Droga przede mną rozwidlała się. Mogłam iść prosto lub skręcić w lewo i pozwiedzać, jednak fakt, że zdążyłam zmoknąć, nie sprawił, iż beztroski spacerek po lesie wydawał się dobrą opcją. Uznawszy, iż zawsze pozostanie mi możliwość zawrócenia, a zdrowie jest jednak istotniejsze, zdecydowałam się iść zgodnie z wcześniej przyjętym kierunkiem.
Kilka metrów od ścieżki zbaczającej natknęłam się na pudło, ustawione obok tabliczki.
To jest pudło. Możesz coś do niego włożyć lub coś z niego wyjąć. To samo pudło pojawi się potem w innym miejscu, zatem nie musisz się martwić potem o powrót! Z wyrazami szacunku, miłośnik pudeł.
Nie pamiętałam, bym wcześniej interesowała się jakimikolwiek międzywymiarowymi pudłami, jednak teraz postanowiłam to nadrobić, zwłaszcza że targanie ze sobą zbyt wielu rzeczy na dłuższą metę naprawdę męczyło, reset odebrał mi całą zebraną dotychczas siłę. Zdjęłam plecak, rozpięłam go i po chwili namysłu wypakowałam z niego kawałek cynamonowo-kajmakowego ciasta, które pragnęłam zachować na specjalną okazję, zeszyty oraz Pajęczego Donuta. Uniosłam wieko skrzyni, ostrożnie poukładałam w nim swój dobytek i już miałam odejść, kiedy to zauważyłam, że w pudle ukryto parę rękawic z różowego, sztywnego materiału przypominającego skórę.
Dobry Boże, rękawiczki. Czyżby karma mnie chwaliła?
Oczywiście natychmiast zabrałam je ze środka i nasunęłam na poczerwieniałe, pomarszczone dłonie, nie zastanawiając się, czy takie działanie przypadkiem nie podpadało pod kradzież. W moim odczuciu pozostawienie czegokolwiek w podobnej skrzyni oznaczało niejaką zgodę właściciela na to, by rozstać się z przedmiotem, jak w geocashingu.
Pełna entuzjazmu i wiary, zatrzasnęłam wieko, chwyciłam plecak, a chwilę później dałam się wciągnąć w Stan Gotowości, by stanąć twarzą w twarz ze Snowdrake'iem.
- No cześć - pozdrowiłam go machnięciem ręki. Potwór otworzył szeroko dziób, jakby nabierał więcej powietrza.
- M-ma-makaronik i lodowaty ser! - zawołał, atakując śnieżnymi obiektami, przypominającymi bumerangi. Ominięcie ich nie stanowiło, o dziwo, większego problemu, jednak bardziej przejmowałam się dziwną kwestią polarnego potwora niż salwą z jego strony.
O czym on bredzi?
*To żart. Nie poznałaś się, śmieszko?
Pokręciłam stanowczo głową.
Zdecydowanie nie widzę tu niczego zabawnego. Nawet jego imię ma w sobie więcej humoru.
Zachichotałam pod nosem, głupkowato dumna z własnego dowcipu.
- He-hej! I co cię tak śmieszy? - ptasi potwór spojrzał na mnie, podirytowany. Kolejne bumerangi pomknęły w moim kierunku, o mało nie skracając mnie o głowę. - Nawet nie dałaś mi nic powiedzieć!
- Z-z niczego takiego, wy-wybacz! Ej, zaserwujesz mi zatem jakiś pyszny kawał? - złapałam równowagę, wyminąwszy ostatni lodowy półksiężyc. - W końcu szukasz widowni, co? Pokaż, na co cię stać.
- Dobrze! - stworzenie nastroszyło pióra. - Przyjmij to na chłodno!
Serio? Tylko na tyle cię stać...? "Przyjmij mój potencjalnie zabójczy atak na CHŁODNO"? Zawiodłeś mnie.
Ledwo mogłam oddychać, jednak nie miało na to wpływu poczucie humoru zdecydowanie niskich lotów, lecz wyczerpujące unikanie ataków Snowdrake'a. Mimo to wymusiłam na sobie śmiech, by nie sprawić potworowi przykrości.
- H-hha-ha! Napra-naprawdę dobre... ufff! Normalnie nie mogę ustać na nogach, bo mnie powaliłeś - bajdurzyłam beztrosko, co wydawało się schlebiać komediantowi.
- Widzisz? Tatko się mylił! Wywołuję śmiech!
*Politowania, ale to zawsze coś.
Niechętnie się zgodzę.
To szczęśliwie wystarczyło, by Snowdrake poniechał dalszej walki. Odszedł w swoją stronę, by zapewne dalej szukać odbiorców jego nieprzeciętnych kawałów (szczerze im współczułam), zaś ja zebrałam pozostawione przez niego monety i ruszyłam dalej.
Rękawiczki wspaniale spełniały swoją rolę, znowu czułam palce, które nieprzyjemnie swędziały i piekły, zdawało mi się nawet, że skóra na knykciach powoli pęka. Postanowiłam zignorować tę drobną niedogodność, przekonana, że po jakimś czasie stanę się na to nieczuła.
- ZATEM, JAK JUŻ MÓWIŁEM O UNDYNE... - do moich uszu dobiegł znajomy, donośny głos, co skwitowałam westchnięciem. Przyszedł czas zmierzenia się z daną obietnicą. Poprawiłam szalik, przeszłam kilka kroków i niespodziewanie poleciałam do przodu, ryzykując upadek w śnieg. Na całe szczęście w ostatniej chwili odzyskałam równowagę, jednak moje rozpaczliwe piski temu towarzyszące skupiły na mnie uwagę obu braci, którzy to odwrócili się w moją stronę. Spojrzeli na mnie, spojrzeli po sobie, cała sekwencja powtórzyła się kilkakrotnie, aż w końcu Papyrus zaczął wirować wokół własnej osi. Zachichotałam.
- Cześć, przeszkadzam?
Wyższy szkielet wyglądał na wniebowziętego, niemal czułam bijącą od niego ekscytację. Żaden nie odpowiedział na pytanie, zamiast tego obrócili się do mnie plecami i podjęli krótką dyskusję.
- SANS, O MÓJ BOŻE!!! CZY TO CZŁOWIEK?! WYGLĄDA TAK ZNAJOMO!
- Uhh, może wygląda znajomo... bo to kamień?
- Co? - w tym momencie to ja zgłupiałam, ale wystarczyło spojrzeć za siebie, by pojąć, że Sans mówił o kamieniu na drodze. To pewnie o niego się potknęłam.
Papyrus, który przyjrzał się uważnie skale, zdawał się być zawiedziony.
- Oh.
- Hej, a co stoi naprzeciw kamienia?
Dopiero teraz szkielet zwrócił uwagę na moją osobę. Pomachałam mu, na co ten prawie zakrztusił się powietrzem. Nachylił się do brata.
- O mój Boże, czy to człowiek?! - szept Papyrusa słyszałam nawet ze swojej pozycji, co tylko bardziej mnie rozbawiło.
- Tak.
- O MÓJ BOŻE! - pierwszy raz ktoś tak entuzjastycznie reagował na moją obecność; poczułam się niczym uosobienie najwspanialszego gwiazdkowego prezentu. Tymczasem "obdarowany" kontynuował, nie mniej rozradowany: - SANS! NARESZCIE TO ZROBIŁEM! UNDYNE... JA W KOŃCU...! BĘDĘ TAK... POPULARNY! POPULARNY! POPULARNY!!!
- I bez wątpienia jeszcze - popularny? - wtrąciłam, nie kryjąc uśmiechu.
- OCZYWIŚCIE! - szkielet wyprostował się dumnie, po czym odchrząknął, jakby przywołując się do porządku. - CZŁOWIEKU! NIE PRZEJDZIESZ PRZEZ TEN TEREN! JA, WIELKI PAPYRUS, POWSTRZYMAM CIĘ! SCHWYTAM CIĘ! ZOSTANIESZ DOSTARCZONY...
- Dostarczona - poprawiłam.
- OCZYWIŚCIE, DOSTARCZONA DO STOLICY! A WTEDY! WTEDY! ...NIE WIEM, CO SIĘ WTEDY STANIE. W KAŻDYM RAZIE! KONTYNUUJ... JEŚLI SIĘ ODWAŻYSZ! NYEH HEH HEH HEH HEH!
Nieco zdziwiło mnie, że zamiast złapać mnie teraz, gdy stałam kompletnie bezbronna na drodze w lesie, Papyrus wolał oddalić się w swoim kierunku, bez wątpienia po to, by przygotować jakąś zagadkę.
Sans wyglądał na zadowolonego z rozwoju sytuacji.
- Cóż, nieźle poszło. Nie panikuj, będę miał na niego oczodół - mrugnął do mnie i pospieszył za swoim bratem. Zostawszy sama, wzruszyłam ramionami i odważyłam się ruszyć dalej. Minęłam skleconą z kartonów imitację stacji wartowniczej, zza której to wychynął nagle olbrzymi, szpiczasty kapelusz, a zaraz za nim reszta Ice Capa, co poskutkowało wciągnięciem w Stan.
Szlag. Jak mam z nim postąpić...?
*Mam pewną sugestię.
Jeśli zakłada ona użycie kijka, daruj sobie.
*Skoro tak, to radź sobie sama.
Świetnie.
Ponieważ prowadząc skomplikowany wewnętrzny dialog, w ogóle nie zwróciłam uwagi na potwora, ten w końcu krzyknął.
- Um, hej, mój kapelusz jest TUTAJ - dokoła mnie uformowały się długie, cienkie lodowe igły, tworzące zygzakowaty wzór. Co gorsza, całość poruszała się, zmuszając mnie tym samym do dotrzymania jej kroku. Nie wyszło mi to zbyt dobrze, dwa razy zahaczyłam o sople, które pozostawiły na ciele krwawiące znamiona. I chociaż ból był naprawdę przykry, pozwoliłam sobie na uśmiech, wiedziałam już bowiem, jak zniechęcić oponenta do walki.
Zauważywszy rzucane mi ukradkiem spojrzenia, kontrolujące, czy zachwycam oczy nakryciem głowy, ostentacyjnie odwróciłam się do potwora plecami, czym doprowadziłam go do szału.
- JASNE. WIESZ CO, NIE OBCHODZI MNIE TO - ponownie znalazłam się pośród igieł, tym jednak razem nie skończyło się to dla mnie żadnymi ranami.
- Hej, spokojnie, ktoś kiedyś doceni twój kapelutek - posłałam Ice Capowi pocieszający uśmiech, oszczędzając go.
Kilkadziesiąt metrów dalej natknęłam się na kolejną budkę, a parę centymetrów przed nią ustawiono tabliczkę, głoszącą jasno "Absolutnie NIE RUSZAJ SIĘ". Zignorowałam ostrzeżenie i zamierzałam wyminąć budę, jednak gdy postawiłam zaledwie krok przed nią, z głębi wyłonił się podejrzliwie rozglądający się czarny pies. Jak mu było...? Ah, Doggo. Rodzicom nie można było odmówić kreatywności.
- Coś się ruszyło? Zdawało mi się? - sapnął, co brzmiało bełkotliwie przez trzymany w pysku psi smakołyk. - Widzę tylko to, co się rusza...
Zazdroszczę ci, coś widzisz.
- Jeśli coś się tu ruszyło... Na przykład... C z ł o w i e k . . . Upewnię się, że już NIGDY to się nie ruszy!
Ponownie Stan? Ten żart przestawał być zabawny.
SPRAWDŹMY go...
*Doggo. Bardzo podekscytowany ruchem. Szczególne zainteresowanie: wiewiórki.
- Ani kroku dalej...! - warknął, posyłając prosto na mnie lśniący niebiesko miecz. Nie miałam szans, by go wyminąć, ograniczała mnie strefa ataku, zaś samo ostrze zajmowało całą jego szerokość.
Bałam się ruszyć, by choćby spróbować zanurkować, ale też bałam się, że to mnie zabije. Wtedy to miecz przyspieszył...
... przeszył mnie na wylot, nie czyniąc przy tym żadnej krzywdy.
Niebieski atak - pomyślałam, oplatając rękoma brzuch, przez który przeniknął miecz. Jak mogłam zapomnieć o niebieskim ataku...?
Nie miało to w sumie znaczenia. Ponieważ Doggo nie atakował dalej, pokonałam dzielący nas metr i zaczęłam go głaskać po głowie.
- C-CO, COŚ MNIE GŁASZCZE! - mina potwora wskazywała, że był zdezorientowany, ale jednocześnie całkiem mu to odpowiadało. Zaszczekał kilkukrotnie, natomiast gdy zabrałam dłoń, ponownie użył niebieskiego miecza, jakby upewniał się tym sposobem, że dotyka go coś nieruchomego.
Wyciągnęłam z plecaka patyk, który to cisnęłam przed siebie, Doggo zachwycony popędził za kijem. Przez chwilę bawiliśmy się w ten sposób, potem jeszcze raz go wygłaskałam.
*Doggo to chyba kocha.
Nie dziwię mu się.
Przypomniałam sobie o naszym psie. Był już w podeszłym wieku i nie przepadał za ruchem innym od wściekłego miotania się na widok innych czworonogów. Chyba tęskniłam za możliwością stereotypowej zabawy z psem.
Opuściliśmy Stan. Doggo wyglądał na dość roztrzęsionego. Wymamrotał coś o głaskaniu przez nieruchome istnienie, po czym zajął się przeżuwaniem swoich przysmaków. Nie miałam nic więcej do roboty, dlatego zostawiłam budę w spokoju i wróciłam na ścieżkę.
W pierwszym momencie nie zwróciłam uwagi na czekającego przy drodze Sansa. Wpatrzona tępo przed siebie nie zauważyłam również, że trakt był oblodzony. Poślizgnęłam się, przejechałam kilka metrów, machając rozpaczliwie rękoma, by w końcu wylądować prosto na tabliczce, ustawionej pośrodku lodowej wysepki. Wczepiłam się weń jak przerażony kot, kątem oka odcyfrowałam napis.
Północ: lód. Zachód: lód. Południe: lód. Wschód: miasteczko Snowdin... (i więcej lodu).
- Ej, żyjesz? - odwróciłam głowę w kierunku nawoływania, dopiero teraz uświadamiając sobie obecność szkieletu. Skinęłam potwierdzająco.
- Jak widzisz. Ledwo, ale jeszcze nie trzeba mnie zeskrobywać.
- Byłaś na dobrej drodze, by jednak skrobaczka okazała się potrzebna - szkielet pokręcił głową.
- Wiem, wiem - uśmiechnęłam się głupio, puszczając znak i prześlizgując się do Sansa. - Ale, heh, głupi ma zawsze szczęście, zatem jeszcze długo nic mi się nie stanie.
- Okej, skoro tak twierdzisz. Właściwie to chciałem ci powiedzieć coś ważnego.
- Zamieniam się zatem w słuch - wyhamowałam już na drodze ośnieżonej i spojrzałam na niego.
- Mój brat ma bardzo specjalny atak. Gdy zobaczysz... Erm...
- Nie no, kolory jeszcze rozróżniam. Mów dalej.
- Dobra, gdy zobaczysz niebieski atak, po prostu się nie ruszaj, wtedy nic ci nie będzie.
- Ah, tak, dobra. Wiem to.
- Serio? Niby skąd?
Sans spojrzał na mnie podejrzliwie, przyprawiając mnie o ciarki. Pohamowałam zdenerwowanie i wytłumaczyłam:
- Przed chwilą wpadłam na Doggo. Atakował na niebiesko, mówił przy tym, że nie widzi nieruchomych obiektów...
- Aa. Jasne, teraz... widzę. No, skoro wiesz, to nie będę ci zawracał głowy metaforami ani niczym takim. Trzymaj się i nie zgiń.
- Postaram się.
Ominęłam cały lód. Chociaż musiałam przez to nadłożyć metrów i stracić nieco więcej czasu, nie zamierzałam szorować pośladkami po zamarzniętej tafli, a wiedziałam, że tak by się to skończyło.
Na horyzoncie dostrzegłam zarysy sylwetek obu braci, co nieco mnie zaskoczyło. Obejrzałam się za siebie, jednak za plecami miałam wyłącznie drzewa i ośnieżony trakt, z mojej pozycji nawet znak nie był dobrze widoczny. Poprawiłam okulary i dołączyłam do szkieletów, pogrążonych jak zawsze w żarliwej dyskusji.
- DOPRAWDY! CZY JA ZNAM TEGO CZŁOWIEKA?
- Serio nie wiesz... kogo znasz?
- PFTRBRBRF! - ta sugestia bardzo rozbawiła Papyrusa. - OCZYWIŚCIE, ŻE WIEM, KOGO ZNAM. CHCIAŁEM TYLKO WIEDZIEĆ, CZY TY WIESZ. JA WIEM, KOGO ZNAM, TAK BARDZO JAK WIEM, ŻE WIEM, KOGO ZNAM...! WIESZ?
Starałam się pojąć sens właśnie usłyszanego zdania, niestety okupiłam to ukłuciem bólu w skroni. Mój smutny jęk przykuł uwagę "prześladowcy".
- OHO! O WILKU MOWA!
- Tak, tak.
- BY CIĘ SCHWYTAĆ, JA I MÓJ BRAT PRZYGOTOWALIŚMY PEWNĄ ZAGADKĘ, KTÓRĄ ZAPEWNE UZNASZ ZA ODROBINĘ... SZOKUJĄCĄ!
- Nie śmiem wątpić.
- JAK ZAPEWNE WIDZISZ, MAMY TUTAJ NIEWIDZIALNY... ELEKTRYCZNY LABIRYNT!
- CO?! - zaskrzeczałam, cofając się o krok od miejsca, gdzie odgarnięto śnieg, odsłaniając przy tym nieco ciemniejszy, gruby lód. Poczułam okropną falę ciepła, przewalającą się pod skórą. - ŻARTY SOBIE STROISZ?
Co mnie obchodzą te przeklęte zagadki...? Niezainteresowana wywodem Papyrusa, wtargnęłam na sam środek odśnieżonej parceli i posłałam braciom znudzone spojrzenie.
- To wszystko? WIDZISZ, nieco mi się spieszy, poza tym zapewne nie ZAUWAŻYŁEŚ, ale jest zimno. Chłód nie służy ludziom - minęłam zastygłe w szoku szkielety, uciekając poniekąd przed komentarzami na temat mojej bezczelności.
- OTÓŻ NIE! - odparł Papyrus, nie kryjąc dumy. - JESTEM WRĘCZ ŚMIERTELNIE POWAŻNY!
Wyciągnął zza pleców niewielką kulę w odcieniu błękitu; pomyślałam przez nią o niebieskiej formie ataku.
- JEŚLI DOTKNIESZ ŚCIANY LABIRYNTU, KULA WYTWORZY PRZESZYWAJĄCY ŁADUNEK! BRZMI NICZYM DOBRA ZABAWA?
NIE.
- T-to ja poproszę inny zestaw pytań...! - skuliłam się jeszcze bardziej, gotowa nawet zakopać się pod śniegiem, byleby uniknąć tej "gry"; widząc malujące się na mojej twarzy przerażenie, Sans machnął uspokajająco ręką.
"On nie jest groźny, nawet gdy próbuje."
*I ty w to wierzysz?
Przegryzłam wargę niemal do krwi, przełknęłam ślinę i powoli skinęłam głową.
Powinnam chociaż spróbować zaufać potworom.
- CZŁOWIEKU? NIE SŁYSZĘ, CO CHCESZ Z SIEBIE WYDUSIĆ. WSZYSTKO W PORZĄDKU?
- Taak. Chciałam powiedzieć, że brzmi to jak zapowiedź świetnej zabawy.
- WYŚMIENICIE ZATEM, PONIEWAŻ... ILOŚĆ ZABAWY, JAKĄ BĘDZIESZ TU MIEĆ... WYDAJE SIĘ MNIEJSZA NIŻ SIĘ SPODZIEWAŁEM.
Mnie to mówisz?
- OKEJ, TERAZ MOŻESZ IŚĆ!
Przeszłam zaledwie jeden krok, kiedy to trzymana przez Papyrusa szklana sfera poraziła go prądem. Stał przez moment oszołomiony, nad jego głową unosiła się wąska smużka dymu. Wybuchnęłam śmiechem, podczas gdy wyższy szkielet przeszedł do strofowania brata.
- SANS, COŚ TY NAROBIŁ?!
- Wiesz, chyba to człowiek powinien trzymać kulę.
- OH. FAKTYCZNIE!
Papyrus zaczął kluczyć w dziwny sposób, by ostatecznie stanąć przede mną.
- POTRZYMAJ TO, PROSZĘ - nie wręczył mi sfery, tylko podrzucił ją w górę i błyskawicznie wrócił na swoje miejsce, tą samą drogą co przyszedł. Kula uderzyła mnie głowę i na niej się zatrzymała.
Dobra. Idź po prostu po śladach Papyrusa...
Było łatwiej powiedzieć niż zrobić. Choć ślady dobrze się oddcinały na puchu i lodzie, to i tak pełzłam dość powoli, obawiając się, że jakimś sposobem będę w stanie wyrządzić sobie tu krzywdę.
- ŻYJĘ - sapnęłam, gdy przestałam już czuć na skórze naelektryzowane powietrze. Ściągnęłam kulę z głowy i oddałam ją właścicielowi, który spoglądał na mnie z podziwem.
- NIEWIARYGODNE! TY OŚLIZGŁY ŚLIMAKU! ROZWIĄZAŁAŚ TO TAK ŁATWO...! ZBYT ŁATWO! JEDNAKŻE! Z NASTĘPNYMI PUZZLAMI NIE PÓJDZIE CI JUŻ TAK ŁATWO! STWORZYŁ JE MÓJ BRAT, SANS! MUSISZ BYĆ ZDEZORIENTOWANA! JA JESTEM!
Papyrus ponownie nas opuścił, zanosząc się gromkim śmiechem.
- Wow. Dzięki... Mój brat wydaje się dobrze bawić - odezwał się Sans, patrząc, jak jego brat odchodzi.
- Heh, nie ma za co. Cóż, dla mnie to było przede wszystkim elektryzujące doświadczenie - i niekoniecznie chciałam je powtarzać, ale to zachowałam już dla siebie.
- Tak swoją drogą, zwróciłaś uwagę na jego dziwny strój?
- Mimo ślepoty - owszem. Jest... hmm... nie, inaczej, dość rzuca się w oczy.
- Zrobiliśmy go kilka tygodni temu na zabawę kostiumową i od tamtego czasu nie nosi niczego innego. Ciągle nazywa to... "ciałem bojowym". Rety. Mój brat jest świetny, nie sądzisz?
- Wstrzymam się z oceną, potrzebuję dobrać odpowiednie słowa - wykręciłam się, tym samym kończąc rozmowę.
Po drodze udało mi się minąć wózek lodziarza. Sam sprzedawca, przypominający królika, narzekał pod nosem na brak klientów, ale pojawienie się mnie w pobliżu przywróciło mu energię. Zakupiłam jednego Nice Cream, pożegnałam się ze sprzedawcą i ponownie dane mi było spotkać Sansa, który postanowił podzielić się ze mną planem na własny biznes.
- Pieczony śnieg? Nie umiem sobie jakoś tego wyobrazić.
- Śnieg w panierce, smażony na głębokim tłuszczu.
- Wybacz, wciąż tego nie widzę.
Sans roześmiał się.
- Nie szkodzi. Kupiłabyś? Pięć monet.
- Um... nie. Śniegu tu jak lodu, powoli ślepnę od wszechobecnej bieli.
- W sumie racja. Zresztą ta cena jest odrobinę za niska... - szkielet wzruszył ramionami, puszczając do mnie oczko.
Pokręciłam głową, szeroko uśmiechnięta.
- Na pewno kogoś jeszcze skusisz. Tymczasem do zobaczenia.
Nie spróbowałam sił w przetaczaniu olbrzymiej śnieżki, zwyczajnie nie miałam na to sił. Zamiast tego podziwiałam przez kilka sekund śnieżną bryłę, wyglądającą z daleka jak zwykła kula śniegu, następnie skręciłam, by ponownie spotkać nowych znajomych.
- CZŁOWIEKU! - przywitał mnie Papyrus. - MAM NADZIEJĘ, ŻE JESTEŚ GOTOWA NA...
Wielkopańskim gestem pragnął wskazać na najnowszą zagadkę, jednak jedynym, co zostało naszykowane, była zwykła kartka papieru, leżąca na ziemi.
- SANS! GDZIE JEST ZAGADKA?!
- No tu, leży na ziemi. Wierz mi, nie ma mowy, by człowiek to przeszedł.
- Aż tak we mnie nie wierzysz? - przycisnęłam dłonie do mostka. - Okrutnik bez serca.
- Wybacz, dzieciaku, kwestia natury.
Dumnie domaszerowałam do kartki, rzuciłam plecak na ziemię i usiadłam na nim, oglądając uważnie "zagadkę". Nadrukowano na niej wykreślankę słowną. Dobyłam z mojego siedziska długopis i zajęłam się rozwiązywaniem łamigłówki.
- WOWIE! BRACIE, TO, O DZIWO, DZIAŁA! - Papyrus klasnął w ręce. - CZŁOWIEK JEST UNIERUCHOMIONY!
- Heh. Wiedziałem przecie-... Huh? - nie pozwoliłam Sansowi pozachwycać się swoim geniuszem, podetknęłam mu uzupełnioną kartkę przed oczy, szeroko się przy tym uśmiechając. - No dobra, to trwało krócej niż zakładałem. Powinienem był użyć krzyżówki.
- CO?! KRZYŻÓWKI?! NIE WIERZĘ, ŻE TO POWIEDZIAŁEŚ. W MOJEJ OPINII TO WYKREŚLANKI SĄ NAJTRUDNIEJSZE!
- Wow, stary, serio? Te łatwe wyszukiwanki? To dla szkieletu niemowlaka.
- NIE-WIA-RY-GO-DNE. CZŁOWIEKU! - bezpośredni zwrot do mnie wyrwał mnie z myślowej próżni.
- Tak?
- ROZWIĄŻ NASZ SPÓR. CO JEST TRUDNIEJSZE, KRZYŻÓWKA CZY WYKREŚLANKA?
- Lingwistyka matematyczna - wypaliłam poważnie, składając kartkę na pół.
Bracia spojrzeli po sobie, zdziwieni.
- Um... Co?
- Taki powierzchniowy wynalazek, dostajesz kilka zdań w obcym języku i na ich podstawie musisz odgadnąć, jak się buduje zdania albo co znaczą poszczególne słowa...
- BRZMI INTERESUJĄCO, ALE NIE TO JEST PRZEDMIOTEM TEJ DYSKUSJI, DROGI CZŁOWIEKU.
- Ah, tak, jasne, wybaczcie dygresję. Trudniejsze są wykreślanki, rzecz jasna, zwłaszcza gdy niewiele się widzi.
Niższy szkielet parsknął śmiechem.
- NIE MUSISZ MASKOWAĆ ROZCZAROWANIA PORAŻKĄ ŚMIECHEM, DROGI BRACIE! - Papyrus poklepał Sansa po ramieniu w geście pocieszenia, czym tylko bardziej go rozbawił. Zasłoniłam usta dłonią, by uspokoić wzbierającą radość. - LUDZIE MUSZĄ BYĆ NAPRAWDĘ INTELIGENTNI, SKORO I ONI UWAŻAJĄ WYKREŚLANKI ZA TRUDNE! NYEH! HEH! HEH!
Wszystko potoczyło się zgodnie z misternym planem losu. Papyrus, zanosząc się śmiechem dumy, odszedł.
- Dzięki, że powiedziałaś o wykreślankach.
- Nie ma problemu. Nadal.
- Wiesz, wczoraj miał problem z rozwiązaniem horoskopu.
Potarłam czoło, usiłując sobie wyobrazić, jak to mogło wyglądać. Nie udało mi się to, głowiłam się nad możliwym przebiegiem rozwiązania horoskopu aż do natknięcia się na talerz z zamarzniętym spaghetti.
Przebiegłam wzrokiem po chaotycznie zapisanej notatce, nie przestając się uśmiechać. Co jak co, ale Papyrus niezaprzeczalnie był pomysłowy. Przez chwilę rozważałam próbę zabrania ze sobą zlodowaciałego talerza, jednak zdawał się utknąć na stole na dobre.
Chciałam już odejść, gdy dostrzegłam kątem oka delikatne, dobrze znane migotanie. Obróciłam się ku niemu.
Parę centymetrów nad ziemią unosiła się spora czteroramienna gwiazda, otulająca najbliższe otoczenie ciepłym blaskiem. Wyciągnęłam ku niej dłoń.
*Pozostało czternaście.
Wzdrygnęłam się. Echo rozbrzmiewające w mojej głowie brzmiało dziwnie, jakbym słuchała zakłócanego radia. Mimo to ręki nie cofnęłam. Zacisnęłam palce wewnątrz iskry. Zebrane dotychczas rany zniknęły bez śladu, poczułam, jak wracają mi siły, a zimno przestało być tak dokuczliwe.
Żadne głosy nie wyliczały, ile stworzeń muszę jeszcze zabić.
Otarłam mokre rękawiczki o materiał spodni, przekraczając dopiero co dezaktywowaną pułapkę. Wcześniej dane mi było zmierzyć się z Lesser Dogiem, którego chyba popsułam zbyt dużą ilością pieszczot - w każdym razie jego szyja wydłużyła się w sposób co najmniej nienormalny, jednak sam potwór wyglądał na najszczęśliwsze stworzenie pod słońcem. Niestety, kilka razy staranował mnie z radości, co przypłaciłam kuleniem na prawą nogę, raz natomiast nie wyminęłam na czas włóczni, która zostawiła na udzie niewielkie zadrapanie.
Przekroczyłam drewniany mostek, z zaciekawieniem popatrzyłam w dół. Dno osnuwała ciemność, niemożliwa do przejrzenia. Westchnęłam, bowiem śnieg zaskrzypiał pod łapami psiego małżeństwa. Po wstępnym obwąchaniu, które nie wpadło dla mnie pozytywnie, zakapturzone stworzenia wciągnęły mnie do Stanu.
Na początku zajęłam się przybraniem odpowiedniego zapachu. Chociaż zdrowy rozsądek zaciekle oponował, upadłam prosto na śnieg, w którym to się wytarzałam. Nie odczułam jakiejś większej zmiany w mojej woni, czułam natomiast, że właśnie oto zamarzam. Przemoczona bluza przykleiła się do moich ramion, ogołacając mnie z wytworzonego niemałym trudem ciepła. Zaszczękałam zębami.
Moje zachowanie musiało się wydać psiej parze dość dziwne, a skoro w ich nosach kręciła się jeszcze moja "stara" aura, uznali za stosowne zaatakować. Równocześnie unieśli dzierżone w łapach topory i zamachnęli się nimi tak szybko, że nie miałam zwyczajnie czasu odskoczyć. Ostrza najpierw uderzyły mnie w barki, następnie zaś, gdy upadłam, wyjąc z bólu, Dogaressa dosięgła swym toporem mojej głowy. Wszystko, oprócz moich zwłok i duszy, zniknęło w jednej chwili.
Leżałam na brzuchu, zakrwawiona, niezdolna do wykonania choćby najmniejszego ruchu. Mogłam tylko bezsilnie patrzeć, jak zawieszone w pustce serce pęka, zadając mi najgorszy rodzaj istniejącego bólu. Wrzeszczałam, jednak próżnia połykała dźwięk.
Również agonia dobiegła końca. Ciało przestało istnieć, a dusza powstała na nowo z rozrzuconych wcześniej kawałków. Tylko świadomość się nie zmieniła.
Muszę wracać. Moje myśli otoczyły bladoczerwoną duszę, mieniąc się srebrzyście. Papyrus czeka z kolejną zagadką. Nie mogę go zawieźć.
K O N T Y N U U J .
W gęstej ciemności udało mi się dojrzeć słaby, jaśniejący złoto punkt. Popchnęłam serce w jego stronę, powtarzając sobie uparcie swój cel. Im bliżej źródła światła byłam, tym bardziej rozrzedzał się mrok. W końcu wyłonił się z niego cały krajobraz lasu Snowdin, wraz ze stołem z zamarzniętym spaghetti oraz niedziałającą mikrofalówką.
Chłód powietrza otulił płuca iglastym całunem, dobitnie mi uświadamiając, że jednak żyję. Oparłam się całym ciężarem o stół, oddychając ciężko i głęboko.
*Było blisko.
Owszem. Chyba... chyba nie mam teraz głowy, by walczyć.
*. . .Twoje żarty są coraz to bardziej beznadziejne. Istnieje dno, w którym się nie tarzałaś?
Tamto pod mostkiem.
*Nieważne. Idź już.
Jakkolwiek roztrzęsiona tym wszystkim nie byłam, nie zamierzałam pozwolić sobie na strach. Trudno, zginęłam, ale winą za to mogłam obarczać wyłącznie siebie. Poza tym - bez takiego zimnego prysznica niewątpliwie straciłabym resztki instynktu samozachowawczego.
Tym razem podczas spotkania z Dogamim i Dogaressą zaproponowałam im aportowanie. Krótka zabawa z patykiem wystarczyła, by psi strażnicy pozwolili mi odejść.
Widok następnej zagadki wzbudził we mnie potrzebę jęknięcia, którą jednak zdusiłam w sobie przez wzgląd na czatującego po drugiej stronie kolców Papyrusa, stał odwrócony do mnie plecami. Jego widok przypomniał mi o celu do osiągnięcia; nie mogłam pozwolić sobie na zniechęcenie, dlatego też zamiast udać się na szukanie oszukańczego sposobu przedarcia się przez pułapkę, zainteresowałam się instrukcją działania zagadki.
Zamień X w 0. Potem wciśnij przycisk.
Uniosłam wzrok znad tabliczki, by przyjrzeć się ustawionym na śniegu matrycom, obecnie na ich powierzchniach połyskiwały granatowe krzyżyki. Nie wiedziałam, jak mam zmienić wyświetlane symbole, wcześniej tę zagadkę rozwiązano przed moim przybyciem. Kierowana głupotą, postawiłam na matrycy stopę, X został wyparty przez 0. Uśmiechnęłam się szeroko.
- Prościzna...! - wymamrotałam pod nosem, podchodząc do drugiego krzyża. Uporałam się z nim w ten sam sposób, po czym wcisnęłam przysypany lekko puchem przełącznik, dezaktywując przeszkodę. Kliknięcie towarzyszące mojemu zwycięstwu sprawiło, że Papyrus nareszcie się odwrócił.
- CO?! JAK UNIKNĘŁAŚ MOJEJ PUŁAPKI?! ORAZ, CO WAŻNIEJSZE... ZOSTAŁO JESZCZE COŚ DLA MNIE?
Przekrzywiłam głowę, kompletnie nie pojmując, o czym mówił szkielet.
*Spaghetti, głupia.
Oh. No tak, nawet liścik od niego nazwał to danie pułapką...
Szczerze mówiąc, śmierć i dość rychłe zmartwychwstanie odsunęły kwestię posiłku na dalszy plan. A szkoda, ponieważ żołądek pomału dopominał się poszanowania jego praw.
- C-cóż... Z-zostało sporo... A w zasadzie został cały nienaruszony talerz.
Bowiem trudno byłoby mi dźwigać cały stół, sam rozumiesz.
- NAPRAWDĘ?! WOWIE... OPARŁAŚ SIĘ WYŚMIENITOŚCI MOJEJ WŁASNORĘCZNIE UGOTOWANEJ PASTY... TYLKO PO TO, BY SIĘ NIĄ ZE MNĄ PODZIELIĆ?
Skinęłam niepewnie głową, nie miałam pomysłu, jak inaczej zareagować. Bez wątpienia to wzruszyło szkielet.
- NIE MARTW SIĘ, CZŁOWIEKU. JA, MASTER CHEF, PAPYRUS, PRZYRZĄDZĘ DLA CIEBIE KAŻDY RODZAJ MAKARONU, O JAKIM TYLKO ZAMARZYSZ!
Zjadłabym w sumie makaronu z serem...
*Szczerze ci radzę, nie mów mu o tym.
Papyrus roześmiał się, szczęśliwy z wielkoduszności, tak swojej, jak i mojej, po czym odszedł w kierunku kolejnej zagadki. Nie pozostało mi nic innego jak do niego dołączyć.
Czekało na mnie więcej matryc, tym razem poukładanych wewnątrz dziwnego labiryntu. Jego kształt coś mi przypominał, jednak nie umiałam go na tę chwilę skojarzyć.
- CZŁOWIEKU! - zawołał szkielet, spoglądając w bok z pewną dozą niepewności. - HMM, JAKBY CI TO... PRZYBYCIE TUTAJ ZAJĘŁO CI CAŁKIEM SPORO CZASU, ZATEM... POZWOLIŁEM SOBIE UATRAKCYJNIĆ TE PUZZLE, UKŁADAJĄC WOKÓŁ NICH ŚNIEG, BY PRZYBRAŁO TO KSZTAŁT MOJEJ TWARZY.
- Cóż, twoja twarz wygląda niewątpliwie lepiej niż... ten lodowy labirynt - wypaliłam, nim zdążyłam przemyśleć swoje słowa. Policzki przybrały odcień dojrzałych malin. Przeraziłam się, że udało mi się jakoś Papyrusa obrazić, w końcu stwierdziłam, że niespecjalnie wyszło mu układanie śniegu; ten jednak wyszczerzył się jeszcze bardziej, jeśli w ogóle było to możliwe.
- WOWIE! TO BARDZO MIŁE, ŻE TAK SĄDZISZ, CZŁOWIEKU! WRACAJĄC JEDNAK DO TEMATU... NA NASZE NIESZCZĘŚCIE ŚNIEG PRZYMARZŁ DO ZIEMI, ZMIENIAJĄC KOMPLETNIE ROZWIĄZANIE! I, JAK ZWYKLE, MOJEGO LENIWEGO BRATA NIE MA NIGDZIE W POBLIŻU?
- Może musiał rozprostować kości? - niewinny żarcik sprawił, że w oczodole Papyrusa błysnęło coś złowrogiego.
- NIEMOŻLIWE...! CZYŻBYŚ... CZY TY WŁAŚNIE NIEŚMIESZNIE ZAŻARTOWAŁAŚ, CZŁOWIEKU?
- N-n-nie! Tak mi się powiedziało...! - skuliłam się, ale nie umiałam powstrzymać wesołości. W sumie żałowałam nieco, że starszy z braci tego nie usłyszał. - To zwykła chwila słabości. Umm, może zajmę się zagadką, w porządku?
- ALEŻ OCZYWIŚCIE, ZAPOZNAJ SIĘ Z NIĄ WEDŁUG WŁASNEGO UZNANIA, JA TYMCZASEM POSTARAM SIĘ ZNALEŹĆ NOWE ROZWIĄZANIE! - szkielet wypiął dumnie pierś, co skwitowałam uśmiechem.
- No to ustalone.
Wgryzłam się w kciuk, szukając drogi niepomijającej żadnej z matryc, co nie było łatwe. Pierwsze trzy próby wymagały zrestartowania zagadki, ponieważ albo jeden znak nie został zamieniony, albo w ogólnej dezorientacji zebrane już zera przypadkiem przełączałam na trójkąty. Dopiero za czwartym razem doznałam olśnienia i udało mi się rozwiązać układankę.
- Hej, Papyrus! - wskazałam z dumą otwarte przejście. - Możemy ruszać!
- HM? - widok - WOW, CZŁOWIEKU! ROZWIĄZAŁAŚ TO, I TO NAWET BEZ MOJEJ POMOCY?! NIESŁYCHANE! JESTEM POD WRAŻENIEM! ZAPEWNE INTERESUJESZ SIĘ PUZZLAMI NIEMAL TAK SAMO JAK JA!
- Nie obchodzą mnie te przeklęte zagadki. Zamarzam, puśćcie mnie, do diabła!
- N-na pewno nie bardziej niż ty, bo to chyba niemożliwe - potarłam policzki, by zmusić krew do szybszego krążenia. Mówiłam z już coraz większym trudem. - Ale... są całkiem fajne.
- Z CAŁĄ PEWNOŚCIĄ SPODOBA CI SIĘ ZATEM NASTĘPNA UKŁADANKA, LECZ NIE WIEM, CZY NIE BĘDZIE ONA DLA CIEBIE ZBYT PROSTA! NYEH HEH HEH.
Odetchnęłam głęboko, gdy Papyrus zniknął z mojego pola widzenia. Musiałam chyba znowu coś przemyśleć.
*Czyli co, dobrze się bawisz?
...Właściwie to tak. A co, przeszkadza ci to?
*Ależ skąd. Baw się wybornie, dziecinko, nie zważając na niebezpieczeństwo.
Przestań mnie straszyć. Oni... Oni nie są...
...straszni.
- Hej, chyba przymarzłaś, co? Sterczysz w miejscu jak posąg - uniosłam zdumiona wzrok, by spojrzeć na wołającego za mną Sansa. Wcześniej go tu nie było, zatem jak...? - Niesamowitość mojego brata tak wbiła cię w ziemię?
- Niemalże - przyznałam, dołączając do niego. - Co tu robisz?
- Wpadłem sprawdzić, czy trzeba ci pomocy, ale, jak widzę, nieźle sobie poradziłaś. Chyba jesteś w to dobra, co? W końcu... niemożliwe, byś już to znała czy coś.
Nie dałam po sobie poznać, jakie wrażenie wywarły na mnie jego słowa. Przełknęłam ślinę, odchodząc.
*On chyba coś wie.
No co ty nie powiesz. Wiem o tym doskonale...Dopadły mnie duszności, jak zawsze, gdy zbytnio się denerwowałam.
*Dalej jesteś przekonana, że to całe odkupienie będzie takie łatwe?
Nigdy tego nawet nie zakładałam. Poza tym mam zamiar mu udowodnić, że naprawdę chcę wszystko naprawić.
Zmarszczyłam brwi i pełna nadziei wkroczyłam odważnie na drewniany mostek, kolejny raz spotykając się z kościstym duetem.
- HEJ, TO CZŁOWIEK!
- Tak, oto ja.
- POKOCHASZ TĘ ZAGADKĘ! ZOSTAŁA STWORZONA PRZEZ SAMĄ DOKTOR ALPHYS! WIDZISZ TE PŁYTKI?
Przyjrzałam się monochromatycznej mozaice, doszukując się na wszelki wypadek jakiegoś wzoru. Wolałam się przygotować, jednak cała plansza wyglądała niczym najzwyklejsze kafelki.
- Na ten moment widzę.
- GDY TYLKO PRZEŁĄCZĘ TEN GUZIK, ZACZNĄ ONE ZMIENIAĆ KOLORY!
- Super, robisz dyskotekę? - zapytałam z niekłamanym entuzjazmem. Taką zagadkę przywitałabym z ucałowaniem ręki, bowiem zmusiłaby mnie ona do chaotycznego i żywego ruchu, co na pewno wzmogłoby wytworzenie ciepła. Sans roześmiał się z mojej sugestii. Tylko Papyrus zachował kamienną twarz i powagę.
- BŁĄD, DROGI CZŁOWIEKU! TE PŁYTKI MAJĄ ZGOŁA INNĄ FUNKCJĘ! W ZASADZIE KAŻDY KOLOR MA SWOJĄ WŁASNĄ! CZERWONE SĄ NIEPRZEKRACZALNE, CO ZNACZY, ŻE PO NICH NIE PRZEJDZIESZ, NIEWAŻNE JAK BARDZO BĘDZIESZ SIĘ STARAĆ. ŻÓŁTE TO ELEKTRYCZNE NIESPODZIANKI, KTÓRE CIĘ ZELEKTRYZUJĄ! W ZIELONYCH ZNAJDUJE SIĘ ALARM, WIĘC GDY NA NIE WEJDZIESZ, BĘDZIESZ MUSIAŁA Z WALCZYĆ Z POTWOREM! POMARAŃCZOWE SĄ UPERFUMOWANE POMARAŃCZOWO I SPRAWIĄ, ŻE BĘDZIESZ SMAKOWICIE PACHNIEĆ! NIEBIESKIE TO MAŁE AKWENY, MOŻESZ JE PRZEPŁYNĄĆ, JEŚLI CHCESZ, ALE! GDY PACHNIESZ POMARAŃCZAMI, MOGĄ CIĘ UGRYŹĆ PIRANIE! PONADTO, JEŻELI NIEBIESKA PŁYTKA JEST PRZY ŻÓŁTEJ, WODA MOŻE CIĘ PORAZIĆ! FIOLETOWE PŁYTKI SĄ ŚLIZGIE, PRZEŚLIZGNIESZ SIĘ PO NICH DO NASTĘPNEGO POLA! POZA TYM, TO ŚLIZGIE MYDŁO PACHNIE CYTRYNAMI, KTÓRYCH PIRANIE NIE LUBIĄ, DLATEGO FIOLET I NIEBIESKI SĄ OK!
W miarę słuchania tłumaczeń Papyrusa otwierałam coraz szerzej oczy, zaś serce gwałtownymi skurczami usiłowało roztrzaskać żebra od wewnątrz.
A mogłam przejść w trakcie przemowy. Przynajmniej czeka mnie widowiskowy koniec.- NA KONIEC... RÓŻOWE PŁYTKI.
Ukryto w nich mielarki do mięsa?
- ROBIĄ ABSOLUTNIE NIC.
- Jak Sans? Ej, nie patrz tak, powtarzam opinię twojego brata.
- Ale ja się nie gniewam, uwielbiam robić absolutnie nic.
- DOKŁADNIE. WRACAJĄC. PRZECHODZISZ PO NICH WEDLE UZNANIA. I JAK?! TO ZROZUMIAŁE, PRAWDA?!
Byłam gotowa zaprzeczyć i błagać o wytłumaczenie wszystkiego raz jeszcze, jednak, prawdę mówiąc, mniej obawiałam się już o to, w jaki sposób przejść to, by nie zginąć, a bardziej o odmrożenia, których właśnie się nabawiałam.
- Tak, oczywiście.
- TO ZNAKOMICIE! AH, WARTO TEŻ WSPOMNIEĆ W TYM MIEJSCU... ŻE TE PŁYTKI UŁOŻĄ SIĘ KOMPLETNIE PRZYPADKOWO, TWORZĄC DROGĘ WIDZIANĄ TYLKO RAZ! ZATEM NAWET JA NIE ZNAM ROZWIĄZANIA! NYEH HEH HEH! GOTOWA?
Nie!- J-jasne!
Rozległ się dźwięk terkotu zębatek, zaś szare do tej pory płytki nabrały kolorów. Co gorsza, cała sekwencja stale się zmieniała.
- J-ja mam po tym...?!
- CIERPLIWOŚCI, CZŁOWIEKU, ZAGADKA SIĘ DOPIERO UKŁADA!
To mnie w żaden sposób nie pocieszyło. Tymczasem zmiany barw stawały się coraz szybsze, coraz to bardziej chaotyczne, w pewnym momencie zdawało mi się nawet, że wszystko dookoła również zaczęło żonglować swoimi kolorami.
Nagle dziwna metalowa skrzynia, którą uruchomił wcześniej Papyrus, jęknęła metalicznie, formując ostatecznie planszę. Cienki pasek mięsnego różu, otoczony z obydwu stron czerwienią, zachęcająco jaśniał. Bracia odsunęli się w bok, jakby ostatecznie pozwalając mi przejść, Papyrus jednak nie zdołał wyhamować i, kręcąc piruety, opuścił Sansa.
- To było... niespodziewane. Czuję się jak ofiara kiepskiego dowcipu - podsumowałam całą sytuację, schodząc z planszy.
- Zatem czemu się nie śmiejesz?
- To wina dezorientacji. Nie spodziewałam się takiego... obrotu sprawy.
- Cóż, przynajmniej nie możesz narzekać na nudę. Słuchaj, jeśli chodzi o tamto spaghetti... Nie było takie złe jak na niego. Odkąd zaczął brać lekcje gotowania, poczynił spore postępy. Jeśli to się utrzyma, może za rok ugotuje coś jadalnego.
- Do czego pijesz, jeśli mogę zapytać...? - przekrzywiłam głowę, nie rozumiejąc zbytnio powodu poruszenia tematu. Uznałam, że czas na defensywne skulenie się. - N-nie tknęłam go, bo przymarzło, nie dlatego, że... No...
Że znam poziom zdolności kulinarnych Papyrusa i spodziewałam się groźnego rozstroju zdrowia, no wiesz? Skąd ci to w ogóle przyszło do głowy? Że niby ja coś wiem? Dajże spokój.
- ...A nie miałam jak podłączyć mikrofalówki. Sam rozumiesz... - dokończyłam, nagle dziwnie wyczerpana.
*Czy czujesz, jak...?
- W porządku, rozumiem. Uznałem, że należy ci się wyjaśnienie - szkielet odetchnął cicho. Przytłoczona tym wszystkim, po prostu ruszyłam dalej.
Znalazłam się w galerii lodowych psów, a dokładniej pośród fantazyjnie powykręcanych karków oraz odpadłych od nich łbów. Po rozciągniętych do granic możliwości szyjach figur rozpoznałam w "modelu" Lesser Doga.
Kluczyłam między rzeźbami, podziwiając ich dynamiczność i sam pomysł, aczkolwiek nie czułam się tu zbyt swobodnie. Odnosiłam wrażenie, że kroczę wśród zdekapitowanych zwłok. Serce przyspieszyło, popędzone adrenaliną.
- Pies miał rozmach - odezwała się nagle stojąca w cieniu jednej z figur krowopodobna istota. Odwróciłam się w jej stronę, zaskoczona samą jej obecnością. - Po prostu wpadł tutaj, przepełniony ekscytacją, i zaczął budować. Ale im więcej budował, tym bardziej podekscytowany się stawał, jego szyja wydłużała się, brał więcej śniegu...
- Artystyczny szał ma to do siebie, że sam sobie jest motorem - odparłam cicho. Potwór wzruszyła ramionami.
- Niech ci będzie.
Zauważyłam, że tuż obok jednej z głów unosiła się Gwiazda. Włożyłam w nią dłoń, jednak tym razem nie czułam się szczególnie silniejsza. Niespecjalnie mnie to zmartwiło. Wróciłam na drogę.
Po raz trzeci moim oczom ukazały się matryce z niebieskimi krzyżami, jednak problem polegał na tym, iż cała "plansza" skuta była grubym lodem. Kichnęłam, wstrząsana gwałtownymi dreszczami. Fizycznie czułam się fatalnie i szczerze nie chciało mi się myśleć, w jaki sposób dotrzeć do poszczególnych pól. Nieostrożnie wtargnęłam na oblodzoną powierzchnię, by w następnej chwili, szorując plecami, jechać na sam skraj wzniesienia.
Świadomość odzyskałam dopiero wylądowawszy po pas w śniegu, który zamortyzował lądowanie. Piszcząc przeraźliwie, wyskoczyłam z zaspy, modląc się jednocześnie, by ubranie nie przemokło do reszty. Strząsając z siebie puch, o mało nie stratowałam bałwana podejrzanie podobnego do Papyrusa. Przetarłam zdumiona oczy, utwierdzając sie w przekonaniu, iż faktycznie miałam przed sobą śnieżną replikę młodszego z braci. Pół metra od dumnie napinającej mięśnie figury usypano niewielką kupkę śniegu, którą podpisano czerwonym markerem "sans". O dziwo, to mnie w żaden sposób nie bawiło.
Oderwałam się od obserwowania bałwanów i podjęłam męczącą wspinaczkę na górę, by ponownie stanąć przed zagadką.
Skup się. Im szybciej to rozwiążesz, tym szybciej będziesz w Snowdin i szybciej się ogrzejesz.
Powiodłam wzrokiem po zagadce, zajęta planowaniem kolejnych ruchów. Wiedziałam, że matryce są bardziej chropowate od lodu, dlatego mogły mnie zatrzymać w miejscu. Nieco zgrabniej niż pierwszym razem wtargnęłam na lód i rozpoczęłam przełączanie znaków. Szybko rozwiązałam tę łamigłówkę i mogłam uruchomić wysuwany most. Niestety nie zwróciłam uwagi, że droga, którą łączył z moją pozycją, również była kompletnie oblodzona, zatem kilka metrów pośród drzew, o splątanych gałęziach tworzących baldachim, przebyłam w pozycji siedzącej, co z drugiej strony uchroniło mnie przed nabyciem śnieżnej czapki.
Pozbierałam roztrzaskaną godność i stanęłam na nogi. Przede mną rysowało się pole upstrzone mnóstwem maleńkich zasp, zaś po mojej prawej ścieżka odbijała nieco w dół. Zignorowałam dróżkę, zbyt zmarznięta i głodna, by odczuwać ciekawość.
Otoczona przez górki puchu brnęłam zniechęcona naprzód. Ciężki oddech odcinał się w powietrzu gęstym pióropuszem podobnym do dymu, mięśnie drżały, zaś ja zapadałam się coraz głębiej w śnieg, który już dawno przesypywał się przez cholewy butów.
Mijałam ostatnią z zasp, gdy ta niespodziewanie zaczęła się trząść. Nieco zdumiona, przekonana o omamach, utkwiłam w niej wzrok. Wtedy spod warstwy lodu wyłonił się puszysty psi łebek. Potworny pies zaszczekał cienko.
- Hej mały. Zgub... - nie dokończyłam, bowiem ze śniegu wynurzyła się całkiem postawna reszta strażnika, okuta czarną zbroją. Obległy nas ciemności Stanu.
Nie, do diabła...! Nie mam sił! - rozsierdzona wyciągnęłam z plecaka patyk, który następnie cisnęłam daleko przed siebie. Greater Dog pognał za nim dość szybko, zupełnie jakby wcale nie miał na sobie ważącego niewątpliwie sporo rynsztunku, kilka sekund później wrócił do mnie, trzymając kijek w pysku.
- Dobry...chłopiec...? - nawet jeśli się myliłam w ocenie płci, potworowi nie czyniło to żadnej różnicy. Stan rozproszył się.
Greater Dog wyskoczył ze zbroi, ujwniając swoje prawdziwe gabaryty. Bez wspaniałego uzbrojenia sięgał mi zaledwie do kolan, co wydawało mi się nadzwyczaj urocze. Ukucnęłam przed nim. Greater Dog oparł łapki o moje kolana i uraczył mnie mokrym psim pocałunkiem w policzek. Roześmiałam się, przytulając strażnika. Jego białe futro było tak wspaniale miękkie i gdyby nie groźba śmierci hipotermicznej, mogłabym zasnąć, wtulona w psiaka. Jednak każde z nas musiało udać się w swoją stronę. Puściłam potworka, który niefortunnie, bowiem ogonem do góry, wrócił do swojej zbroi i odmaszerował. Zainteresowałam się, jak niewielkie istnienie kierowało olbrzymią zbroją, po czym doszłam do wniosku, iż udział w tym mogła mieć podziemna technologia.
Widok długiego drewnianego mostu, w którym rozpoznałam ostatnią przeszkodę, napełnił mnie taką ekscytacją, że pisnęłam radośnie i wbiegłam na deski. Udało mi się pokonać zaledwie metr, bowiem zaniosłam się gwałtownym kaszlem, tak silnym, że oczy zaszły mi łzami. Zgięta wpół wypluwałam powietrze.
Muszę się pospieszyć.
Nadal pokasłując, powoli szłam przez most. Widok rozciągający się z mostu niewątpliwie zaparłby mi dech w piersi, gdybym tylko mogła normalnie oddychać.
Na końcu mostu czekali szkielebracia. Mój żałosny stan nie pozostał niezauważony.
- UM, CZŁOWIEKU? WSZYSTKO GRA? NIE WYGLĄDASZ NAJLEPIEJ...! - niepokój okazywany przez Papyrusa bardzo mnie zdziwił. Wyglądał na szczerze zmartwionego moim samopoczuciem, poczułam silny przymus uspokojenia go kosztem prawdy.
- Trochę zmarzłam, ale to nic - machnęłam lekceważąco ręką. - Zaraz mi... khe, khe! Zaraz mi przejdzie.
- OH. CAŁE SZCZĘŚCIE! NIE MÓGŁBYM CIĘ ODESŁAĆ DO STOLICY, GDYBYŚ ŹLE SIĘ CZUŁA! MUSISZ BYĆ W FORMIE, BY SPOTKAĆ SIĘ Z KRÓLEM!
Wykrzywiłam usta w grymasie udającym uśmiech.
Ależ oczywiście.
W ustach rozpełzł się gorzki smak. Poczułam się, jakby uderzono mnie prosto w pierś.
*Czego się spodziewałaś? Hah, szkoda, że nie widzisz swojej miny!
Pozostało mi udawać, że wszystko rozumiem.
- Um, Papyrusie, czy ten most to pułapka? - zapytałam grzecznie, poprawiając szalik. Ponownie zakaszlałam, tym razem zasłaniając twarz rękawem.
- AH! TAK! OSTATNIE, NAJNIEBEZPIECZNIEJSZE WYZWANIE! RZUCAM RĘKAWICĘ ŚMIERTELNEGO TERRORU!
Nie umiem wyjaśnić, w jaki sposób (niewątpliwie udział w tym miała magia), ale zarówno nad, jak i pode mną pojawiły się narzędzia zagłady - armaty, włócznie, nawet kiścień; wpaniałemu wyzwaniu smaczku dodawał mały piesek, obwiązanym w brzuchu sznurkiem.
- KIEDY POWIEM JEDNO SŁOWO, TO WSZYSTKO SIĘ UAKTYWNI! DZIAŁA WYPLUJĄ OGIEŃ!
Ja zaraz wypluję płuca.
- KOLCE BĘDĄ KŁUĆ! OSTRZA BĘDĄ CIĄĆ! KAŻDA CZĘŚĆ ZACZNIE AGRESYWNIE KIWAĆ SIĘ W GÓRĘ I DÓŁ! SZANSA NA WYGRANĄ TO ZALEDWIE CIEŃ!
Przynajmniej nie zostawiasz mi złudzeń.
- CZY JESTEŚ GOTOWA? ALBOWIEM! JA! JESTEM! NA TO! GOTÓW!
Lecz nic się nie wydarzyło.
Sans szturchnął brata w bok.
- No? Co cię powstrzymuje?
- POWSTRZYMUJE! JAKIE POWSTRZYMUJE?! JA... JA TO ZARAZ AKTYWUJĘ!
Trwałam na moście w najlepszym porządku, pomijając kaszel i zawroty głowy.
- Cóż. Nie wygląda to na zbyt aktywne.
- PO PROSTU! TO WYZWANIE...! - Papyrus uciekł spojrzeniem w bok. - WYGLĄDA NA ZBYT ŁATWE, BY POWSTRZYMAĆ CZŁOWIEKA. TAK! NIE MOŻEMY TEGO UŻYĆ! JESTEM SZKIELETEM ZE STANDARDAMI, A MOJE ZAGADKI SĄ ZAWSZE FAIR!
- Potwierdzam! - pisnęłam słabo, kichając.
- WIDZISZ? LUDZKA MĄDROŚĆ JEST DOPRAWDY WIELKA. WRACAJĄC! MOJE PUŁAPKI SĄ PERFEKCYJNIE DOGOTOWANE! JEDNAK TA METODA! - wskazał dłonią na psiego wisielca. - TO ZBYT BEZPOŚREDNIE! ZA GROSZ KLASY! ZATEM ZABIERZMY TO!
Kolejne machnięcie ręką zadziałało jak przegonienie natrętnego ptactwa, "rękawica terroru" zniknęła.
- PHEW! - Papyrus odwrócił się, gotów odejść, jednak przedtem spojrzał jeszcze na mnie. - NA CO PATRZYSZ?
- N-na nic, mogę iść...? Zamarzam na kość - chichot Sansa wywołał we mnie westchnienie irytacji. - Nie żartuję.
- OCZYWIŚCIE, PRZECHODŹ! - szkielet skierował się w stronę miasta, natomiast ja w końcu pokonałam most. Chciałam już podążyć śladami Papyrusa, niemal czułam, że osiągnęłam cel; wtedy to Sans odezwał się.
- Hej, zanim pójdziesz, mam radę dotyczącą walki z moim bratem.
- Hm? Jaką...?
- Nie walcz. Kapujesz?
Wspomnienie czegoś wstrząsającego pojawiło się na moment przed moimi oczami, jednak okazana ignorancja skutecznie je odpędziła. Zbyt skupiłam się na słowach szkieletu.
Skinęłam głową na znak przyjęcia do wiadomości.
- Cieszę się, że się rozumiemy.
Wbiłam wzrok w ślady wydeptane przez ciężkie buty Papyrusa, milcząc, pomaszerowałam zgodnie z wyznaczoną przez nie drogą.
Transparent witający nowoprzybyłych w miasteczku Snowdin okręcony był lampkami choinkowymi, mrugającymi radośnie. Nie zaszczyciłam go większą uwagą, skupiona na dotarciu do drzwi zajazdu.
Zajazd jest obok sklepu.
Bez trudu zlokalizowałam nieduży budynek, opatrzony stosowną tabliczką. Pchnęłam drzwi, wchodząc do środka. Ciepło wypełniające hol było najcudowniejszą rzeczą, jaką mogłam sobie w tamtej chwili wyobrazić. Moje okulary zaszły mgłą, dlatego też ściągnęłam je z nosa i założyłam na głowę niczym opaskę.
- Witamy w Zajeździe w Snowdin! - przywitała mnie sympatycznie wyglądająca króliczyca. Uśmiechnęłam się, dygając.
- W-witam. Ile kosztuje wynajęcie pokoju...?
- Osiemdziesiąt monet.
Sięgnęłam do wypchanej złotem kieszeni i wyciągnęłam garść krążków. Beznadziejny zasięg mojego wzroku zmienił trzymane przeze mnie krążki w bezkształtną, błyszczącą masę. Mrużenie powiek nic nie dawało, okulary nadal były zaparowane i bezużyteczne, a ponieważ nie chciałam wodzić nosem po monetach, by przypadkiem nie umazać ich oślizgłą wydzieliną, wręczyłam je właścicielce zajazdu.
- J-jeśli to za mało, to jeszcze mam nieco monet... - wykrztusiłam między kolejnymi atakami kaszlu. Króliczyca wyciągnęła łapy do przodu i machnęła nimi uspokajająco.
- Proszę, połóż je na blacie. Z zapłatą to żaden problem moja droga, właściwie wyciągnęłaś nieco za dużo, właśnie, oto ta nadwyżka... - zgrabnie przesunęła w moim kierunku niepotrzebne monety, które wcisnęłam z powrotem do kieszeni. W głowie zaświtała mi myśl o konieczności nabycia portfela lub chociaż jego namiastki.
- Pozwolisz, że zaprowadzę cię na górę - odezwała się właścicielka po schowaniu monet do kasy. Wskazała zapraszająco na coś, co uznałam za schody. - Tędy. Czy mam pomóc...?
- Nie, dziękuję, p-poradzę sobie... - umiałam rozpoznać, gdzie zaczynały się kolejne stopnie, poza tym nie chciałam zbytnio fatygować sympatycznego potwora. Czułabym się z tym nie w porządku.
Króliczyca zaprowadziła mnie do pokoju na pierwszym piętrze, wręczyła mi kluczyk i życzyła udanego odpoczynku, po czym wróciła na dół. Szkła zdążyły ponownie stać się przezroczyste, ściągnęłam je z głowy i ulokowałam na nosie, zachwycona odzyskaniem wzroku. Ostrożnie włożyłam klucz do zamka, przekręciłam go i weszłam do niewielkiego pokoiku. Meble z jasnego drewna zajmowały niemal całą dostępną przestrzeń. Ściany wyłożono tapetą utrzymaną w jasnej kolorystyce, dzięki czemu pomieszczenie wydawało się większe.
Ściągnęłam z ramion plecak, który położyłam u nóg sporego łóżka, następnie pozbyłam się przemoczonej bluzy oraz szala, zrzuciłam buty i wskoczyłam na materac, który to cicho jęknął w proteście.
Leżąc na plecach, miałam doskonały widok na sufit. Zdziwił mnie brak pęknięć, zacieków czy nawet kurzu. Wszystko wyglądało na zadbane.
Z pokoju obok dochodziły mnie odgłosy donośnego chrapania. Podobnie, choć zdecydowanie ciszej, zwykł chrapać mój tata, gdy ucinał sobie popołudniowe drzemki. Nie przepadałam za tym dźwiękiem, ale silne zmęczenie sprawiło, że zobojętniałam na tę niewielką niedogodność.
Nie mogłam zaprzeczyć, iż od wyjścia z Ruin wydarzyło się bardzo dużo, chociaż sama wędrówka zajęła mi chyba nie więcej niż trzy w porywach do czterech godzin. Po tym wszystkim zasługiwałam na odpoczynek. Pozwoliłam powiekom poddać się sile grawitacji, przekręciłam się na bok, podkurczając nieco nogi, a parę sekund później już spałam, z okularami wbijającymi się w lewy oczodół.
Leżąc na plecach, miałam doskonały widok na sufit. Zdziwił mnie brak pęknięć, zacieków czy nawet kurzu. Wszystko wyglądało na zadbane.
Z pokoju obok dochodziły mnie odgłosy donośnego chrapania. Podobnie, choć zdecydowanie ciszej, zwykł chrapać mój tata, gdy ucinał sobie popołudniowe drzemki. Nie przepadałam za tym dźwiękiem, ale silne zmęczenie sprawiło, że zobojętniałam na tę niewielką niedogodność.
Nie mogłam zaprzeczyć, iż od wyjścia z Ruin wydarzyło się bardzo dużo, chociaż sama wędrówka zajęła mi chyba nie więcej niż trzy w porywach do czterech godzin. Po tym wszystkim zasługiwałam na odpoczynek. Pozwoliłam powiekom poddać się sile grawitacji, przekręciłam się na bok, podkurczając nieco nogi, a parę sekund później już spałam, z okularami wbijającymi się w lewy oczodół.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Jeśli Ci się spodobało, masz uwagi, zażalenia lub któryś aspekt historii nie daje Ci spokoju - zostaw, proszę, komentarz!