sobota, 30 kwietnia 2016

III

- Odsuń się, do cholery - warknęłam, wyciągając z kieszeni bluzy nóż. - Nie chcę cię skrzywdzić, dlatego posłuchaj mnie i zejdź mi z drogi.
Czy ona była ślepa? Głupia? Czy nie zwróciła uwagi, jak puste były teraz Ruiny? Nie zastanowiło jej to ani przez chwilę?
Opiekunka uparcie milczała, zajęta szykowaniem ognistego ataku. Czułam, że zaraz rozsadzi mnie gniew. 
*Sądzi, że zabawą w dom cię uratuje. 
Jakież to kretyńskie. 
- Toriel, masz mnie wypuścić! - zawołałam jeszcze raz, szykując się do zadania ciosu. Tylko jednego. Planowałam wyłącznie zranić ją i uciec. - Nie mogę tu zostać, czy to do ciebie nie dociera? Nie słyszysz mnie?
- Muszę... Muszę cię tu zatrzymać.
- Dlaczego?!
- To dla twojego dobra...
- Przestań...! Dla "dobra" powinnaś mnie wypuścić! Muszę stąd uciec! Oni mnie zabiją!
- Nie, jeśli teraz wrócisz na górę...! - nagle wypuściła w moją stronę kilkadziesiąt ognistych kul. Poczułam swąd spalonego mięsa i polarowych włókien. Ból wydusił ze mnie krzyk.
- Jesteś... Jesteś jak inni... - syknęłam, przyciskając dłonie do poparzonego obojczyka, co tylko nasiliło ból. - Nie unikasz walki, co? Tylko pakujesz się w nią...
- Karune, błagam, wróć na górę... Jeśli to zrobisz, zapomnę o całej sprawie. Uleczę cię. Proszę, moje dziecko...
- Nie nazywaj mnie tak! Nie waż się! - wybuchłam skrzekliwym śmiechem. - Jesteś głupia. Nie dasz rady mnie uchronić, nie po tym, co zrobiłam... Przepuść mnie. To ostatnie ostrzeżenie.
- Ja również ostrzegam cię po raz ostatni! Karune, nie chcę, żebyś narażała się w ten sposób... Jeśli odejdziesz z Ruin, faktycznie cię zabiją!
Kolejny atak ogniem. Tym razem uniknęłam wszystkich płomieni.
- Nie wierzę ci... Nie po tym, co zaprezentowałaś... - wbiłam w nią wzrok, zdzierając z twarzy uśmiech. Koza cofnęła się pod drzwi.
- K-Karune...? - nie zdążyła powiedzieć nic więcej, ostrze wryło się w nią zbyt głęboko. Padła na kolana, w jej oczach malował się strach godny zwierzęcia, którym wszak była. - T-ty... Nienawidzisz mnie aż tak bardzo...?
Szok spowodowany tym, co zrobiłam, sprawił, że wypuściłam nóż. Ten z brzękiem uderzył o podłogę, odgłos zdawał się rozrywać te kilka metrów dzielących mnie a Toriel. Przycisnęłam dłoń do ust.
- T-Toriel...! Prze-przepraszam...! Ja... Ja nie chciałam...!
- Gdybyś nie chciała, odrzuciłabyś nóż za siebie... - nie rozpoznawałam głosu opiekunki, był taki zimny... - Ale przynajmniej... wiem już, kogo usiłowałam chronić, zatrzymując cię... Ich... H-ha-ha...!
- Toriel! - wyciągnęłam ku niej dłoń, jednak nie umiałam jej dosięgnąć. Na moich oczach przeistoczyła się w pył, a pełna miłości dusza zbielała i rozpadła się na kawałki. Zaczęłam krzyczeć.
Szybko zasłoniłam usta, modląc się, by nie usłyszała mnie opiekunka, zapewne śpiąca spokojnie dwa pokoje dalej lub krzątająca się po kuchni. Wygrzebałam się spod kołdry, zdyszana, z galopującym sercem i drżącymi mięśniami. Musiałam się uspokoić, połykałam powietrze głębokimi haustami.
Brak zaniepokojonych pytań czy pojawienia się mamy w drzwiach odebrałam jako dobry znak. Po kilku minutach ciało zachowywało się na tyle stabilnie, że podjęłam się próby wstania z łóżka. Odrzuciłam kołdrę i wyskoczyłam, by nie obezwładnił mnie chłód świata poza pierzyną.
Na podłodze oczekiwał talerz z kawałkiem ciasta. Chwyciłam go, rozkoszując się apetycznym aromatem przysmaku. Uśmiechnęłam się, gdy wyobraźnia podsunęła mi obraz wkradającej się do pokoju Toriel, pragnącej zwyczajnie uszczęśliwić swoje przybrane dziecko, jednak starcie owej wizji z moim snem sprawiło, że rozgoryczona odstawiłam talerzyk i zaczęłam niespokojnie krążyć po sypialni.
Była to pierwsza mara od kilku tygodni, w zasadzie pierwsza od momentu upadku. Wstrząsnęła mną tym bardziej, że odkąd zamieszkałam z Toriel, dobrze udawałam przed samą sobą, iż nic nie miało miejsca. Zapewne udział w tym miał również nawał zajęć - nauczanie pod okiem opiekunki, prace domowe, wielogodzinne snucie się po Ruinach, mozolne, acz owocne zaznajamianie się z mieszkańcami... Dzięki temu nie rozmyślałam o kwestii powrotu na Powierzchnię czy minionych zdarzeniach; to wszystko pozwalało mi na utrzymanie względnego wewnętrznego spokoju. Powoli zaczynałam nawet wierzyć, że nie muszę pozwalać sumieniu na zadręczanie się, wszak o tym, co było, wiedziałam tylko ja (oraz Flowey, ale chwast nie usiłował mnie zaczepiać, dlatego o nim nie myślałam).
Sen przypominał mocne kopnięcie w brzuch. Był sygnałem, iż nie mogę w żaden sposób odciąć się od przeszłości, że ona zawsze będzie mnie obciążać. Westchnęłam ciężko, powiodłam wzrokiem po sypialni.
Nie zmieniałam niczego w wystroju pokoju, nie uważałam, by jakiekolwiek przemeblowanie było konieczne, skoro czułam się tu swobodnie i komfortowo, nie mogę jednak przyznać, że utrzymywałam porządek. Niemal wszędzie można było natknąć się na luzem fruwające kartki, podłogę zaściełały drobne kawałki papieru, przypominające śnieg, zaś z szafy i szuflad wystawały niedokładnie schowane ubrania. Toriel nie była zachwycona panującym nieładem, ale dopóki utrzymywałam chaos pod niejaką kontrolą, nie złościła się.
Jedynym elementem dodatkowym, wprowadzonym przeze mnie, był spory szklany słój, który ustawiłam na miejscu starej ramki do zdjęć, tę schowałam w szufladzie. To właśnie w nim gromadziłam robione podczas obserwowania ruin Domu papierowe gwiazdy. Obok leżała znaleziona w zakamarkach domu szkatułka, do niej włożyłam gwiazdy skręcone jeszcze w trakcie życia na górze.
Powrót do składania papieru przyniósł mi dużo radości, chociaż to zajęcie samo w sobie było echem zdarzeń niekoniecznie dobrze wspominanych. Zamierzałam nadać temu inne, lepsze znaczenie, jednak nie miałam jeszcze pomysłu, jakie, dlatego przez dłuższy czas czyniłam to bezsymbolicznie, w końcu zaś zapomniałam o potrzebie metaforyzowania i zwyczajnie cieszyłam się dobrą zabawą.
Chwyciłam słój i przytuliłam go mocno. Nie wiedziałam, co powinnam dalej robić. Pojęłam, iż trwanie w miejscu nie skończy się dla mnie dobrze, atakowana wyrzutami sumienia oszaleję. Prócz tego czułam się odrobinę samotna. Zapragnęłam poznać Podziemia tętniące życiem. Udało mi się uzyskać drugą szansę od losu i nie zamierzałam jej zmarnować.
Jednak... pomyślałam o śnie i wzdrygnęłam się. Opuszczenie Ruin wiązałoby się z walką przeciw Toriel. Już sama świadomość ścinała mi krew w żyłach. Nie zamierzałam wchodzić z nią w Stan Gotowości. Nie po tym wszystkim...
Rozmyślania przerwało pukanie do pokoju.
- Karune, przygotowałam śniadanie. Śpisz jeszcze? - drzwi uchyliły się, do środka zajrzała opiekunka. Odłożywszy słoik na miejsce, posłałam jej szeroki uśmiech.
- Nie, mamo, szykuję się na kolejny dzień. Jakie lekcje przewidujesz?
- Dzisiaj wyjątkowo odpuszczę ci zajęcia. Muszę udać się po sprawunki, zresztą - zasługujesz na dzień przerwy.
Wyprostowałam się. Wychodziła?
- Dź-dziękuję.
- Ależ to żaden kłopot. Pospiesz się, inaczej będziesz musiała zadowolić się zlodowaciałą herbatą - roześmiała się i zniknęła, zostawiając mnie z podwyższonym ciśnieniem. Odetchnęłam z ulgą.

Siedziałam przed kominkiem, czujnie obserwując ruchy opiekunki, szykującej się do wyjścia po wiktuały. Odliczane chwile do opuszczenia przez Toriel domu ciągnęły się w moim odczuciu niczym przeżuta guma.
Pilnie potrzebowałam zajęcia. Nie mogłam przygotować się do realizacji planu bez wzbudzenia w opiekunce podejrzeń, ale nudziłam się i niecierpliwiłam, musiałam się uspokoić. Z biblioteczki zabrałam wertowaną od dłuższego czasu książkę, będącą zapisem historii potworów. Znalazłam oznakowany zakładką moment, gdzie skończyłam ostatnio, rozsiadłam się w fotelu Toriel i zatopiłam się w lekturze.
Uwięzieni za Barierą i pełni lęku przed atakami ze strony ludzi, wycofaliśmy się. Wędrowaliśmy dalej i dalej w głąb ziemi, nim znaleźliśmy koniec jaskini. To stało się naszym nowym domem, który nazwaliśmy...
Wytrzeszczyłam oczy, nie wierząc w to, co czytałam.
...Domem. 
Jakkolwiek wspaniałym jest nasz król, niespecjalnie radzi sobie z nazywaniem.
Zachichotałam pod nosem. Pierwszy raz spotykałam się z tak szczerą opinią w książce historycznej.
W książce gubiłam kolejne minuty. W pewnym momencie nawet wyciągnęłam z kieszeni przygotowane wcześniej papierowe paski i z nich zaczęłam skręcać gwiazdy, gdy nagle usłyszałam wołającą mnie opiekunkę.
- Karune, wychodzę.
Zerwałam się z fotela, by pożegnać się z Toriel. Stała przy drzwiach, gotowa do wyjścia. Po krótkim namyśle, dopadłam do niej i mocno ją objęłam.
- Ah, spokojnie, przecież wkrótce wrócę... - zamknęła mnie w uścisku swych puszystych ramion, kompletnie nieświadoma, co zamierzam. To nieco mi ciążyło na sercu. - Umm, Karune... Jeśli nie będę mogła iść, to z czego zrobię kolację?
- Oh, wy-wybacz... - wymamrotałam, puszczając opiekunkę. Pomachała mi na pożegnanie.
- Do zobaczenia, moja droga.
- Pa, mamo...! - zamknęłam za nią drzwi, o które oparłam się i osunęłam na ziemię. - Do widzenia...
I tak oto zostałam sama. Oczekiwałam tego, ale teraz cisza i pustka mnie osaczały, podduszały. Podniosłam się z podłogi i ruszyłam najpierw do kuchni.
Uciszając sumienie, ukroiłam na drogę kawałek ciasta i owinęłam go ostrożnie znalezionym wcześniej papierem do pieczenia. Słodki aromat oblepiał mój nos, utrudniając oddychanie. Odwróciłam głowę i potarłam koniuszek nosa, udając, że to cokolwiek daje.
Rozejrzałam się po pomieszczeniu, ale nie było tu nic, czego mogłabym potrzebować w trakcie wędrówki. Przyszedł czas na pakowanie, dlatego pobiegłam do swojego pokoju, ryzykując kilkukrotnie bolesnym upadkiem.
Odkopałam w szafie stary, nieco sfatygowany i przykurzony plecak. Wrzuciłam do niego dwie pary ubrań na zmianę, dwa zeszyty i ciasto mamy, a po namyśle wepchnęłam jeszcze gwiezdny słoik i Pajęczy Donut, ten sam, który zakupiłam pierwszego dnia w Ruinach. Zauważyłam, że jedzenie tutaj nie psuło się w żaden sposób, w czym zapewne udział miała podziemna magia.
Do ręki wzięłam jeszcze swój nieodzowny patyk i oto byłam w pełni gotowa do drogi, mogłam w zasadzie już ruszać... Kiedy pomyślałam o Toriel. Pozostawienie jej bez słowa wyjaśnienia, bez przeprosin, jawiło mi się jako obrzydliwe i lekceważące, zwłaszcza że miałam dość tupetu, by nazywać ją matką. Nawet gdy ruszałam na Ebott, zostawiłam w domu krótką notkę o swych planach.
Chwyciłam pustą kartkę ze stosu gromadzonego pod szkatułą, odszukałam też jeszcze sprawny długopis, po czym zaczęłam pisać.
Dobranie odpowiednich słów nie było tak trudne jak zakładałam. Po kilku minutach list był już gotowy, ale dla pewności odczytałam zapis kilka razy.

Droga Toriel
Kochana Mamo.
W chwili, gdy czytasz ten list, zapewne nie ma mnie już na terenie Ruin. Chociaż czas tutaj był wspaniały, chociaż doceniałam fakt, iż traktujesz mnie niczym córkę, musiałam iść dalej. Mam do załatwienia mnóstwo spraw w odległych częściach Podziemi, zostanie tu na dłużej było po prostu niemożliwym. Przepraszam, że Cię opuściłam. Mam szczerą nadzieję, iż pewnego dnia mi to wybaczysz.
Chciałam Ci podziękować za troskę, opiekę, naukę. Mogłam zawsze liczyć na Ciebie, Twoją obecność i rady. Jesteś wspaniałą matką i pewnego dnia zapewne zostaniesz uwielbianą przez dzieci nauczycielką - wiem to!
Proszę, nie martw się o mnie. Dam sobie radę na zewnątrz, obiecuję. Chociaż zapewne nie wyglądam, sądzę, że jestem już dość silna i mądra, by stawić czoła czekającym mnie przeszkodom.
Przyrzekam być dobrym dzieckiem. Nie będziesz musiała się za mnie wstydzić ani żałować, że zaopiekowałaś się mną.
Kocham Cię.Kiwnęłam głową. Nie wspięłam się może na wyżyny swych możliwości, a całość brzmiała zbyt sentymentalnie nawet jak na mnie, ale zawarłam wszystko, co uznałam za konieczne. Schowałam list do szkatułki, z której wybrałam jedną gwiazdę. Nie wyróżniała się specjalnie na tle reszty, ozdabiał ją chaotyczny wzór starych notatek i niezgrabnych rysunków, podobnie jak pozostałe, była też takiej samej wielkości, jednak doskonale wiedziałam, nie, czułam, że to ta "właściwa". Ukryłam ją troskliwie w kieszeni bluzy, zabrałam pudełeczko i poszłam zostawić "prezent" w pokoju Toriel.
Porządek panujący w jej sypialni mocno kontrastował ze stworzonym przeze mnie artystycznym bajzlem. Złocisty kwiat, ustawiony na regale z książkami, przywodził mi na myśl Floweya, toteż starałam się nie patrzeć na roślinkę. Położyłam szkatułkę tuż obok dziennika opiekunki, w którym zapisano całe mnóstwo suchych dowcipów, większość z nich była naprawdę zabawna.
No choćby: Czym bawią się małe szkielety w piaskownicy? ŁOPATKAMI. Nie mogłam nie zachichotać.
Skup się. Nie wiadomo, ile zostało do jej powrotu...!
Oderwałam się od pasjonujących zapisków, po cichu opuściłam sypialnię i o mało nie stratowałam wazonu z pałką wodną. Wodna kiełbaska. Ktokolwiek widział w tej roślince podobieństwo do parówki, miał bez wątpienia wyobraźnię większą niż ja, a zapewne też lepszy wzrok.
Nie miałam już żadnych kreatywnych pomysłów, by odwlec nieuniknione, dlatego bez dłuższego ociągania udałam się do holu i zeszłam do podziemnego korytarza, prowadzącego do wyjścia z Ruin.
Dotarcie do celu zajęło mi mniej niż zakładałam, ale przecież teraz nikt nie usiłował mnie powstrzymać przed dotarciem do końca drogi. Minęły trzy, może cztery minuty, nie zdążyłam nawet na dobre pogrążyć się w rozmyślaniach, a już stałam przed masywnymi wrotami.
Rozejrzałam się machinalnie, dopiero po chwili uświadamiając sobie, że szukam prochów Toriel. Syknęłam, rozdrażniona swoją głupotą. Teraz nic złego się nie wydarzyło. Teraz nic złego się nie wydarzy.
Pchnęłam drzwi, za którymi ciągnął się kolejny korytarz, spowity półmrokiem. Wydawał się nie mieć końca. Z sercem walącym ciężko o mostek wkroczyłam na ostatnią czekającą mnie ścieżkę, ponownie przyszło mi pokonywać ją w niemal całkowitej ciszy, jeśli nie liczyć tworzonego przeze mnie hałasu.
Fakt, że teraz jedynym ciężarem, który musiałam dźwigać, był wypakowany po brzegi plecak, dodawał mi otuchy, podobnie jak świadomość, iż nie pokrywa mnie proch.
Zaczęłam się zastanawiać, czy Toriel już wróciła do domu. Jak zareagowała na list. Czy w ogóle go znalazła. Może wołała za mną z progu, prosząc o pomoc z zakupami. W przypływie krótkotrwałej desperacji i żalu chciałam nawet do niej zadzwonić, jednak szybko odepchnęłam od siebie tę niedorzeczną myśl. Jeszcze nie czas na próbę połączenia.
Na końcu korytarza zamajaczyło światło. Dzielące mnie od niego ostatnie metry pokonałam już biegiem, czując rosnącą ekscytację.
Znalazłam się w niewielkim pomieszczeniu, w którym po chwili obserwacji rozpoznałam surową jaskinię, odgrodzoną od reszty świata olbrzymimi wrotami, większymi nawet od tych bronionych przez Toriel. Ziemię porastała trawa, zaś wypełniające jaskinię światło przesączało się przez szczelinę w sklepieniu. W miejscu, gdzie blask był naintensywniejszy, czekał Flowey, spoglądający na mnie z niedowierzaniem. Ponieważ nie wyglądał na chętnego do rozmowy, wyminęłam go i podeszłam do bramy, gotowa opuścić teren Ruin na dobre. Położyłam dłonie na skrzydle.
- Co ty, do cholery, wyprawiasz?! - piskliwy głosik wwiercał się w czaszkę i przyprawiał o ból zębów. Nie odwróciłam się.
- Wychodzę - wzruszyłam ramionami, lekko napierając na bramę. Ta ani drgnęła.
- Przecież widzę, ale co to ma znaczyć?!
- Przysięgam, że w tym nie zawarłam żadnej metafory - tym razem zaatakowałam furtkę całą siłą, czym spowodowałam uchylenie się skrzydła o kilka centymetrów, mięśnie już dopominały się o odpoczynek. Westchnęłam ciężko. Wtedy chyba nie było to takie trudne. Nie mogłam się poddać, dlatego oparta bokiem o bramę, nadal pchałam.
- Wiesz, że nie o to mi chodzi! - zniecierpliwiona posłałam roślinie spojrzenie spode łba. - To nie tak miało wyglądać! Miałaś walczyć z tą starą idiotką!
- Nie nazywaj jej tak - w kilku krokach stanęłam przed Flowey'em. - Mama nie jest idiotką.
- Oooh, czyli teraz TAK o niej mówisz? Mimo że przedtem własnoręcznie...
- To bez znaczenia! - wycelowałam w niego palcem, patrząc zimno. - Cokolwiek zdarzyło się tam, tam pozostaje. A teraz pozwolisz, że zajmę się swoimi sprawami.
- Ale... to wbrew regułom! - pisk kwiatka przypominał mi podduszaną gumową psią zabawkę. - Tak nie można! Oszukujesz!
Zachichotałam, szczerze rozbawiona irytacją Flowey'a.
- Jestem nastolatką, a nastolatki buntują się przeciw regułom, nakazom, no i nie mają problemu ze stosowaniem oszustw - odparłam, uśmiechając się, po czym natarłam na drzwi. Impet spowodował, że te, zawodząc skrzypliwie, w końcu otworzyły się na tyle szeroko, bym mogła wyślizgnąć się na zewnątrz. Pomachałam zszokowanemu kwiatowi na pożegnanie, wyskoczyłam na zewnątrz i zamknęłam za sobą przejście.
Przywitał mnie śnieg. Wiele śniegu, otulającego ziemię i drzewa puchową kołdrą, skrzypiącego pod butami, gdy niepewnie brnęłam naprzód. Ciągnącą się przede mną ścieżkę otaczały z obu stron potężne drzewa, bez wątpienia wiekowe. Wyglądały niczym...
Wartownicy, stojący na baczność. Pilnujący, by żaden człowiek nie prześlizgnął się...
Co za niedorzeczne porównanie. Westchnęłam, wypuszczone z ust powietrze przybrało postać delikatnego obłoczka, który rozwiał się chwilę później.
Zimno bez trudu przenikało przez cienki materiał bluzy, którą nosiłam. Niestety, gdy Toriel pomagała mi wypełnić szafę, nie zakładała, iż spróbuję opuścić Ruiny, zatem nie posiadałam żadnej kurtki ani grubszego swetra. Drżałam, kiedy kolejne salwy wiatru przetaczały się obok, szarpiąc mnie za ubrania i włosy. Z tymi ostatnimi miałam szczególne utrapienie; długie do łopatek ciemne pasma z łatwością przysłaniały oczy i usta, utrudniając mi tym samym posuwanie się naprzód, poza tym sprawiały, że wyglądałam na obłąkaną. Sięgnęłam do kieszeni, licząc na łut szczęścia, które faktycznie mi dopisało - znalazłam frotkę; zebrałam włosy w byle jaką kitkę z boku głowy, osłoniłam się kapturem i bez większych już przeszkód szłam dalej.
Chrzęst śniegu pod stopami, jego skrzenie się - to wszystko wydawało mi się bardzo nierealne. Na powierzchni dawno nie było normalnej zimy. I chociaż nienawidziłam zimna z całego serca, tak przepadałam za śniegiem, za jego prostym urokiem, za obietnicą zabawy, jaką sobą zwiastował.
Mimo, że wydawało mi się, iż lada moment odmrożę sobie ręce, zanurzyłam dłoń w puchu i nabrałam jego pełną garść. Czułam, jak topnieje, spływa między palcami, odbierając im resztę ciepła. Wytarłam dłoń o szalik.
TRZASK
Odgłos pękającej gałązki sprawił, że momentalnie wszystkie mięśnie napięły się, zaś adrenalina wezbrała w żyłach. Powstrzymałam chęć obejrzenia się za siebie, zamiast tego przyspieszyłam kroku.
Nieistotne, że ktoś za mną idzie. To bez znaczenia. Po prostu nie mogę się zatrzymać.
Nie wiedziałam, kogo powinnam się spodziewać. Równie dobrze dźwięk, który przyprawił mnie o połowiczny zawał, nie musiał być oznaką, że ktoś mnie śledzi. Zapewne usłyszałam silne echo czegoś odległego.
Kogo usiłowałam oszukać? Serce uderzało niczym młot kowalny, czułam jego puls w gardle. Zdawałam sobie sprawę, że ta głupia gałąź pękła pod stopami potwora podążającego konkretnie za mną. Nie wiedziałam tylko, czy był to ten sam, co za pierwszym razem. Szczerze mówiąc, nie zależało mi na przekonaniu się, chciałam bezkolizyjnie dotrzeć do Snowdin, by tam przemyśleć, co dalej.
Dotarłam do drewnianej kładki, przerzuconej nad niewielką rozpadliną. W poprzek ustawiono grube belki, imitujące okratowanie. Zatrzymałam się. Bale ustawiono nieumiejętnie szeroko, mogłam bez przeszkód przejść między nimi; potrzebowałam tylko nieco się zgarbić, by nie zawadzić głową o deskę, podtrzymującą całą konstrukcję "krat".
Chociaż nie poruszałam się, śnieg nadal skrzypiał.
Pewna, że nie mam omamów słuchowych, wbiegłam na most, a zapomniawszy o skuleniu się, uderzyłam czołem o krawędź bramy. Przed oczami pociemniało, zaczęłam chwiać się, jednak nie powstrzymało mnie to przed doskoczeniem na drugi skraj przepaści. Nogi ugięły się pode mną i upadłam w śnieg.
Kość czołowa pulsowała boleśnie. Nabrałam nieco białej masy, którą wtarłam w skórę; to przyniosło mi odrobinę ulgi.
- C z ł o w i e k u.
Zadrżałam. Śledąca mnie wcześniej postać jakimś cudem stała teraz przede mną, widziałam czubki jej butów. Głos, jakim do mnie przemówiła, budził we mnie stary lęk, jednak, co najdziwniejsze, nie potrafiłam rozpoznać, do kogo należał. Wiedziałam jedynie, że powinnam się "nieznajomego" bać.
Poczekaj, to naprawdę konieczne...?
*Tak.
- Nie wiesz, jak należy się przywitać z nowym kumplem?
Zaprzeczyłam ruchem głowy, łapiąc mnóstwo śniegu. Nim uświadomiłam sobie, do czego zmierzam, cisnęłam puchem w twarz obcego. Większość lodu nie dotarła do celu, tylko ten nadtopiony przez ciepło rąk uderzył w białą kość, wydając przy tym odgłos plaśnięcia. Zasłoniłam usta dłońmi, tłumiąc pisk pełen przerażenia.
Kościste palce nonszalancko starły z głowy śnieżną masę, która spadła prosto na różowe kapcie; po krótkiej chwili z lodu pozostały wyłącznie mokre plamy. Usłyszałam śmiech, o dziwo brzmiał on, jakby moje zachowanie naprawdę rozbawiło śmiejącego się.
- Ok, to naprawdę chłodne powitanie, co? Zawsze reagujesz tak ozięble?
Kompletnie zbaraniałam. Uniosłam wbity dotychczas w ziemię wzrok. Wpatrywał się we mnie niewysoki szkielet, ubrany w niebieską kurtkę i czarne sportowe spodenki, odsłaniające kości nóg. Czaszkę przecinał szeroki uśmiech, natomiast w oczodołach lśniły niewielkie jasne punkty, które łagodziły nieco straszny wizerunek.
- Skradanie się za kimś nie należy do najsympatyczniejszych działań, wiesz...? - podniosłam się z ziemi, otrzepując kolana ze śniegu. - To raczej przerażające.
- A. Dobra. Rozumiem, moja wina. Sorki - kościotrup podniósł ręce w geście poddania się. - Dobra, koniec żartów. Co powiesz na cywilizowany sposób powitania?
Wyciągnął w moim kierunku dłoń, którą natychmiast uścisnęłam.
W tej samej chwili rozległ się dość głośny dźwięk pierdnięcia, rozniósł się echem po najbliższej okolicy.
- Heh. Stary numer z poduszką pierdziuszką w ręce. Zawsze dzia... Uhh... Wszystko gra?
- To jest, uhh... Twoja kolej, by się śmiać? Albo przynajmniej cokolwiek pokazać...? - wymamrotał coś do siebie tak cicho, że nie usłyszałam. Posłałam mu spojrzenie niemal pogardliwe.
Kilkanaście minut temu zabiłam jedynego przyjaznego mi potwora, upiorne kwiecie proponuje mi zniszczenie tego świata, i nagle ty pojawiasz się w okolicy, jak gdyby nigdy nic strojąc sobie ze mnie żarty? I jeszcze oczekujesz ode mnie rozbawienia? Co z tobą jest, do cholery, nie tak?!
- Ja... cóż. Niemal nic mnie nie rozśmiesza - wycedziłam, starając się udawać po prostu znudzoną. - Taki typ.

Podejrzewałam, że to moja mina zdezorientowała szkielet. Zwykle gdy nie wiem, jak się zachować, wyglądam nieco... dziwnie i strasznie. Wolną dłonią zasłoniłam większość twarzy, a kilka sekund później śmiałam się niczym wariatka, ledwo mogłam oddychać.
- T-t-to r-również nie-nie na-a-ależy do cywil... cyliw... cywilizowanego przywitania się-ę... - wymamrotałam, zgiąwszy się wpół. Atak radości wkrótce minął, co przywitałam z olbrzymią ulgą. Otarłam łzy, wyduszone przez szalony śmiech. - Ale... Ale przyznam, że to dobry numer.
- Wiem o tym, heh. Fajnie, że ktoś w końcu docenił żart. Tak swoją drogą, jestem Sans. Sans szkielet.
- Karune, człowiek.
- Kiepsko.
- Czemu?
- Bo widzisz...
- Niekoniecznie - zachichotałam, wskazując na okulary. Szkielet także się zaśmiał.
- Nieźle. Wracając, kiepsko, bo powinienem rozglądać się tu za ludźmi i próbować ich złapać.
- Nie wyglądasz na chętnego, by to robić.
- Aż tak łatwo mnie przejrzeć? - Sans pokręcił głową, wciąż wyszczerzony.
Ciekawe, że ciągle się uśmiecha. Nawet gdy...- No dobra, masz mnie. Jestem kompletnie niezainteresowany łapaniem kogokolwiek. Za to... Mój brat, Papyrus... Cóż. To fanatyk chwytania ludzi.
*Ależ oczywiście.
Zadrżałam nieznacznie, co nie uszło jego uwadze.
- Hej, może się nieco ruszmy, bo wyglądasz, jakbyś zamarzała na kość.
- Może trochę...
Doszliśmy do bardziej otwartego terenu, tu drzewa nie obrastały drogi tak gęsto. Spojrzałam na budkę wartowniczą oraz na samotną lampę o niekonwencjonalnym kształcie, stojącą tuż przy ścieżce.
- Fajny nabytek. Chodzi? - wskazałam na nietypowy przedmiot.
- Nie, ale to nawet lepiej. Nie chciałoby mi się jej łapać i prowadzić tu z powrotem.
Ponownie parsknęłam śmiechem. Moje poczucie humoru nie należało do górnolotnych, zatem nawet żarty osiągające poziom Rowu Mariańskiego potrafiły mnie rozbawić, zresztą osobiście uważałam je za jedne z lepszych, tuż obok czarnego humoru.
- No jasne... - chciałam dodać coś jeszcze, jednak usłyszałam energiczne kroki zbliżającego się do nas potwora.
- O. Mój brat, coś mi się zdawało, że jest w pobliżu - posłałam Sansowi wyjątkowo przykre spojrzenie. Nie mógł mnie ostrzec minutę wcześniej?
*Sama powinnaś o tym pamiętać. To przecież już się zdarzyło, czyż nie?
Myślałam... Że to... Uh, nieważne. Akurat O TYM zapomniałam - nie kłamałam. Tak bardzo uwierzyłam, że zaczynam wszystko od nowa, z czystym sumieniem, że faktycznie udało mi się ukryć przed sobą większość wspomnień. Poza tym - nie mogłam mieć pewności, że moje doświadczenie w starciu z rzeczywistością po restarcie okaże się bezużyteczne, bo będę zmuszona zmierzyć się z czymś zupełnie innym. Cokolwiek planowałam, zawsze kończyło się fiaskiem, dlatego w pewnym momencie odechciało mi się zakładać cokolwiek z góry.
Tymczasem Sans wzruszył ramionami w odpowiedzi na moje nieme wyrzuty.
- No co, znalezienie kogoś, kto umie dostrzec kunszt dowcipu, chyba mnie zaślepiło - był stanowczo zbyt dobry w tej kwestii, znowu chichotałam. - Masz jeszcze kilka sekund, schowaj się za lampą.
- Jestem na nią za duża, zobaczy mnie...! - skrzypienie śniegu było coraz głośniejsze; w nagłym przypływie panicznego geniuszu popędziłam do stanowiska strażnika, za którym to mogłam spokojnie się ukryć. Ukucnęłam, dłonie oparłam o domontowane w budce półki, gdzie ustawiono butelki ketchupu, musztardy i inne takie. Ponieważ nie umiałam utrzymać ciekawości na wodzy, uniosłam się odrobinę ponad blat, by niczego nie przeoczyć.
- SANS! - zza iglaków wyłonił się wysoki, dość paradnie ubrany szkielet - może "paradnie" to nie najlepsze określenie, jednak widok krótkiej czerwonej peleryny, powiewającej, gdy potwór maszerował, przysłaniał mi wszystko inne; przez tę pelerynę strój kojarzył mi się z dzieciakiem udającym superbohatera, ale też wydawał się bardzo do niego pasować.
*I oto na scenę wkroczyło dziecko pragnące zostać herosem.
Nie potrzebuję twoich komentarzy.- Co tam, brachu? - Sans pozdrowił brata machnięciem ręki.
- TY JUŻ WIESZ, "CO TAM", BRACIE! MIJA ÓSMY DZIEŃ, A TY WCIĄŻ. NIE. SKALIBROWAŁEŚ. PUZZLI!!! KRĘCISZ SIĘ TYLKO WOKÓŁ SWOJEJ STACJI. CO TY W SUMIE ROBISZ?!
- Patrzę na lampę, na budę... Wyglądają serio spoko. Może też popatrzysz?
- NIE! NIE MAM NA TO CZASU! - Papyrus zaczął tupać nogą, przez co jeszcze bardziej upodobnił się w moich oczach do zirytowanego dziecka.
Ile w sumie ma lat?
- CO, JEŚLI CZŁOWIEK BĘDZIE TĘDY SZEDŁ?
Tego akurat się nie doczekasz, miałabym zamarznąć, a stąd nie wyjdę.
-
CHCĘ BYĆ GOTÓW! BĘDĘ TYM...! MUSZĘ BYĆ TYM... KTÓRY SCHWYTA CZŁOWIEKA!
Już to widzę...
Otarłam zmarznięty nos, nadal obserwując rozmowę braci. Papyrus ustawił się w dumnej pozie, jego wierna peleryna powiewała dramatycznie.
- WTEDY TO JA, WSPANIAŁY PAPYRUS, ZDOBĘDĘ WSZYSTKO, NA CO ZASŁUGUJĘ! SZACUNEK! UZNANIE! W KOŃCU BĘDĘ MÓGŁ DOŁĄCZYĆ DO KRÓLEWSKIEJ STRAŻY! WSZYSCY ZACZNĄ PYTAĆ O ZOSTANIE MYMI... "PRZYJACIÓŁMI"? KAŻDEGO RANKA BĘDĘ KĄPAĆ SIĘ W BUZIAKACH!
Zagryzłam zęby na dłoni, by nie wybuchnąć śmiechem. Cała ta pompatyczna przemowa, poza, peleryna, wszystko tworzyło obraz tak niepowtarzalny, że mogłam jedynie zareagować na niego serdeczną radością.
*Nie zapomnij, że to TY jesteś jego celem.
*Nie zapomnij, że zrobi WSZYSTKO, by spełnić swoje marzenia.
*Zrobi to TWOIM kosztem.
Przycisnęłam dłoń do czoła. Taka była prawda. Nie powinnam spodziewać się, że ta kwestia ulegnie zmianie.
Czy to znaczy, że muszę...?
*Zapewne.
Westchnęłam smutno. Liczyłam, że obejdzie się bez drastycznych kroków.
- Hmm - Sans postanowił się wtrącić. - Może lampa ci w tym pomoże? Albo coś z mojej stacji?
Byłam o krok od wrzasku. Czy on upadł na głowę?! Już zaczynałam wierzyć, że i on jest mi przychylny.
*Tyle z ufania szkielebraciom, co?
Szczęśliwie Papyrus znowu potrzebował wyrazić swą frustrację poprzez rytmiczne tupanie.
- SANS! WCALE NIE POMAGASZ, TY LENIWA KUPO KOŚCI! Z DNIA NA DZIEŃ ROBISZ SIĘ CORAZ BARDZIEJ LENIWY, JEDYNIE SIEDZISZ I ZBIJASZ BĄKI!
- Hej, wyluzuj. Wykonałem dziś TONĘ roboty. Heh. Szkiele-tonę.
- SANS!!! - bratu bez dwóch zdań nie odpowiadało zbywanie wszystkiego żartami.
- Daj spokój. Uśmiechasz się.
- WIEM, I NIENAWIDZĘ TEGO! EH. CZEMU KTOŚ TAK WSPANIAŁY JAK JA... MUSI ROBIĆ TAK WIELE, BY ZASŁUŻYĆ NA UZNANIE?
- Wow. Brzmi to jakbyś serio przepracowywał się do szpiku kości.
- UGH! - im bardziej zirytowany był Papyrus, tym bardziej ja dusiłam się z hamowanego śmiechu. W pewnej chwili straciłam nawet równowagę i upadłam plecami prosto w śnieg. Jego temperatura natychmiast ostudziła moją wesołość, opanowana podniosłam się szybko z powrotem do kucek. - ZAJMĘ SIĘ TERAZ SWOIMI ZAGADKAMI. A CO DO TWOJEJ PRACY... WŁÓŻ W NIĄ WIĘCEJ KOŚCI. NYEH HEH HEH HEH!
Czyli również Papyrus umiał zażartować, jednak jego mina sugerowała, iż wstydził się tej chwili słabości. Obrócił się na pięcie i odszedł kilka metrów, by jeszcze zawrócić, parsknąć krótko "Heh!" i oddalić się na dobre.
- Poszedł?
- Taa. Możesz wyjść.
Przyjęłam to z ulgą. Stawy zatrzeszczały, gdy, oparta o blat, podniosłam się i przeciągnęłam. Plecy miałam kompletnie przemoczone, podobnie jak kolana. Narzuciłam na ramiona plecak z dobytkiem i spojrzałam na Sansa. Ten puścił mi oczko.
- Radziłbym ci zmykać. Może wrócić, a wtedy musiałabyś znieść więcej moich prześmiesznych żartów.
Uśmiechnęłam się.
- Nie widzę w tym większego problemu.
- Heh.
Wyszłam zza budki i byłam gotowa oddalić się w swoją stronę, ale szkielet powstrzymał mnie gestem.
- Hej, tak swoją drogą, myślałem... Ostatnio mój brat był w kiepskim nastroju. Nigdy wcześniej nie widział człowieka, a spotkanie z tobą mogłoby go pewnie podnieść na duchu.
Otworzyłam usta, jednak nic sensownego nie przychodziło mi do głowy. Mogłam jedynie zapytać:
- To... To kolejny żart? Tak?
- W zasadzie nie. Spokojnie, on nie jest... groźny, nawet jeśli próbuje.
- Mogłabyś... udawać dla niego człowieka?Uciekłam wzrokiem w bok, nadal nie wierząc, że naprawdę mnie o to prosił. Przecież...
Jestem człowiekiem.
"Mój brat to fanatyk chwytania ludzi."
Chce zostać strażnikiem. Zdradzi mnie, by spełnić swoje marzenie, prawda?
...
A jeśli się mylę?
Pierwszy raz dopuściłam do siebie myśl, że mogłam coś błędnie ocenić. Przedtem możliwość ta wydawała mi się niezwykle absurdalna, zatem spokojnie ukrywałam przed sobą jej istnienie. Jednak teraz... Już sama rozmowa braci była inna niż pamiętałam. Mogłam dłużej przyglądać się Papyrusowi, który wydawał się naprawdę poczciwą istotą.
W głębi serca poczułam silny wstyd.
Jestem naprawdę ślepa.
Zresztą...
Sans przyglądał mi się oczekująco.
Należy mu się za to, co zrobiłam.
- Zgoda. Chociaż nadal nie uważam, że to dobry pomysł - rozdrażniła mnie bojaźliwa nuta w moim głosie. Smakowała kurzem. Smakowała staro.
- Serdeczne dzięki. Będę w pobliżu  - po tych słowach ruszył przed siebie, zostawiając mnie na pastwę zimna. Westchnęłam. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Jeśli Ci się spodobało, masz uwagi, zażalenia lub któryś aspekt historii nie daje Ci spokoju - zostaw, proszę, komentarz!