sobota, 30 kwietnia 2016

I

Ocknęłam się na dywanie żółtych kwiatów, krztusząc się świeżym powietrzem. Słoneczne światło wlewające się przez dziurę, którą tu wpadłam, było bardzo jasne i intensywne, a wzmocnione przez okulary wciśnięte na nos, skutecznie mnie oślepiało, zmuszając tym samym do zaciśnięcia powiek.
By nie ranić dłużej oczu, bardzo powoli usiadłam, trzymając się za głowę. Byłam kompletnie zdezorientowana, przez chwilę nie pamiętałam nawet, jak mam na imię. Głowę wypełniały obrazy o rozmytych konturach, tworzące chaotyczną mozaikę. Nie umiałam skupić się na żadnym wspomnieniu. Pozwoliłam im przemykać przed oczami, dopóki nie zaczęły nabierać ostrości i układać się w spójną całość.
Zerwałam się gwałtownie i w tym samym momencie zaczęłam biec. Nie przejmowałam się, że zgniatam kwiaty ani że przy każdym kroku niemal tracę równowagę. Pragnęłam jedynie uciec od swych myśli, przypominających w tym momencie hordę bardzo rozzłoszczonych, głodnych kruków. Nie zwracałam nawet uwagi, dokąd biegnę.
Nie miałam jednak dość sił, by długo tak pędzić. Serce szybko za pomocą ostrego bólu dało mi do zrozumienia, że nie może znieść takiego tempa, podobnie sprzeciwiały się płuca. Przed oczami wirowały ciemne plamy, zasłaniając mi znacznie pole widzenia. Zmuszona przez ciało, padłam na ziemię, znowu niezdolna do oddychania.
Dobre kilka minut uspokajałam rozedrgane narządy, zajęta jednocześnie odpędzaniem natrętnych wspomnień. Nie mogłam dopuścić do ponownego przeżywania tego wszystkiego, zwyczajnie nie dałabym temu rady.
Przyłożywszy do czoła jak zawsze zimne dłonie, poczułam, że chcę się śmiać. Przepełniało mnie uczucie podobne do ulgi. Udało się. Byłam tu. Byłam żywa, w czym utwierdzał mnie ból w klatce piersiowej. Mimo wszystko wciąż żyłam. Na ciele nie dostrzegłam żadnych ran czy choćby blizn po nich. W końcu naprawdę wybuchłam śmiechem. Głos niósł się daleko w pustej przestrzeni, odbijając się od kamiennych ścian, nabierał upiornego wydźwięku, toteż szybko zamilkłam.
Gdy tylko poczułam, że mięśnie znów są mi posłuszne, spróbowałam pozbierać swoją godność z ziemi, co zakończyło się, o dziwo, sukcesem. Odnalazłam wzrokiem kamienną bramę, w stronę której powoli skierowałam kroki. Przegryzłam zdenerwowana wargę i wyłamałam palce. Nagle cały plan wydał mi się kompletnie bezsensowny. Nie rozumiałam nawet, co mną kierowało, by wrócić. Nie liczyłam na konkretny efekt tych działań...
A mimo to przeszłam przez bramę. Nieco mechanicznie stawiałam kroki, zupełnie jakby mózg włączył im automatyczne kierowanie. Skoro już zdecydowałam się na ten ruch, to czy nie mogłam po prostu pozwolić historii na spełnienie się?
Zatrzymałam się, bowiem na mojej drodze stał, czy raczej - rósł spokojnie żółty kwiat. Nie miałabym oporów przed wyminięciem go, gdyby nie jeden szczegół. Kwiat ten miał twarz.
Patrzył na mnie, i czynił to z uśmiechem tak paskudnym, tak zniekształconym, że poczułam, jak skóra cierpnie mi na całym ciele. W tym momencie zapragnęłam tylko odwrócić się na pięcie i uciec, powstrzymała mnie przed tym tylko świadomość, iż nie mam dokąd.
Roślina tymczasem otworzyła usta i odezwała się:
- Naprawdę...? W porządku, to twoja decyzja. Ja na ciebie poczekam - w trakcie tej krótkiej przemowy jej twarz stale podlegała przeistoczeniom, w pewnym momencie przypominała obłąkańczą maskę; skończywszy mówić, kwiat momentalnie zapadł się pod ziemię, zostawiając mnie kompletnie spanikowaną. Szok ponownie ściął mnie z nóg.
On wiedział. On wiedział? Jakimś cudem zdawał się mieć świadomość, co zrobiłam. Ale to przecież niemożliwe! On nie mógł...! Prawda...?
Nie dano mi dość czasu na trwanie w takim stanie, bowiem dosłownie kilka chwil później usłyszałam miękkie kroki. Ledwo udało mi się przybrać na twarz maskę niezmąconego spokoju, gdy z ciemności wynurzyła się potężnie zbudowana istota o aparycji zbliżonej do koziej. Jej sylwetka, obwleczona długą fioletową suknią z wyszytym na piersi skomplikowanym herbem, przywodziła mi na myśl dostojną matronę. Patrzyła na mnie z wyraźną troską.
- Moje biedne dziecko, nic ci nie jest? - w odpowiedzi zaprzeczyłam ruchem głowy. Koza wyciągnęła w moją stronę puszystą dłoń. Bez chwili chwyciłam ją, wybawicielka pomogła mi wstać. - Wyglądasz na zagubioną... Ale nie martw się. Jestem Toriel, opiekuję się Ruinami. Codziennie przychodzę tu, by sprawdzić, czy nikt nie spadł. Jesteś pierwszą od wielu lat...
- D-doprawdy...? - wymamrotałam, przyciskając dłoń do skroni. - Od jak wielu...?
- Cóż... Trudno stwierdzić... - fakt, że starałam się nawiązać dialog, chyba zaskoczył Toriel. No tak. Za pierwszym razem nie stawiałam pytań, ograniczając się do kiwania głową. - W każdym razie dawno żaden człowiek nie trafił tutaj, do nas...
- Wiem - odparłam. - To przez legendy. Znaczy... Ciągle powtarzano, że każdy, kto spróbuje wspiąć się na górę Ebott, nie wróci. Dorośli pilnowali, by dzieci nie usiłowały dostać się na szczyt. Poza tym... Góra sama postarała się o swoją ponurą sławę - dodałam po chwili. - W końcu jacyś ludzie naprawdę stamtąd zniknęli...
- Ah... Cóż, trudno odmówić ci racji, moje dziecko...
- K-karune - przerwałam nieco lękliwie, starając się nadać głosowi normalne brzmienie. Kozia kobieta wydawała się naprawdę zdumiona moim 'gadulstwem'.
- Proszę...?
- N-na imię mam Karune - uśmiechnęłam się słabo, czując, że serce spowija gorycz żalu. Status dziecka utraciłam dawno temu. - Czy to nie problem...?
- Oh. Nie, ależ skąd, moja droga... Karune - wyraz jej twarzy nieco mnie pokrzepił i zmniejszył ucisk w piersi. - Skoro przełamałaś zabobonny lęk przed legendą góry i trafiłaś do naszego świata, obiecuję dać z siebie wszystko, byś podczas pobytu tutaj była bezpieczna. Chodź za mną - puszysta figura ruszyła, ja bez protestów podążyłam jej śladem. Wspólnie przekroczyłyśmy następną bramę, za którą zamajaczyły Ruiny.
Ich ciemny kontur, górujący nade mną i Toriel, wbijał mnie w silny kompleks niższości, a w miarę dalszego przemierzania dziedzińca dopadł mnie szczery lęk.
Nagle, oprócz obaw, znajoma linia wyznaczona obudziła we mnie coś, co zdążyłam poznać już wcześniej. Uczucie to stopniowo wypierało strach, a finalnie pozbyło się go w całości. Spokojna, pewna swojej siły, wspięłam się po białych schodach i znalazłam się w moim starym domu.
- Ruiny są pełne zagadek, czekających, aż je rozwiążesz... - odezwała się Toriel, wskazując łapą na kilka przycisków, wystających z podłogi. Skinęłam głową na znak, że przyjęłam to do wiadomości. - Jednak nie musisz się przejmować. Zademonstruję ci, jak należy ich używać...
Powiedziawszy to, przeszła pewnie po czterech włącznikach, następnie zaś opuściła w dół dźwignię. Otworzyło się kolejne przejście.
- Jak widzisz, "puzzle" stanowią swego rodzaju klucze, umożliwiające przemieszczanie się między pomieszczeniami. Może zechcesz sama spróbować...? - spojrzała zachęcająco. Ponieważ zamierzałam działać, jakbym była tu faktycznie pierwszy raz, sama przemaszerowałam po przyciskach. Toriel, widząc, że będę umiała obejść się z wszelkimi guzikami, przeszła do sąsiedniego pokoju. Chciałam do niej dołączyć, jednak moją uwagę przykuła tabliczka na ścianie. Zbliżyłam się, by odczytać napis.
Tylko nieznający lęku mogą iść naprzód. Odważni. Głupi. Ci nie kroczą utartym szlakiem.
- Ano nie kroczą... - wymamrotałam, szybko opuszczając salkę. Chociaż to idiotyczne, słowa te zdawały się kłuć mój umysł. Zirytowana postanowiłam szybko wyprzeć je z pamięci.
Toriel oczekiwała mnie przy ścieżce.
- By iść dalej, musisz zająć się kilkoma guzikami. Bez obaw, oznaczyłam je dla ciebie!
- To dobrze - wtrąciłam, uśmiechając się. - Mam całkiem beznadziejny wzrok, zatem każde oznakowanie jest cenne.
Kozia kobieta niezbyt wiedziała jak zareagować, chyba podejrzewała nawet, że kpię. Przystąpiłam do prędkich wyjaśnień.
- N-naprawdę, nawet w okularach wielu rzeczy nie zauważam, z-zatem naprawdę doceniam znaki i takie tam...
- Spokojnie, moje dz... Karune - opiekunka machnęła uspokajająco łapami. - Rozumiem.
Umilkłam, by uniknąć dalszego pogrążania się, potulnie kroczyłam jasną ścieżką, rozglądając się, zaciekawiona.
Ceglane ściany obrastał tu i ówdzie bluszcz, zaś pod stopami miałam wodę płynącą w kanałach, jej szum przypominał mi o Wodospadach. Mimo, że całe to miejsce niewątpliwie miało sporo lat, wyglądało na dobrze konserwowane. Zapewne Toriel wkładała mnóstwo wysiłku i troski, by cały kompleks był w jak najlepszym stanie, a żyjące tu stworzenia czuły się bezpiecznie. 
Nagle zauważyłam przełącznik, obrysowany kredą tak bardzo, iż niemożliwym było przeoczenie go. Nie czekając na zachęty, podeszłam do niego i nacisnęłam. Potem jeszcze jeden. Kątem oka dostrzegłam, iż koza uśmiecha się w sposób świadczący o zadowoleniu z mej domyślności. 
- Doskonale sobie z tym poradziłaś, Karune! - zawołała radośnie, zdawało mi się nawet, iż w jej głosie pobrzmiewa duma. Stanąwszy przed Toriel, pozwoliłam sobie na ostrożny uśmiech, chwilę później zaś przemaszerowałyśmy do pomieszczenia, gdzie czekała na nas stara, sfatygowana kukła. Jej widok odebrał mi chęci na dalsze uśmiechanie się. Krew momentalnie odpłynęła mi z twarzy.
- Jesteś człowiekiem... - opiekunka spojrzała na mnie, zatroskana. Przez moment pragnęłam jej przerwać, bo akurat tę przemowę pamiętałam doskonale. A jednak trwałam w milczeniu. - ...I przez to potwory mogą cię zaatakować... Musisz być na to przygotowana. Ale nie martw się! Proces walki jest prosty.
O tak. Aż nadto prosty - zadrżałam. Faktycznie, cóż bowiem trudnego jest w uniesieniu kija lub noża i wymierzeniu ciosu?
- Karune, słuchasz mnie...? - łagodne napomnienie sprowadziło mnie na ziemię. Kiwnęłam sztywno głową. - Jeśli dojdzie do walki, proszę, spróbuj zająć atakującego rozmową. Postaram się przerwać starcie i załagodzić konflikt.
- U-uhum... - przełknęłam zdenerwowana ślinę, podchodząc powoli do manekina. Powtarzałam sobie w myślach, że to przecież nic takiego.
Gdy od kukły dzieliło mnie mniej więcej ćwierć metra, poczułam znajome szarpnięcie w okolicy mostka, zaś moje jestestwo zostało skoncentrowane w niewielkim bladoczerwonym sercu, unoszącym się nad lewym ramieniem; wszystko dookoła oblała ciemność, w której zamajaczyły słabo zielone linie, dzielące pustkę na sfery. 
Zakręciło mi się w głowie. Przechodzenie  do "Stanu Gotowości", jak zwykłam nazywać wyrwanie z rzeczywistości na czas walki, nigdy nie było dla mnie miłym przeżyciem, głównie przez fakt, iż dusza odseparowywała się od ciała. W tym momencie dodatkowo przeżywałam to "pierwszy" raz, co potęgowało poczucie dezorientacji.
Odruchowo zanurzyłam dłonie w kieszeni bluzy, gdzie znalazłam średniej długości patyk. Podczas drogi na szczyt góry Ebott służył mi do oczyszczania ścieżki z pajęczyn. Nieco niepewnie wyciągnęłam go; jako "oręż" nie stanowił zbyt wielkiego zagrożenia, jednak dodawał mi nieco pewności siebie. Dzięki niemu nie byłam kompletnie bezbronna.
Tymczasem z pustki wyłoniła się treningowa kukła, zaś nad nią dostrzegłam cztery tabliczki. 
WALCZ
DZIAŁAJ
PRZEDMIOT
ŁASKA
Toriel chciała, bym porozmawiała z manekinem, na co nie chciałam przystać. Do licha, konwersacja z przedmiotem? Aż tak nie oszalałam. Zamiast tego sięgnęłam dłonią w kierunku ŁASKI, serce posłusznie zbliżyło się do napisu.
OSZCZĘDŹ
UCIEKAJ
Użyłam OSZCZĘDŹ. Kukła nie zareagowała na to w żaden sposób, czego w sumie mogłam się spodziewać.
- No weź, nie chcesz tego skończyć? - jęknęłam cicho, ponownie wybierając opcję OSZCZĘDŹ. Wciąż nie przyniosło to skutku. Zatem jeszcze raz?
Tak! Zmęczyłam kukłę swoimi nieco bezcelowymi działaniami. Rozpłynęła się w ciemnościach, dusza powróciła do ciała, a Stan Gotowości wypuścił mnie ze swych szponów.
Widok fioletowych murów napełnił mnie ulgą. Spojrzałam rozpromieniona na Toriel... której mina wyrażała skrajne niedowierzanie. Zapewne taki sposób działania nie przyszedł jej w ogóle do głowy. Pomilczałyśmy kilka sekund, w końcu opiekunka przerwała ciszę, wołając entuzjastycznie:
-  Następny pokój czeka!
Obdarzyłam kukiełkę ostatnim, niechętnym spojrzeniem, po czym dołączyłam do Toriel.
- Za chwilę staniemy przed następną zagadką... Jednak czy dasz sobie z nią radę...? - koza mamrotała nieco nerwowo, posłałam jej pewny uśmiech, chcąc ją tym sposobem uspokoić. Gdy ruszyłyśmy, ukradkiem ziewnęłam.
Zaczynałam powoli odczuwać znużenie wędrówką. Akurat początkowego przechodzenia przez Ruiny mogłabym nie przeżywać na nowo - ta część była po prostu... nudna.
*Nudzisz się?
Odchrząknęłam nieco zbyt głośno, udając, że niczego nie usłyszałam, zamiast tego skupiłam się na zachowaniu pozorów, iż niczego się nie spodziewam. 
Cóż. Nagłego wciągnięcia do Stanu Gotowości naprawdę się nie spodziewałam. Zapomniałam, że na tym odcinku czaił się Froggit, który teraz był moim przeciwnikiem. Dusza trzepotała słabo nad moim uchem.
Spanikowana i pragnąca uniknąć bezpośredniej konfrontacji, wybrałam działanie SPRAWDŹ.
*Froggit. Niezbyt silny, słaba obrona. Dla niego życie jest naprawdę trudne.
Nic więcej nie zdążyło się zadziać, ponieważ do Stanu, o dziwo, wkroczyła Toriel. Nie wiedziałam nawet, że to możliwe. Jej władcze i odrobinę straszne spojrzenie dało żabopodobnej istocie do zrozumienia, że powinna czym prędzej się oddalić, co zresztą uczyniła.
*Wygrałaś.
Kiedy serce powróciło na swoje miejsce, wznowiłyśmy wędrówkę.
- Dziękuję - sapnęłam, zatrzymując się przed kolejną zagadką. Widok ścieżki złożonej niemal wyłącznie z kolców był doprawdy demotywujący.
- Ah, to żaden problem. W końcu jesteś pod moją opieką. Oh... Widzisz... To jest ta łamigłówka, ale... Czy... sądzisz, iż jesteś w stanie to rozwiązać? - Toriel niepewnie popatrzyła na swoją własną zagadkę. Ciekawe, że do tej pory jej nie zmieniła; wydawała się mieć świadomość, że to może nieco zbyt skomplikowane oraz, co ważniejsze, niebezpieczne dla przeciętnego człowieka.
- Umm... Nie - odpowiedziałam zupełnie szczerze. - Nie wiedziałabym nawet, jak się za to zabrać.
- Oh. No tak... Może zatem złap mnie za rękę, poprowadzę cię.
Natychmiast chwyciłam łapę Toriel i pozwoliłam powieść się przez kolczasty labirynt, który w wyniku odpowiedniego stawiania kroków zapadał się.
- Dlaczego w sumie nie zmieniłaś tej zagadki na prostszą...? - zaryzykowałam pytanie, gdy znalazłyśmy się na końcu ścieżki. Opiekunka pogładziła się po uchu z zakłopotaną miną.
- Ciągle... o tym zapominałam, skoro nie pojawiali się tutaj nowi ludzie... - wyjaśniła, jej głos przycichł, a wzrokiem powiodła po posadzce.
Chyba czuje się samotna... - pomyślałam, przyglądając się jej uważnie. Wcześniej nie zwróciłam na to uwagi.
Toriel zdała sobie sprawę, iż gapię się na nią co najmniej bezczelnie. Zmieszała się.
- Czy coś się stało...? Tak spoglądasz... (To nieco przerażające.) - miałam szczerą nadzieję, iż ostatnie słowa były tylko iluzją spłodzoną przez targany wyrzutami sumienia umysł. Po plecach przebiegły mi ciarki.
*Ona wie.
Zamknij się. To nieprawda.
- A-ah, po prostu... Wydawało mi się... N-nie. Nieważne.
Moja pasywność znowu zbiła opiekunkę z pantałyku, dobrą chwilę patrzyła w pustą przestrzeń, nim ponownie się odezwała:
- Tak... Do tej pory radzisz sobie znakomicie, Karune. Lecz teraz... mam do ciebie dość dziwną prośbę... Proszę, byś przeszła ten korytarz sama. Wybacz mi... - opuściła mnie w pośpiechu. Dałam jej minutę, by zdążyła ukryć się za kolumną, po czym spokojnym, niemal leniwym krokiem ruszyłam w kierunku wyjścia.
Ponieważ przed sobą miałam jakieś kilkaset metrów "spokoju", czas postanowiłam przeznaczyć na zaspokojenie ciekawości, cóż takiego trzymałam w kieszeniach.
Nie dało się zaprzeczyć, że nosiłam ze sobą całkiem sporo śmieci. Oprócz patyka, odnalazłam nieco piachu (przynajmniej wierzyłam, że to zwykły piach), papierki po lodowych landrynkach oraz kilka pogniecionych stron z notatkami maści wszelkiej, a poza tym moją komórkę, której to ekran pękł w chwili upadku, klucze do domu...
...i dziesięć niewielkich, papierowych gwiazdek, złożonych prostym origami. 
Przyjrzałam się im w zdumieniu. Byłam przekonana, że niemal wszystkie zdążyłam zgubić. Pokręciłam szybko głową, uświadomiwsze sobie własną naiwność. Racja, reset. Wszystko wróciło do stanu pierwotnego, zatem odzyskałam również swoją zgubę.
Uśmiechnęłam się szeroko. Czułam się irracjonalnie przywiązana do gwiazd, ponieważ na powierzchni długie godziny przeznaczałam na rozdzieranie papierowych pasków i składaniu małych gwiazdek; poza tym...
Wtedy to kątem oka dostrzegłam białą kolumnę, za którą to chroniła się koza; pospiesznie ukryłam swe "skarby" w bluzie i udając, że niczego się nie spodziewam, zbliżyłam się do wyjścia, prowokując Toriel do wychynięcia zza filaru. Jeśli przedtem jaśniała z zadowolenia, to teraz zbliżała się do entuzjastycznego wybuchu.
- Ah-haha! Widzisz, nie zostawiłam cię! Byłam tu cały czas - uśmiechnęła się szeroko, stając przede mną. - Cieszę się, że mi ufasz. I przepraszam, ale chciałam sprawdzić, czy potrafisz być samodzielna.
- Czyli dobrze się spisałam?
- Tak, tak! Bardzo dobrze! Jestem z ciebie dumna. Ah... - popatrzyła na wyjście. - Muszę wyjść załatwić kilka spraw, zostaniesz przez jakiś czas sama... Proszę, byś nie opuszczała tego pokoju, samotna eksploracja Ruin jest niebezpieczna... Czekaj. Mam pomysł.
Z kieszeni sukni wyjęła telefon komórkowy, który to ostrożnie mi wręczyła.
- Jeśli będziesz czegoś potrzebować, po prostu zadzwoń.
- To naprawdę dobry pomysł - skinęłam głową w dziękczynnym geście, przyglądając się komórce. Aparat nie mógł poszczycić się tytułem najnowocześniejszego, w porównaniu z modelem służącym mi na powierzchni, wydawał się odrobinę toporny. Nie ujawniłam się ze swoją oceną, w końcu model nie miał znaczenia, chodziło o to, by sprawnie działał. - Dziękuję.
- Ależ proszę - opiekunka, wciąż uśmiechnięta, wyciągnęła ku mnie łapę, jakby przymierzała się do pogładzenia po głowie. W ostatniej chwili rozmyśliła się jednak i poprzestała na pomachaniu. - Bądź grzeczna, w porządku...?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Jeśli Ci się spodobało, masz uwagi, zażalenia lub któryś aspekt historii nie daje Ci spokoju - zostaw, proszę, komentarz!