompletnie zatkany. Świat dookoła zdawał się wirować, przez co potwornie mnie zemdliło.
Drugi raz w ciągu kilku godzin przyszło mi ocknąć się w nieznanym otoczeniu. Tym razem było to o tyleż gorsze, że wszystko widziałam niczym pod wodą. Prócz tego na nosie brakowało mi znajomego ciężaru.
Poklepałam nerwowo posadzkę, na której mnie pozostawiono. Najpierw dłoń natrafiła na coś gumowego i piszczącego. Chwilę potem o mało nie wbiłam sobie w palec wystającego gwoździa. Dopiero trzeci kontakt z ciałem obcym skończył się odnalezieniem szkieł. Wepchnęłam je szybko na nos, a ponieważ szalona karuzela w głowie ustała, mogłam się rozejrzeć.
Przede mną ustawiona została brama, łudząco podobna do konstrukcji blokującej mostek w lesie Snowdin. Podobnie jak tam, i tu kraty były rozstawione za szeroko, co stwarzało możliwość ucieczki. W trosce o dobre samopoczucie na czas uwięzienia, dostarczono mi gumową zabawkę w kształcie kości, miskę suchej karmy oraz przetarte legowisko, za małe nawet na poduszkę. Pod oknem położony został plecak, zapewne Papyrus ściągnął go z mojego grzbietu, gdy straciłam przytomność. Podpełzłam do niego na czworakach, bowiem zauważyłam wystający z bocznej jego kieszeni świstek.
WYBACZ, MUSIAŁEM UMIEŚCIĆ CIĘ W POKOJU DLA GOŚCI DO CZASU PRZYBYCIA UNDYNE! CZUJ SIĘ JAK U SIEBIE W DOMU! WIKT I OPIERUNEK ZOSTAŁ CI JUŻ ZAPEWNIONY!
List podpisał Papyrus, chociaż już po samych wielkich literach, które zdawały się krzyczeć z kartki, rozpoznałam nadawcę. Doceniałam fakt pozostawienia tej krótkiej notatki, ponieważ przybliżyła mi moje położenie.
- TERAZ ZOSTANIESZ ODESŁANA DO STREFY SCHWYTANIA! LUB, JAK NAZYWA TO MÓJ BRAT, DO NASZEGO GARAŻU!
Nie miałam na tym punkcie jakichś większych obiekcji - może to przez fakt, iż ledwo trzymałam się na nogach, byłam poobijana, zaś rozliczne zadrapania i obtarcia piekły żywym ogniem.
- Pro... pro-wadź - wymamrotałam, upadając w śnieg. 
Wyjrzałam przez okno. Za szybą rozciągał się widok na obrośnięty iglakami brzeg rzeki, której nurt popychał zatopione lodowe bloki naprzód. Przez szczeliny w deskach wpadały strzępy zimnego powietrza.
Zanurzyłam dłoń w kieszeni bluzy, upewniając się, że nie straciłam gwiazdy. Ta trwała spokojnie między fałdami cienkiego polaru, bezpieczna. Odetchnęłam z ulgą. Miałam przykrą skłonność do gubienia ważnych drobiazgów.
Skoro upewniłam się, iż poza godnością niczego więcej nie straciłam, przeszłam do kontroli swojego stanu. Nos był całkowicie niedrożny, usta zdążyły wyschnąć i wiedziałam, że lada moment pękną. Promieniowałam chorobliwym ciepłem, mięśnie natomiast rwącym bólem sygnalizowały swoje niezadowolenie. Poza tym nie stwierdziłam żadnych śladów świadczących o przeżyciu walki z Papyrusem, nawet dla pewności przejechałam po czole ręką. Nie poczułam niczego, co wskazywałoby, iż zderzyłam się dosłownie czołowo z jedną z kości.
-SKĄD BĘDĘ MIEĆ PEWNOŚĆ, CZY JESTEM SZCZERZE LUBIANY?
Skok, skłon, skok - ataki następowały cyklicznie, raz kości przesuwały się po ziemi, raz tuż nad moją głową. Skłon, skok... Nie ukucnęłam na czas, nadciągająca z góry kość z impetem uderzyła mnie w czoło. Przed oczami zakwitły czarne plamy i straciłam równowagę, a wraz z nią resztki siły. Przy następnej salwie zostałam pokonana.

Jedyne blizny, które zauważyłam, były reliktami, zebranymi w trakcie mojego krótkiego życia.
Przeciągnęłam się i podniosłam obolałe jestestwo. Notatkę od Papyrusa złożyłam i wsunęłam do dżinsów, chwyciłam plecak i prześlizgnęłam się między kratami. Nawet przy moim wzroście nie było to większym problemem.
- ZATEM NIE CHCESZ WALCZYĆ?
- Dokładnie.
- CÓŻ... ZATEM CZAS, ABYŚ STAWIŁA CZOŁA MOJEMU NIEBIESKIEMU ATAKOWI!
Trwałam nieruchomo, pozwalając, by przezroczyste błękitne kości przeszywały mnie jedna po drugiej. Nawet mój oddech zamarł, tak bardzo obawiałam się zranienia. Przeczekałam wszystkie.
Nagle rozległo się ciche piknięcie. Dusza, o barwie głębokiego granatu, przylgnęła do klatki piersiowej, sprawiając, że grawitacja stała się dotkliwsza. W ostatniej chwili przeskoczyłam nadciągającą z zawrotną prędkością kość.
- TERAZ JESTEŚ NIEBIESKA! TO MÓJ ATAK! NYEH HEH HEH!

Oparłam się plecami o jedną z belek, oddychając ciężko. Nawet wspomnienie przemiany duszy budziło we mnie lęk.
Uderzyłam o ścianę, czułam powietrze wyciskane z płuc, czułam tarcie kręgów o siebie.
Pokręciłam szybko głową. Nie wiedziałam nawet, dlaczego chcę wyjść.
Niech mnie nawet schwyta - pomyślałam, wybijając się w powietrze. Nie skoczyłam jednak dostatecznie wysoko i nasada ataku uderzyła mnie w stopę. - Niech mnie schwyta i ma chociaż chwilę do świecienia tryumfu.
Jakkolwiek durne to nie było, wydawało mi się, że to wliczało się w zadośćuczynienie. Nie martwiłam się czymś takim jak śmierć, bowiem zawsze mogłam wrócić.
Schwytał mnie, zatem przyszedł czas, by iść dalej. Spełniłam swoją rolę, nie miałam tu już nic do roboty. Odsunęłam zasuwkę, blokującą drzwi i wybiegłam na zewnątrz.
Śnieg skrzypiał głośno pod butami, kiedy niemal w biegu pokonywałam metry dzielące mnie od końca Snowdin. Już niemal czułam cieplejszy front, nadciągający ze stroony Wodospadów.
Wtedy to ponownie wszystko spowiła mgła, zaś w oparach zarysowała się przygarbiona sylwetka.
- OH, GDZIEŻ TEN CZŁOWIEK MOŻE BYĆ... - nawet mamrotanie Papyrusa było donośne, co dawało mi nadzieję, iż mój głos nie jest znowu tak nieznośnie głośny. Odchrząknęłam. - ... CHWILA MOMENT! JEST PROSTO PRZEDE MNĄ!
- Raczej krzy-... Khe! Krzywo - wykrztusiłam, nawet nie obawiając się o rozdrażnienie biednego szkieletu moim dennym humorem.
- JESTEM TAK ZADOWOLONY, ŻE SIĘ ZNALAZŁAŚ, ŻE AŻ ODPUSZCZĘ SOBIE GNIEWANIE SIĘ NA TEN OKROPNY ŻART! TO TAKA ULGA, IŻ JESTEŚ TUTAJ... ZARAZ! NIE POWINNAŚ BYŁA UCIEC!
- Nie?
- NIE! WRACAJ NATYCHMIAST! - biel zastąpiła czerń, zaś moje serce już nawet nie przejęło się próbą umykania - jaśniało, przywarte do mostka.
Ta walka nie mogła trwać długo.

Żart, w którym za każdym razem budziłam się w innym miejscu, naprawdę przestał mnie bawić.
Zamiast desek przywitała mnie biel. Wszechobecna. Oślepiająca. Oprócz niej wielkie nic - ani na górze, ani na dole, ani dookoła. Przywodziła mi na myśl mgłę, która rozpościerała się przed granicą Snowdin - we mgle jednak jeszcze mogłam coś czuć czy słyszeć. Tutaj odebrano mi nawet zmysły.
- H-halo - wydusiłam, przystępując krok naprzód. Mój głos pożarła próżnia. Byłam całkowicie spięta. To miejsce wydawało mi się niebezpieczne i zależało mi wyłącznie na wydostaniu się.
Jeden krok. Potem drugi. Trzeci. Po nim siedem kolejnych. Ślimaczy marsz przemienił się w trucht, który następnie stał się panicznym biegiem. Niczego nie widziałam, z pustki nic się nie wyłaniało. Nie słyszałam swojego chrapliwego oddechu, nie słyszałam uderzeń podeszw o podłoże lub cokolwiek, po czym biegłam. Wydawało mi się, że tak naprawdę utknęłam, zawieszona w nicości.
Zatrzymałam się. Zwiesiłam głowę, pozwoliłam ramionom opaść. Czyżbym umarła, a w ramach kary dane mi było trwać wieczność pośród niczego? Jeśli tak, to karząca siła wyższa wybrała karę idealną. Już czułam ciężar wszystkich moich działań. Nie umiałam nawet wymyślić jakiegoś żartu na ten temat.
Nagle rozległ się szum, zmieszany z trzaskami. Połknęłam powietrze, unosząc głowę. Dźwięk. Pojawił się dźwięk.
Zaraz po nim pośród bieli zafalowała kolorowa plama o nieregularnym kształcie. Mogłam wytężać wzrok do woli, jednak to nic nie dawało, plama pozostawała niewyraźna. Uznawszy, że zapewne stoję po prostu za daleko, spróbowałam nieśmiało się zbliżyć.
- C z e ś ć , K a r u n e .
Osłupiałam i żadna siła nie mogłaby mnie zmusić, by iść dalej.
Kojarzyłam ten głos. Skąd? Nie miałam pojęcia, myśląc o tym, natrafiałam w głowie na pustkę identyczną do tej, która mnie więziła.
- D a w n o  s i ę  n i e  w i d z i e l i ś m y , p r a w d a ? - miraż zachichotał w dziwny, przerażający i zniekształcony sposób, budzący skojarzenia z tanim horrorem. Mimo to zadrżałam.
- Widziałyśmy...? Ja... Ja cię nawet nie znam!
- O h , j a s n e , ż e  m n i e  z n a s z . N i e  p a m i ę t a s z  m n i e , p a r t n e r k o ? - plama przybliżyła się niemal do samej twarzy. Zaczęłam zezować, usiłując się skupić. -  J e s t e m . . .

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Jeśli Ci się spodobało, masz uwagi, zażalenia lub któryś aspekt historii nie daje Ci spokoju - zostaw, proszę, komentarz!