sobota, 30 kwietnia 2016

V

Ledwo się ocknęłam, a już przyszło mi mierzyć się z kompletnym brakiem rozpoznania otoczenia, co wywołało niewielki atak paniki. Chyba spodziewałam się pobudki wśród czerwonych ścian, z kawałkiem ciasta pozostawionym na podłodze, zamiast tego byłam sama w wynajętym, niewielkim pokoiku w zajeździe, a za ścianą ktoś chrapał. Nie czułam się tu zbyt komfortowo, ale przynajmniej udało mi się wypocząć.
Westchnęłam ciężko, przewracając się na bok. Wypocząć, jasne. Powieki ciążyły mi niczym po zarwanej nocy, zaś całe ciało wydawało się być zrobione z ołowiu. Gdybym mogła, zapewne przeleżałabym bezczynnie jeszcze co najmniej godzinę, nie myśląc o niczym. Niestety, chrapanie z sąsiedniego pokoju było nie do zniesienia, powoli ogarniała mnie irytacja. Poza tym powinnam już wychodzić, by stawić Papyrusowi czoła, jednak nie potrafiłam znaleźć w sobie na to dość odwagi. Nie wiedziałam, czego się spodziewać, ostatnim razem walka skończyła się właściwie na samym początku.
Bałam się i diabelsko mi to nie odpowiadało.
Żeby zaangażować narządy do działania, chwyciłam ukryty pod poduszką telefon, by sprawdzić spis połączeń. Nikt się o mnie nie dopominał.
Zupełnie jak na Powierzchni - uśmiechnęłam się gorzko. Czułam się zawiedziona, liczyłam, że mamie zależało na sprawdzeniu, czy wszystko ze mną w porządku. Brak prób kontaktu odebrałam poniekąd niczym postawienie na mnie krzyżyka.
- Przychodzili. Odchodzili. Ginęli. Moje naiwne dziecko...Spojrzałam w sufit, przyciskając telefon do piersi.
Może... może nie dzwoni... bo boi się, że nikt nie odbierze...? Ile dzieci straciła do tej pory? Na pewno o wiele za dużo. Nagle zrozumiałam ciszę z jej strony. Nie zostałam spisana na straty. Po prostu Toriel nie wytrzymałaby kolejnej straty; nie kontaktując się ze mną, dawała sobie szansę, by w jakiś sposób uporać się z moim odejściem.
Ta myśl w trudny do wyjaśnienia sposób była mi potrzebna. Wraz ze zrozumieniem zyskałam dość siły, by odrzucić kołdrę i pozbierać się. Zasłałam łóżko, rozczesałam kołtun i narzuciłam na siebie szarą bluzę, wyciągniętą wcześniej z plecaka.
Pamiątka z Powierzchni, heh. 
Zebrałam jeszcze włosy w kitkę, żeby oszczędzić sobie kłopotu z późniejszym ich rozplątywaniem i mogłam opuścić zajazd. Zamknęłam pokój, chwyciłam klucz i szybko zbiegłam po schodach na dół, do recepcji. Prowadząca noclegownię wydawała się zdumiona moim wyjściem.
- Oh, witaj! Wyglądasz na niesamowicie wyspaną.
- Prawda, spałam wybornie.
- To nieco zaskakujące. Byłaś na górze jakieś pięć minut...
Zdumienie słowami potwora znalazło odzwierciedlenie w mojej niebywale głupiej minie, która bardzo rozbawiła skrytego za ladą króliczego malucha, zapewne dziecko właścicielki.
Chwila, czy ostatnim razem za ladą nie stała pacynka...?
- Kochanie, śmianie się z innych jest niegrzeczne - króliczyca napomniała łagodnie rozchichotane dziecko.
- A-a-ale mamusiu, ta pani tak śmiesznie się krzywi...
- To nadal nieuprzejme.
- Nie szkodzi, proszę się nie martwić - potarłam skroń, uśmiechając się nieśmiało. Spojrzałam w roziskrzone oczy króliczka i nadęłam mocno policzki, jeszcze bardziej zniekształcając twarz. Potworek nie posiadał się z wesołości, która udzieliła się również mi. - To, mój drogi, jest prawdziwie śmieszna mina.
- No, doprawdy... - chociaż króliczyca starała się udawać niewzruszoną, to i ona w końcu pozwoliła sobie na uśmiech. Nachyliła się do kasy, co wzięłam za próbę zamaskowania chwili słabości, jednak w tym samym momencie usłyszałam brzęk monet. - Proszę, zwracam ci pieniądze. Zapłacisz mi, gdy zatrzymasz się na całą noc, w porządku?
Nigdy nie radziłam sobie z takimi sytuacjami; chociaż uważałam, że właścicielka powinna zatrzymać należność, to jednocześnie nie potrafiłam w żaden sposób tego wydusić. W końcu pokręciłam głową.
- N-n-nie, p-proszę zatrzymać... Naprawdę, to żaden kłop... - silny skurcz żołądka sprawił, iż stęknęłam nieelegancko. Przyciskając dłonie do brzucha, pochyliłam się. Potwór wyglądała na szczerze zaniepokojoną.
- Wszystko w porządku...? Źle się czujesz?
- N-nie... To tylko... ekhem, po prostu zgłodniałam - wytłumaczyłam, rumieniąc się z zażenowania. Że też organizm nigdy nie wypracował subtelniejszego komunikatu o głodzie, kiszki zawsze szarpały się agonalnie.
- Oh, rozumiem. Cóż, mogłabym polecić ci knajpę Grillby's, skoro potrzebujesz coś zjeść, ale tego nie zrobię. Zamiast tego proponuję  odwiedzić sklep obok. Prowadzi go moja siostra, która ma w ofercie kilka znakomitych przysmaków.
- Na pewno tam zajrzę... - wyprostowałam się, jedynie po to, by pożegnać króliczą rodzinę ukłonem. - Dziękuję serdecznie za... "nocleg", do widzenia.
- Do widzenia, wpadnij kiedyś na całą noc - właścicielka machała łapką jeszcze chwilę po tym, jak opuściłam zajazd, widziałam to przez skromny witraż umieszczony w drzwiach. Dopiero teraz uważnie przyjrzałam się tabliczce zawieszonej nad wejściem.
Snowed Inn
To jest piękne.
*Festiwal kiepskich żartów uważam za rozpoczęty na dobre.
Po krótkim odpoczynku nawet chłód miasteczka nie wydawał się tak druzgoczący jak wtedy, gdy wyszłam z Ruin. Nie drżałam, jednak w okolicy zatok czułam nieprzyjemny nacisk. Westchnęłam ciężko, świadoma, cóż ucisk ten oznacza.
Powinnam się stądz zbierać, zanim do reszty zachoruję - pomyślałam, markotniejąc. Odszukałam wzrokiem szyld sklepu i szybko weszłam do środka, gdzie ponownie otulona zostałam przez przyjazne ciepło, niosące zapach sosnowych desek, żywicy i, co osobliwe, cynamonu, aczkolwiek aromat ten był najsłabszy.
Brakuje toffi. Brakuje pasty do podłóg. 
-  Witaj, wędrowcze, w czym mogę służyć? -  za przeszkloną ladą oczekiwała wysoka królicza postać o fioletowym futerku, po głosie poznałam, że mam do czynienia z kobietą. Jej twarz ocieniał kapelusik z dziurami na długie uszy, które drżały, łowiąc każdy dźwięk, łapy zaś trzymała splecione na piersi. Uśmiechała się pogodnie, jednak mimo wszystko czułam się odrobinę speszona jej obecnością.
Wcześniej było tu tak pusto...
- Ja, umm... W-w Snowed Inn powiedziano mi, że znajdę tu znakomite jedzenie, a... cóż... - przerwałam, pozwalając żołądkowi zabrać głos. Po sklepie przetoczył się dźwięk podobny pomrukowi burzy. - Jak słychać...
- Rozumiem. Ah, kochana siostra. Jak zawsze, dba o moje interesy... - sprzedawczyni roześmiała się. - Bez fałszywej skromności mogę polecić ci najlepsze w całym Snowdin cynamonowe króliki. Najlepsze, ponieważ tylko ja zajmuję się ich pieczeniem.
Spojrzałam na ułożone na wystawce bułeczki, obrobione za pomocą noża przybrały kształt króliczków. Wyglądały niezwykle uroczo.
- Ile kosztuje jeden...?
- Dwadzieścia pięć monet.
Zastanawiało mnie, czy to wysoka cena. Nie miałam żadnego punktu odniesienia, zatem jedyne, co mi zostało, to przyjęcie faktu bez dalszego jego roztrząsania. Zebrałam sporo złota, które powoli przestawało mieścić się w kieszeniach. Poza tym jelita bez skrupułów przypominały, jak mocno potrafią się spiąć.
- P-poproszę zatem trzy - odliczyłam szybko należną kwotę, którą położyłam na blacie. Sprzedawczyni opakowała trzy bułki w zwykły, brązowy papier, po czym wręczyła mi je do rąk. Nie przejmując się zachowaniem kultury, odwinęłam papier z jednej z nich i zatopiłam w niej zęby.
- Tak swoją drogą, skąd pochodzisz? - zainteresowała się potwór. Kawałek królika, odgryziony chwilę wcześniej, niemal całkowicie zablokował się w tchawicy, utrudniając mi oddech. Nie spodziewałam się takiego pytania. Brak zainteresowania moją różną od potwornej aparycją sprawił, iż nie pomyślałam o ewentualnych kłopotliwych dociekań. Szczerze - miałam nadzieję, że jeśli będę szła dostatecznie szybko, z kapturem naciągniętym na głowę, uniknę niepotrzebnej uwagi.
Przynajmniej nikt do tej pory, nie licząc Sansa i Papyrusa, nie dostrzegł we mnie człowieka.
- Możesz udawać dla niego człowieka?
Sekundy mijały, a ja nadal nie odpowiedziałam sprzedawczyni, patrzącej na mnie z zainteresowaniem. Odchrząknęłam, czując, jak kęs słodkiego królika w końcu zjechał niespiesznie ku żołądkowi.
- Ja, um... Jestem... Z zachodu - rzuciłam nonszalancko, wpatrzona w bułkę.
- Zachodnie jaskinie, huh? Prawdę mówiąc, myślałam, że przychodzisz ze stolicy. Dużo czasu minęło, odkąd widziałam tu jakąś nową twarz. Turystka?
- Cóż, nie. Wędruję raczej z przymusu...
- Tak myślałam. Nie przypominasz nawet turystki.
To komplement, obelga czy stwierdzenie faktu?- W każdym razie, witam cię ciepło, mimo klimatu. Mam nadzieję, że zabawisz tu na dłużej.
Ponownie ugryzłam cynamonkę
- Co można tu robić? - przekrzywiłam zaciekawiona głowę. Sprzedawczyni zastanowiła się przez moment.
- Hm. Grillby ma jedzenie. Biblioteka informacje. Jeśli będziesz zmęczona, możesz odwiedzić zajazd mojej siostry, ale to już wiesz... A jeśli szukasz rozrywki, wystarczy, że wyjdziesz na zewnątrz i popatrzysz na te szurnięte szkielety, zajęte swoimi sprawami. Jest ich dwóch, to chyba bracia...
- Oh, na nich zdążyłam już wpaść - wtrąciłam, kończąc bułkę. Nawet nie zauważyłam, kiedy zjadłam całego króliczka. Smak cynamonu wżerał się w język, budząc we mnie nostalgię. Ledwo powstrzymałam smutne westchnienie.
Wybacz, mamo.
- Doprawdy? No nieźle. I jak?
- Całkiem w porządku. To było... orzeźwiające - zachichotałam. - Skąd wzięli się w miasteczku?
- Nie wiadomo. Szczerze, pewnego dnia po prostu się pojawili... i tak już zostali. Niewątpliwie z ich przybyciem Snowdin stało się o wiele bardziej interesujące.
Nie śmiem wątpić.
- Miasto wygląda na bardzo spokojne... Jak się tu żyje?
Króliczyca zmarszczyła brwi, przestraszyłam się, iż poruszyłam temat tabu.
- Tak jak wszędzie, tak jak zwykle. Nieco klaustroboficznie, ale... - zmarszczone oblicze złagodził nieśmiały uśmiech. - W głębi duszy wszyscy wierzymy, że nadchodzi wyzwolenie. Tak długo, jak ta nadzieja płonie w naszych sercach, możemy zaciskać zęby i iść dalej, dzień za dniem... Na tym w końcu polega życie, nie sądzisz?
Skinęłam tylko głową.
- Spójrzcie. Uwolniłam was. Nie wiążą was ciała, relacje, zmartwienia. Nie cieszycie się? - odezwałam się w pustkę.
Lecz nikt nie odpowiedział.
- Wszystko w porządku...? Zbladłaś... - głos sprzedawczyni przypomniał mi, gdzie znajdowała się rzeczywistość. Zachwiałam się, cofając o krok. Potrząsnęłam głową.
- To przez głód. Długo nie jadłam...
- Jeśli potrzebujesz, mogę zaproponować ci Bisicle. Jedynie piętnaście monet, a starczy na dwa razy.
Mruknęłam aprobująco, wyciągając kolejne piętnaście monet. Kilka razy musiałam przy tym odgarnąć niepokorną, przydługą już grzywkę, której nie mogłam w żaden sposób ujarzmić. Syknęłam w rozdrażnieniu.
- Czy na stanie znalazłoby się coś, czym mogłabym osłonić czoło przed atakiem włosów? - jęknęłam, przytrzymując desperacko pasma dłonią. Sprzedawczyni uśmiechnęła się.
- Być może, być może... - obróciła się w stronę regału, z którego ściągnęła brązowo-pomarańczową chustę. - Bandana chyba się nada, prawda?
Materiał bandany był cienki, w niektórych miejscach prześwitywały przetarcia. Sama chusta wyglądała na dość starą, nawet pachniała jak relikt wyciągnięty z szafy po wielu latach.
- Znalazłam to dawno temu. Początkowo sądziłam, że ktoś to zgubił, a skoro tak, będzie chciał odzyskać. Wszystkie zagubione przedmioty trafiają do sklepu. Minęło jednak sporo czasu i właściciel nie pojawił się, zatem chyba mam prawo to sprzedać.
- Ile?
- Pięćdziesiąt.
Cena dwóch bułek? Czy to niezbyt absurdalny koszt? W końcu bandana miała swoje lata, nie była poza tym najpiękniejsza.
Z drugiej strony wstążka nie sprawdzała się w roli opaski, a do walki z Papyrusem potrzebowałam szerokiego pola widzenia. Pieniędzy i tak niespecjalnie mi ubywało.
Bez słowa podałam monety króliczycy, odbierając z jej łap chustę. Chwilę później zastąpiłam nią wstążkę.
- I jak to wygląda?
- W porządku, tak myślę. Ale chyba bardziej pasowała do ciebie tamta wstążka - potwór uśmiechnęła się, otwierając kasę. Wydane monety brzęczały, uderzając o siebie.
- Cóż, sama chyba lepiej czuję się we wstążce - potarłam się po potylicy i zaszurałam stopą. - Ale na ten moment bandana bardziej mi się przyda. Bardzo za wszystko dziękuję, do widzenia.
- Do widzenia. Zapraszam następnym razem.
Wyszłam ze sklepu. Zamiast jednak skierować się w kierunku granicy miasta, wbiłam wzrok w szybę wystawową. Chusta dobrze przytrzymywała grzywkę, a w połączeniu z rękawicami sprawiała, iż przypominałam w pewien sposób wojowniczkę.
Oto moja bojowa forma. Uniosłam dłonie zaciśnięte w pięści. Ale... Nie potrzebuję jej. Przecież nie walczę.
Wzruszywszy ramionami, ruszyłam spod sklepu w stronę dużej, pięknie przystrojonej choinki, przy której odziany w grubą bluzę niedźwiedź troskliwie poprawiał kokardy na ułożonych pod drzewkiem pakunkach.
Do Gwiazdki zostało sporo czasu... Prawda? Właśnie, ile? 
Nagle uświadomiłam sobie, że już wcześniej widziałam tego potwora. Wchodząc do miasta, kątem oka zauważyłam, że niedźwiedź zajęty był sprawdzaniem, czy wstążki na paczkach są wystarczająco dobrze zawiązane. Zmęczenie sprawiło jednak, iż niezbyt zawracałam sobie głowę tak szczegółami.
Wyglądało na to, że naprawdę od mojego przybycia do chwili obecnej nie minęło więcej niż kilkanaście minut. Nie potrafiłam tego pojąć, cały czas towarzyszyło mi przeświadczenie, iż gdzieś zgubiłam przynajmniej parę godzin.
Spojrzałam na niedźwiedzia. Potem na szczebioczącą króliczycę, która wyprowadzała na spacer innego królika, podobnego do niedużego pompona. Kilka metrów dalej inny niedźwiedź, oparty o ceglaną ścianę, oddawał się rozmyślaniom. Za choinką stał bezręki dzieciak, przypominający dinozaura. Przyglądał się prezentom z szerokim uśmiechem.
Miasto było całkiem spokojne. Wszystko toczyło się swoim niespiesznym rytmem, kompletnie różnym od dynamizmu znanego mi z powierzchni. Nikt nie musiał się spieszyć. Nikt nie potrzebował się spieszyć, zatem dlaczego czas miałby szybko upływać?
Prostota tej prawdy była obezwładniająca. Poczułam się, jakby wręczono mi do ręki zegar, który dawał mi minuty na wyłączność.
Skoro o tym mowa, przypomniałam sobie o ambitnych planach penetracji lasu. Wiedziałam, że gdy opuszczę Snowdin, stracę szansę na spacer. Teraz byłam wypoczęta i w miarę syta, zatem nic nie stało na przeszkodzie, by wcielić pomysł w życie. Zawróciłam i pobiegłam w kierunku mostu, łączącego miasto i las.
Gdy dotarłam na miejsce, padałam ze zmęczenia. Kręciło mi się w głowie, płuca i zatoki bolały. Rozkaszlałam się na tyle mocno, że musiałam oprzeć się o pal, wokół którego okręcono sznury podtrzymujące całą konstrukcję mostu.
Nie ma mowy. Nie zawrócę tylko dlatego, że dopadło mnie przeziębienie! 
Kiedy atak kaszlu minął, wyprostowałam się i dziarsko wkroczyłam na deski. Naiwnie wierzyłam, że nie pozwolę organizmowi na przeszkodzenie w wycieczce przez lodowe pustkowie. Co chwilę musiałam się zatrzymywać, by spokojnie się wykaszleć; nim dotarłam do połowy mostu, szalik oraz prawy rękaw bluzy były już przesycone wyplutym przeze mnie, wilgotnym powietrzem.
I oczywiście jakiś potwór uznał, iż jest to wspaniała okazja do wciągnięcia mnie w Stan Gotowości - usmarkaną, kaszlącą, załzawioną. Dokładniej uznał to za stosowne Ice Cap oraz...
Niewiarygodnie dziwne stworzenie, którego nigdy wcześniej nie spotkałam. Potwór przypominał swoim kształtem schematyczny statek kosmiczny, trzymał się na czterech krótkich nóżkach, zaś dwie macki, wyrastające z boków ciała, poruszały się stale falującym ruchem. Wydęte usta miał usmarowane proszkiem przypominającym resztki serowych chrupek, zaś małe, świdrujące oczka wpatrywały się we mnie przeszywająco. Skrzywiłam się z odrazą.
Dobry Boże, co za szkarada.
*To Jerry. Wszyscy znają Jerry'ego.
Jestem pewna, że wcześniej się na niego nie natknęłam. 
Kontemplowanie ohydnej aparycji Jerry'ego sprawiło, że niemal całkiem zapomniałam o obecności Ice Capa, któremu brak uwagi bardzo się nie podobał. Tak jak przy pierwszym spotkaniu, znalazłam się między zygzakowato ułożonymi długimi soplami. Przetrwałam atak, ale coś mnie w nim zaniepokoiło.
Wydaje mi się, czy te sople jakoś tak długo mi zagrażały?
*O dwie sekundy dłużej niż zwykle. To dzięki Jerry'emu.
Powoli zaczęłam czuć złość na dziwną przybłędę. Przykry dla oczu, bezużyteczny i jeszcze przez niego miałam większą szansę zginąć. Tymczasem kreatura otworzyła usta, by zapytać:
- Ktoś mnie potem podwiezie do domu?
- Nie liczyłabym na to - syknęłam w odpowiedzi, zastanawiając się, czy delikatna sugestia sprowadzająca się do użycia kija i obicia spowoduje, iż Jerry się oddali.
- OK, ja cię też będę ignorował! - Ice Cap, kompletnie ignorując istnienie maszkary, która widocznie przypałętała się z nim przez przypadek, by zyskać odrobinę uwagi, wytoczył ciężkie działa - dosłownie. Pod moimi stopami wyłoniło się kilka białych armat. Jedna z nich zamigotała na czerwono, co odebrałam jako sygnał do uniku - słusznie, bowiem działo wystrzeliło kilkoma soplami. Potem następna armata zalśniła. I kolejna. Odskakiwałam od nich, uskakiwałam przed ściąganymi przez grawitację pociskami, każda sekunda wydawała się wiecznością.
Ice Cap w pewnej chwili odwrócił się, obrażony. Jerry zajęty był oblizywaniem macki i nic nie mówił. Uznałam, iż mogę już opuścić Stan. Oszczędziłam naburmuszonego potwora, jednak druga maszkara nie wyglądała na chętną do zostawienia mnie.
- Teraz mnie podwieziesz?
- Nie, do diabła - warknęłam, odpędzając go zniecierpliwionym ruchem dłoni, w tym samym momencie kichnęłam. Kilka kropel zielonkawej wydzieliny uderzyło w stworzenie. Nie wydawał się szczególnie zainteresowany faktem, iż właśnie na niego nasmarkałam, starł jedynie śluz i, wzruszywszy ramionami, oddalił się. Nareszcie.
Tkwiłam na moście jak głupia, drżąc z zimna. Wyglądało na to, iż plany dotyczące wycieczki musiałam mimo wszystko przekreślić. Wyjście z tego lodowego bieguna było priorytetem.
Wróciłam do Snowdin, niezadowolona z samej siebie. Minęłam sklep, Snowed Inn i miałam właśnie ominąć świąteczne drzewko, jednak ciekawość wzięła górę. Podeszłam do niedźwiedzia, wciąż zajętego kontrolą jakości pakunków.
- Szykujecie się do Gwiazdki? Czy to nieco nie za wcześnie?
Potwór, szczerze zdziwiony faktem, że ktokolwiek ośmielił się go zaczepić, spojrzał na mnie nieco skonsternowany.
- Gwiazdka? O czym mówisz?
- N-no... choinka... prezenty... to wszystko... - zatoczyłam dłonią łuk. - ...to wszystko nie jest na Gwiazdkę?
Niedźwiedź podrapał się po głowie.
- Nie jesteś stąd, co? Wiedziałabyś, czemu ozdabiamy to drzewko.
- Fakt, nie pochodzę ze Snowdin, tylko z zachodu - posłużyłam się wcześniejszym oszustwem, by nie wyjść na przybłędę znikąd. - A jakaż tradycja wiąże się z tą... sosną?
- Jodłą - poprawił mnie potwór. - Wszystko zaczęło się od złośliwego dowcipu kilkorga okropnych nastolatków. Dokuczały pewnemu potworowi, "dekorując" jego podobne drzewkom rogi lizakami, łańcuchami... Przez to wszystko zaczęliśmy dawać biedakowi prezenty, usiłując poprawić mu tym samym humor. Potem jakoś stało się to tradycją - układanie podarunków pod przyzdobionym drzewkiem.
Uśmiechnęłam się, słysząc tę historię. Musiałam przyznać, że było to naprawdę ciekawe.
- Dziękuję za opowieść - skłoniłam się grzecznie.
- Nie ma za co - odburknął niedźwiedź, wracając do swojego zajęcia. Okrążyłam drzewko, podziwiając zawieszone na nim ozdoby. Nasyciwszy wzrok estetycznie sympatyczną choinką, ruszyłam dalej.
Brnęłam naprzód, co jakiś czas poprawiając osuwający się szalik. Ilość potworów przy głównej ulicy napełniał mnie czymś podobnym do zdziwienia. Nie spodziewałam się, że Snowdin było domem dla tak wielu istnień.
Nie mogłam się tego spodziewać, bowiem gdy pierwszy raz tu przybyłam, miasto było zupełnie niczym...
...martwe.
Mijałam właśnie dwa potwory, które pogrążone były w rozmowie. Jeden z nich, podobny do myszki z olbrzymimi uszami, westchnął smutno.
- Wszyscy się śmieją, rzucają żartami, usiłując zapomnieć o dręczących nas problemach... Jest ponuro, jest tłoczno, nie ma światła słonecznego...
- Słuchaj, wszyscy wiemy, że Podziemia mają swoje problemy. Uśmiechamy się, bo i tak nic z tym nie możemy zrobić, zatem po co popadać w jeszcze większe ponuractwo? - odpowiedział jej spokojnie towarzysz - stworzenie wyglądające niczym demoniczna, ognista ćma.
- Wiem, wiem! Ah, chcę tylko powiedzieć... Chętnie bym do nich dołączyła, ale nie jestem taka zabawna.
- Nie martw się. Mogę cię nauczyć.
Nie wiedziałam, czemu ten dialog tak mnie zainteresował. Nie chcąc wyjść na dziwadło podsłuchujące bez powodu, zmusiłam się do marszu. Skręciłam w kierunku rzeki, nigdy tam nie byłam.
Znalazłam się między parterowymi, niskimi domkami a tajemniczą, jednobasztową fabryką, odgrodzoną drewnianych płotkiem. Na końcu zaułka majaczył ośnieżony brzeg rzeki. Przed jednym z domków para dzieci-kamyków, doglądana przez ojca, spierała się w kwestii zabawy w "ludzi i potwory". Muskularny wilk zajęty był wrzucaniem wytworzonych w niedużej wieżyczce bloków lodu do rzeki.
Każdy zajęty był przeżywaniem dnia na swój sposób. Praca, zabawa. Zupełnie jak na powierzchni. I dopóki nie wydarzy się nic dramatycznego, mieszkańcy będą spokojnie żyć, oczekując cicho zapowiedzianego zbawienia.
Nie miałam tu nic więcej do zobaczenia czy zrobienia, dlatego wróciłam na główną ulicę. Minęłam spory budynek, opatrzony znakiem BILBIOTEKA, przeszłam obok dwóch skrzynek na listy. Nie zainteresowałabym się nimi, gdyby nie fakt, iż jedna z nich, pusta, została podpisana "PAPYRUS".
Zatrzymałam się przed nią. Sąsiadująca skrzynka, niewątpliwie należąca do Sansa, była po brzegi zapchana śmieciową pocztą pokroju ulotek reklamowych oraz zaproszeń na wydarzenia niewpisujących się w zainteresowania adresata.
Zaczęłam się zastanawiać, czy nienaganna pustka w skrzynce młodszego z braci wynikała z jego zamiłowania do porządku, czy może nikt do niego niczego nie wysyłał. Nawet niechcianych ofert. Zupełnie jakby nie istniał.
Poklepałam skrzynkę, która odpowiedziała głuchym stukotem, przenosząc wzrok na dom, przed którym skrzynki stały. Musiałam przyznać, że wydawał się całkiem ładny. Jednopiętrowy, zbudowany z desek. Jedną z kolumn podtrzymującą daszek ganku okręcono czerwono-zielonymi lampkami choinkowymi, takie same ozdabiały dach i poręcz balkonu, na drzwiach frontowych zawieszono wieniec ostrokrzewu. Z okien biło ciepłe światło. Cały dom wyglądał niczym wycięty z kartki świątecznej i idealnie komponował się z zimowym miastem.
*Zachowujesz się, jakbyś to wszystko widziała pierwszy raz.
Za pierwszym razem przemierzałam miasto biegiem. Nie miałam okazji podziwiać widoków oferowanych przez Snowdin i dobrze o tym wiesz.
*To bez znaczenia. Idź, zamarznięta lub złożona chorobą staniesz się bezużyteczna.
Nie mów mi, co mam... - zaczęłam kaszleć tak gwałtownie, jakbym za chwilę miała wypluć z siebie płuca. Niechętnie wykonałam polecenie głosu i ruszyłam.
Chwila... Zbliżamy się do końca Snowdin.
Kątem oka wychwyciłam kontur małego igloo, umiejscowionego między domem a niedużą szopą. Wydawało się za małe na dzieło któregokolwiek z braci. Pomyślałam o psie, którego Papyrus pragnął wykorzystać w "rękawicy śmiertelnego terroru". Może igloo było jego budą.
Ścieżkę przede mną spowijała gęsta, mroźna mgła. Jej obecność wydawała mi się o tyle dziwniejsza, iż mleczne opary zdawały się utrzymywać w jakichś konkretnych granicach, nie rozprzestrzeniały się dalej niż na ostatnich kilku metrach Snowdin. Z oszalale bijącym sercem wkroczyłam w biel.
Pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy, gdy mgła całkowicie mnie otoczyła, dotyczyła ślepoty. Jako osoba o słabym, stale pogarszającym się wzroku, wielokrotnie zastanawiałam się, jakiego koloru jest brak widzenia. Zawsze sądziłam, iż ślepego człowieka otacza czerń. Potem pomyślałam o przestrzeni, do której trafiają umarli, o ile trafiają gdziekolwiek. 
Czy jeszcze mogę umrzeć w sposób nieodwracalny?
- CZŁOWIEKU.
Zmrużyłam oczy, zauważając niewyraźny zarys wysokiej postaci. Po imponującej posturze i donośnym głosie poznałam w niej Papyrusa.
Tętno przyspieszyło. Krew zaszumiała w głowie.
- Tak?
- POZWÓL MI POWIEDZIEĆ CI O PEWNYCH SKOMPLIKOWANYCH UCZUCIACH.
- No dobrze, słucham - zaszczękałam zębami.
- UCZUCIACH TAKICH JAK... - chyba nie zdawał sobie sprawy z tego, że staram się mu odpowiadać. - RADOŚĆ ZNALEZIENIA INNEGO MIŁOŚNINKA MAKARONU! PODZIW DLA ZDOLNOŚCI ROZWIĄZYWANIA ZAGADEK! PRAGNIENIE POSIADANIA ŚWIETNEJ, MĄDREJ OSOBY, KTÓRA MYŚLI, ŻE JESTEŚ COOL!
*Chryste, długo się będzie tak uzewnętrzniał?
Możesz się zamknąć?
- TE UCZUCIA... NIEWĄTPLIWIE TO WŁAŚNIE W TEJ CHWILI CZUJESZ.
- Trafiłeś w sedno.
- NAPRAWDĘ? AHEM, ZNACZY, OCZYWIŚCIE! TRUDNO MI SOBIE WYOBRAZIĆ, JAK TO JEST, CZUĆ SIĘ W TEN SPOSÓB. W KOŃCU, JESTEM WSPANIAŁY. NIGDY NAWET NIE MYŚLAŁEM, JAKIE JEST POSIADANIE WIELU PRZYJACIÓŁ. SZKODA MI CIĘ, SAMOTNY CZŁOWIEKU... LECZ NIE OBAWIAJ SIĘ! JUŻ DŁUŻEJ NIE BĘDZIESZ SAMOTNA! JA, WIELKI PAPYRUS, ZOSTANĘ TWYM...!
Cofnęłam się o krok, czując, jak zawartość żołądka podchodzi mi do gardła.
Nie, nie, nie. To bardzo kiepski pomysł, Papyrusie. Wierz mi.
Szkielet milczał, jakby zastanawiając się nad czymś. Chciałam płakać jak małe dziecko.
Ktoś taki jak ja nie zasługuje na przyjaźń, wiesz?
- NIE, NIE, NIE. TO WSZYSTKO NIE TAK! NIE MOGĘ BYĆ TWOIM PRZYJACIELEM!
Odetchnęłam z ulgą.
- JESTEŚ CZŁOWIEKIEM!
Podobno.
-
MUSZĘ CIĘ SCHWYTAĆ! WTEDY WYPEŁNI SIĘ MARZENIE MEGO ŻYCIA! POTĘŻNY! POPULARNY! PRESTIŻOWY! OTO PAPYRUS! NAJNOWSZY CZŁONEK STRAŻY KRÓLEWSKIEJ!
Dusza oswobodziła się z mojego ciała i zawisła nad ramieniem, roztrzęsiona podobnie jak cały organizm. Lśniła bladoczerwono, rozpraszając nieco ciemność Stanu.
Papyrus, z dłonią opartą o biodro, spoglądał wyczekująco. Czyli pozostawił mi możliwość wykonania ruchu jako pierwszej? Nie wiedziałam, czy to najlepsza jego decyzja.
SPRAWDŹ
*Papyrus. Lubi pwtarzać "Nyeh heh heh".
Szkielet, jakby potwierdzając ten opis, roześmiał się. W moim kierunku leciały leniwie trzy krótkie kości, jedna za drugą. Odsunęłam się w bok, przepuszczając je, po czym zaczerpnęłam głęboki oddech i splotłam palce.
- Papyrus, słuchaj - założyłam złączone dłonie na kark. - Ja... Ja nie chcę z tobą walczyć. Rezygnuję, w porządku?

Usłyszałam krótki dźwięk dzwonka. Trwał ułamek sekundy. Nie pozostało po nim nawet echo.
Na ten sygnał unosząca się dotychczas nade mną dusza zadrżała i przylgnęła lękliwie do piersi. Krwistą czerwień zastąpił intensywny kolor szafiru.
Grawitacja ściągnęła mnie nagle na posadzkę. Upadłam jak stałam, nie miałam nawet szansy, by krzyknąć czy zaprotestować. Okulary, przekrzywione przy stracie równowagi, wbijały się w twarz. Nagły nacisk sprawił, że nie byłam w stanie nawet oddychać. Leżałam płasko na płytkach niczym zgnieciony owad.
Marny robal.
*Czujesz, jak ciężar win wgniata cię w ziemię.
Podłoga pode mną zadrżała. To już znałam. Nie mogąc nic poradzić, zacisnęłam tylko powieki, zastanawiając się, jak bolesna czeka mnie śmierć.
Kilkadziesiąt kości wyrosło z posadzki, przebijając i rozrywając moje ciało. Wypolerowane złociste płytki zbrukała lepka krew.

Obudził mnie gwałtowny, suchy kaszel. Podniosłam się szybko do pozycji siedzącej, co przyniosło mi niejaką ulgę oraz możliwość normalnego zaczerpnięcia oddechu. Nos był kompletnie zatkany. Świat dookoła zdawał się wirować, przez co potwornie mnie zemdliło.
Drugi raz w ciągu kilku godzin przyszło mi ocknąć się w nieznanym otoczeniu. Tym razem było to o tyleż gorsze, że wszystko widziałam niczym pod wodą. Prócz tego na nosie brakowało mi znajomego ciężaru.
Poklepałam nerwowo posadzkę, na której mnie pozostawiono. Najpierw dłoń natrafiła na coś gumowego i piszczącego. Chwilę potem o mało nie wbiłam sobie w palec wystającego gwoździa. Dopiero trzeci kontakt z ciałem obcym skończył się odnalezieniem szkieł. Wepchnęłam je szybko na nos, a ponieważ szalona karuzela w głowie ustała, mogłam się rozejrzeć.
Przede mną ustawiona została brama, łudząco podobna do konstrukcji blokującej mostek w lesie Snowdin. Podobnie jak tam, i tu kraty były rozstawione za szeroko, co stwarzało możliwość ucieczki. W trosce o dobre samopoczucie na czas uwięzienia, dostarczono mi gumową zabawkę w kształcie kości, miskę suchej karmy oraz przetarte legowisko, za małe nawet na poduszkę. Pod oknem położony został plecak, zapewne Papyrus ściągnął go z mojego grzbietu, gdy straciłam przytomność. Podpełzłam do niego na czworakach, bowiem zauważyłam wystający z bocznej jego kieszeni świstek.
WYBACZ, MUSIAŁEM UMIEŚCIĆ CIĘ W POKOJU DLA GOŚCI DO CZASU PRZYBYCIA UNDYNE! CZUJ SIĘ JAK U SIEBIE W DOMU! WIKT I OPIERUNEK ZOSTAŁ CI JUŻ ZAPEWNIONY!
List podpisał Papyrus, chociaż już po samych wielkich literach, które zdawały się krzyczeć z kartki, rozpoznałam nadawcę. Doceniałam fakt pozostawienia tej krótkiej notatki, ponieważ przybliżyła mi moje położenie.
- TERAZ ZOSTANIESZ ODESŁANA DO STREFY SCHWYTANIA! LUB, JAK NAZYWA TO MÓJ BRAT, DO NASZEGO GARAŻU!
Nie miałam na tym punkcie jakichś większych obiekcji - może to przez fakt, iż ledwo trzymałam się na nogach, byłam poobijana, zaś rozliczne zadrapania i obtarcia piekły żywym ogniem.
- Pro... pro-wadź - wymamrotałam, upadając w śnieg. 
Wyjrzałam przez okno. Za szybą rozciągał się widok na obrośnięty iglakami brzeg rzeki, której nurt popychał zatopione lodowe bloki naprzód. Przez szczeliny w deskach wpadały strzępy zimnego powietrza.
Zanurzyłam dłoń w kieszeni bluzy, upewniając się, że nie straciłam gwiazdy. Ta trwała spokojnie między fałdami cienkiego polaru, bezpieczna. Odetchnęłam z ulgą. Miałam przykrą skłonność do gubienia ważnych drobiazgów.
Skoro upewniłam się, iż poza godnością niczego więcej nie straciłam, przeszłam do kontroli swojego stanu. Nos był całkowicie niedrożny, usta zdążyły wyschnąć i wiedziałam, że lada moment pękną. Promieniowałam chorobliwym ciepłem, mięśnie natomiast rwącym bólem sygnalizowały swoje niezadowolenie. Poza tym nie stwierdziłam żadnych śladów świadczących o przeżyciu walki z Papyrusem, nawet dla pewności przejechałam po czole ręką. Nie poczułam niczego, co wskazywałoby, iż zderzyłam się dosłownie czołowo z jedną z kości.
-SKĄD BĘDĘ MIEĆ PEWNOŚĆ, CZY JESTEM SZCZERZE LUBIANY?
Skok, skłon, skok - ataki następowały cyklicznie, raz kości przesuwały się po ziemi, raz tuż nad moją głową. Skłon, skok... Nie ukucnęłam na czas, nadciągająca z góry kość z impetem uderzyła mnie w czoło. Przed oczami zakwitły czarne plamy i straciłam równowagę, a wraz z nią resztki siły. Przy następnej salwie zostałam pokonana.

Jedyne blizny, które zauważyłam, były reliktami, zebranymi w trakcie mojego krótkiego życia.
Przeciągnęłam się i podniosłam obolałe jestestwo. Notatkę od Papyrusa złożyłam i wsunęłam do dżinsów, chwyciłam plecak i prześlizgnęłam się między kratami. Nawet przy moim wzroście nie było to większym problemem.
- ZATEM NIE CHCESZ WALCZYĆ?
- Dokładnie.
- CÓŻ... ZATEM CZAS, ABYŚ STAWIŁA CZOŁA MOJEMU NIEBIESKIEMU ATAKOWI!
Trwałam nieruchomo, pozwalając, by przezroczyste błękitne kości przeszywały mnie jedna po drugiej. Nawet mój oddech zamarł, tak bardzo obawiałam się zranienia. Przeczekałam wszystkie.
Nagle rozległo się ciche piknięcie. Dusza, o barwie głębokiego granatu, przylgnęła do klatki piersiowej, sprawiając, że grawitacja stała się dotkliwsza. W ostatniej chwili przeskoczyłam nadciągającą z zawrotną prędkością kość.
- TERAZ JESTEŚ NIEBIESKA! TO MÓJ ATAK! NYEH HEH HEH!

Oparłam się plecami o jedną z belek, oddychając ciężko. Nawet wspomnienie przemiany duszy budziło we mnie lęk.
Uderzyłam o ścianę, czułam powietrze wyciskane z płuc, czułam tarcie kręgów o siebie.
Pokręciłam szybko głową. Nie wiedziałam nawet, dlaczego chcę wyjść.
Niech mnie nawet schwyta - pomyślałam, wybijając się w powietrze. Nie skoczyłam jednak dostatecznie wysoko i nasada ataku uderzyła mnie w stopę. - Niech mnie schwyta i ma chociaż chwilę do świecienia tryumfu.
Jakkolwiek durne to nie było, wydawało mi się, że to wliczało się w zadośćuczynienie. Nie martwiłam się czymś takim jak śmierć, bowiem zawsze mogłam wrócić.
Schwytał mnie, zatem przyszedł czas, by iść dalej. Spełniłam swoją rolę, nie miałam tu już nic do roboty. Odsunęłam zasuwkę, blokującą drzwi i wybiegłam na zewnątrz.
Śnieg skrzypiał głośno pod butami, kiedy niemal w biegu pokonywałam metry dzielące mnie od końca Snowdin. Już niemal czułam cieplejszy front, nadciągający ze stroony Wodospadów.
Wtedy to ponownie wszystko spowiła mgła, zaś w oparach zarysowała się przygarbiona sylwetka.
- OH, GDZIEŻ TEN CZŁOWIEK MOŻE BYĆ... - nawet mamrotanie Papyrusa było donośne, co dawało mi nadzieję, iż mój głos nie jest znowu tak nieznośnie głośny. Odchrząknęłam. - ... CHWILA MOMENT! JEST PROSTO PRZEDE MNĄ!
- Raczej krzy-... Khe! Krzywo - wykrztusiłam, nawet nie obawiając się o rozdrażnienie biednego szkieletu moim dennym humorem.
- JESTEM TAK ZADOWOLONY, ŻE SIĘ ZNALAZŁAŚ, ŻE AŻ ODPUSZCZĘ SOBIE GNIEWANIE SIĘ NA TEN OKROPNY ŻART! TO TAKA ULGA, IŻ JESTEŚ TUTAJ... ZARAZ! NIE POWINNAŚ BYŁA UCIEC!
- Nie?
- NIE! WRACAJ NATYCHMIAST! - biel zastąpiła czerń, zaś moje serce już nawet nie przejęło się próbą umykania - jaśniało, przywarte do mostka.
Ta walka nie mogła trwać długo.

Żart, w którym za każdym razem budziłam się w innym miejscu, naprawdę przestał mnie bawić.
Zamiast desek przywitała mnie biel. Wszechobecna. Oślepiająca. Oprócz niej wielkie nic - ani na górze, ani na dole, ani dookoła. Przywodziła mi na myśl mgłę, która rozpościerała się przed granicą Snowdin - we mgle jednak jeszcze mogłam coś czuć czy słyszeć. Tutaj odebrano mi nawet zmysły.
- H-halo - wydusiłam, przystępując krok naprzód. Mój głos pożarła próżnia. Byłam całkowicie spięta. To miejsce wydawało mi się niebezpieczne i zależało mi wyłącznie na wydostaniu się.
Jeden krok. Potem drugi. Trzeci. Po nim siedem kolejnych. Ślimaczy marsz przemienił się w trucht, który następnie stał się panicznym biegiem. Niczego nie widziałam, z pustki nic się nie wyłaniało. Nie słyszałam swojego chrapliwego oddechu, nie słyszałam uderzeń podeszw o podłoże lub cokolwiek, po czym biegłam. Wydawało mi się, że tak naprawdę utknęłam, zawieszona w nicości.
Zatrzymałam się. Zwiesiłam głowę, pozwoliłam ramionom opaść. Czyżbym umarła, a w ramach kary dane mi było trwać wieczność pośród niczego? Jeśli tak, to karząca siła wyższa wybrała karę idealną. Już czułam ciężar wszystkich moich działań. Nie umiałam nawet wymyślić jakiegoś żartu na ten temat.
Nagle rozległ się szum, zmieszany z trzaskami. Połknęłam powietrze, unosząc głowę. Dźwięk. Pojawił się dźwięk.
Zaraz po nim pośród bieli zafalowała kolorowa plama o nieregularnym kształcie. Mogłam wytężać wzrok do woli, jednak to nic nie dawało, plama pozostawała niewyraźna. Uznawszy, że zapewne stoję po prostu za daleko, spróbowałam nieśmiało się zbliżyć.
- C z e ś ć , K a r u n e .
Osłupiałam i żadna siła nie mogłaby mnie zmusić, by iść dalej.
Kojarzyłam ten głos. Skąd? Nie miałam pojęcia, myśląc o tym, natrafiałam w głowie na pustkę identyczną do tej, która mnie więziła.
- D a w n o  s i ę  n i e  w i d z i e l i ś m y , p r a w d a ? - miraż zachichotał w dziwny, przerażający i zniekształcony sposób, budzący skojarzenia z tanim horrorem. Mimo to zadrżałam.
- Widziałyśmy...? Ja... Ja cię nawet nie znam!
- O h , j a s n e , ż e  m n i e  z n a s z . N i e  p a m i ę t a s z  m n i e , p a r t n e r k o ? - plama przybliżyła się niemal do samej twarzy. Zaczęłam zezować, usiłując się skupić. -  J e s t e m . . .

IV

Zapewne jeszcze długo roztrząsałabym kwestię Papyrusa oraz złożonej obietnicy, gdyby nie panująca w lesie temperatura. Musiałam iść, by przypadkiem nie przymarznąć do ziemi, zaś w krótkim czasie myśli o konieczności stawieniu czoła młodszemu ze szkielebraci zostały wyparte przez rozpaczliwe pragnienie znalezienia bezpiecznego, suchego i ciepłego miejsca do odpoczynku.
Droga przede mną rozwidlała się. Mogłam iść prosto lub skręcić w lewo i pozwiedzać, jednak fakt, że zdążyłam zmoknąć, nie sprawił, iż beztroski spacerek po lesie wydawał się dobrą opcją. Uznawszy, iż zawsze pozostanie mi możliwość zawrócenia, a zdrowie jest jednak istotniejsze, zdecydowałam się iść zgodnie z wcześniej przyjętym kierunkiem.
Kilka metrów od ścieżki zbaczającej natknęłam się na pudło, ustawione obok tabliczki.
To jest pudło. Możesz coś do niego włożyć lub coś z niego wyjąć. To samo pudło pojawi się potem w innym miejscu, zatem nie musisz się martwić potem o powrót! Z wyrazami szacunku, miłośnik pudeł.
Nie pamiętałam, bym wcześniej interesowała się jakimikolwiek międzywymiarowymi pudłami, jednak teraz postanowiłam to nadrobić, zwłaszcza że targanie ze sobą zbyt wielu rzeczy na dłuższą metę naprawdę męczyło, reset odebrał mi całą zebraną dotychczas siłę. Zdjęłam plecak, rozpięłam go i po chwili namysłu wypakowałam z niego kawałek cynamonowo-kajmakowego ciasta, które pragnęłam zachować na specjalną okazję, zeszyty oraz Pajęczego Donuta. Uniosłam wieko skrzyni, ostrożnie poukładałam w nim swój dobytek i już miałam odejść, kiedy to zauważyłam, że w pudle ukryto parę rękawic z różowego, sztywnego materiału przypominającego skórę.
Dobry Boże, rękawiczki. Czyżby karma mnie chwaliła?
Oczywiście natychmiast zabrałam je ze środka i nasunęłam na poczerwieniałe, pomarszczone dłonie, nie zastanawiając się, czy takie działanie przypadkiem nie podpadało pod kradzież. W moim odczuciu pozostawienie czegokolwiek w podobnej skrzyni oznaczało niejaką zgodę właściciela na to, by rozstać się z przedmiotem, jak w geocashingu.
Pełna entuzjazmu i wiary, zatrzasnęłam wieko, chwyciłam plecak, a chwilę później dałam się wciągnąć w Stan Gotowości, by stanąć twarzą w twarz ze Snowdrake'iem.
- No cześć - pozdrowiłam go machnięciem ręki. Potwór otworzył szeroko dziób, jakby nabierał więcej powietrza.
- M-ma-makaronik i lodowaty ser! - zawołał, atakując śnieżnymi obiektami, przypominającymi bumerangi. Ominięcie ich nie stanowiło, o dziwo, większego problemu, jednak bardziej przejmowałam się dziwną kwestią polarnego potwora niż salwą z jego strony.
O czym on bredzi?
*To żart. Nie poznałaś się, śmieszko?
Pokręciłam stanowczo głową.
Zdecydowanie nie widzę tu niczego zabawnego. Nawet jego imię ma w sobie więcej humoru.
Zachichotałam pod nosem, głupkowato dumna z własnego dowcipu.
- He-hej! I co cię tak śmieszy? - ptasi potwór spojrzał na mnie, podirytowany. Kolejne bumerangi pomknęły w moim kierunku, o mało nie skracając mnie o głowę. - Nawet nie dałaś mi nic powiedzieć!
- Z-z niczego takiego, wy-wybacz! Ej, zaserwujesz mi zatem jakiś pyszny kawał? - złapałam równowagę, wyminąwszy ostatni lodowy półksiężyc. - W końcu szukasz widowni, co? Pokaż, na co cię stać.
- Dobrze! - stworzenie nastroszyło pióra. - Przyjmij to na chłodno!
Serio? Tylko na tyle cię stać...? "Przyjmij mój potencjalnie zabójczy atak na CHŁODNO"? Zawiodłeś mnie. 
Ledwo mogłam oddychać, jednak nie miało na to wpływu poczucie humoru zdecydowanie niskich lotów, lecz wyczerpujące unikanie ataków Snowdrake'a. Mimo to wymusiłam na sobie śmiech, by nie sprawić potworowi przykrości.
- H-hha-ha! Napra-naprawdę dobre... ufff! Normalnie nie mogę ustać na nogach, bo mnie powaliłeś - bajdurzyłam beztrosko, co wydawało się schlebiać komediantowi.
- Widzisz? Tatko się mylił! Wywołuję śmiech!
*Politowania, ale to zawsze coś.
Niechętnie się zgodzę.
To szczęśliwie wystarczyło, by Snowdrake poniechał dalszej walki. Odszedł w swoją stronę, by zapewne dalej szukać odbiorców jego nieprzeciętnych kawałów (szczerze im współczułam), zaś ja zebrałam pozostawione przez niego monety i ruszyłam dalej.
Rękawiczki wspaniale spełniały swoją rolę, znowu czułam palce, które nieprzyjemnie swędziały i piekły, zdawało mi się nawet, że skóra na knykciach powoli pęka. Postanowiłam zignorować tę drobną niedogodność, przekonana, że po jakimś czasie stanę się na to nieczuła.
- ZATEM, JAK JUŻ MÓWIŁEM O UNDYNE... - do moich uszu dobiegł znajomy, donośny głos, co skwitowałam westchnięciem. Przyszedł czas zmierzenia się z daną obietnicą. Poprawiłam szalik, przeszłam kilka kroków i niespodziewanie poleciałam do przodu, ryzykując upadek w śnieg. Na całe szczęście w ostatniej chwili odzyskałam równowagę, jednak moje rozpaczliwe piski temu towarzyszące skupiły na mnie uwagę obu braci, którzy to odwrócili się w moją stronę. Spojrzeli na mnie, spojrzeli po sobie, cała sekwencja powtórzyła się kilkakrotnie, aż w końcu Papyrus zaczął wirować wokół własnej osi. Zachichotałam.
- Cześć, przeszkadzam?
Wyższy szkielet wyglądał na wniebowziętego, niemal czułam bijącą od niego ekscytację. Żaden nie odpowiedział na pytanie, zamiast tego obrócili się do mnie plecami i podjęli krótką dyskusję.
- SANS, O MÓJ BOŻE!!! CZY TO CZŁOWIEK?! WYGLĄDA TAK ZNAJOMO!
- Uhh, może wygląda znajomo... bo to kamień?
- Co? - w tym momencie to ja zgłupiałam, ale wystarczyło spojrzeć za siebie, by pojąć, że Sans mówił o kamieniu na drodze. To pewnie o niego się potknęłam.
Papyrus, który przyjrzał się uważnie skale, zdawał się być zawiedziony.
- Oh.
- Hej, a co stoi naprzeciw kamienia?
Dopiero teraz szkielet zwrócił uwagę na moją osobę. Pomachałam mu, na co ten prawie zakrztusił się powietrzem. Nachylił się do brata.
- O mój Boże, czy to człowiek?! - szept Papyrusa słyszałam nawet ze swojej pozycji, co tylko bardziej mnie rozbawiło.
- Tak.
- O MÓJ BOŻE! - pierwszy raz ktoś tak entuzjastycznie reagował na moją obecność; poczułam się niczym uosobienie najwspanialszego gwiazdkowego prezentu. Tymczasem "obdarowany" kontynuował, nie mniej rozradowany: - SANS! NARESZCIE TO ZROBIŁEM! UNDYNE... JA W KOŃCU...! BĘDĘ TAK... POPULARNY! POPULARNY! POPULARNY!!!
- I bez wątpienia jeszcze - popularny? - wtrąciłam, nie kryjąc uśmiechu.
- OCZYWIŚCIE! - szkielet wyprostował się dumnie, po czym odchrząknął, jakby przywołując się do porządku. - CZŁOWIEKU! NIE PRZEJDZIESZ PRZEZ TEN TEREN! JA, WIELKI PAPYRUS, POWSTRZYMAM CIĘ! SCHWYTAM CIĘ! ZOSTANIESZ DOSTARCZONY...
- Dostarczona - poprawiłam.
- OCZYWIŚCIE, DOSTARCZONA DO STOLICY! A WTEDY! WTEDY! ...NIE WIEM, CO SIĘ WTEDY STANIE. W KAŻDYM RAZIE! KONTYNUUJ... JEŚLI SIĘ ODWAŻYSZ! NYEH HEH HEH HEH HEH!
Nieco zdziwiło mnie, że zamiast złapać mnie teraz, gdy stałam kompletnie bezbronna na drodze w lesie, Papyrus wolał oddalić się w swoim kierunku, bez wątpienia po to, by przygotować jakąś zagadkę.
Sans wyglądał na zadowolonego z rozwoju sytuacji.
- Cóż, nieźle poszło. Nie panikuj, będę miał na niego oczodół - mrugnął do mnie i pospieszył za swoim bratem. Zostawszy sama, wzruszyłam ramionami i odważyłam się ruszyć dalej. Minęłam skleconą z kartonów imitację stacji wartowniczej, zza której to wychynął nagle olbrzymi, szpiczasty kapelusz, a zaraz za nim reszta Ice Capa, co poskutkowało wciągnięciem w Stan.
Szlag. Jak mam z nim postąpić...?
*Mam pewną sugestię.
Jeśli zakłada ona użycie kijka, daruj sobie.
*Skoro tak, to radź sobie sama.
Świetnie.
Ponieważ prowadząc skomplikowany wewnętrzny dialog, w ogóle nie zwróciłam uwagi na potwora, ten w końcu krzyknął.
- Um, hej, mój kapelusz jest TUTAJ - dokoła mnie uformowały się długie, cienkie lodowe igły, tworzące zygzakowaty wzór. Co gorsza, całość poruszała się, zmuszając mnie tym samym do dotrzymania jej kroku. Nie wyszło mi to zbyt dobrze, dwa razy zahaczyłam o sople, które pozostawiły na ciele krwawiące znamiona. I chociaż ból był naprawdę przykry, pozwoliłam sobie na uśmiech, wiedziałam już bowiem, jak zniechęcić oponenta do walki.
Zauważywszy rzucane mi ukradkiem spojrzenia, kontrolujące, czy zachwycam oczy nakryciem głowy, ostentacyjnie odwróciłam się do potwora plecami, czym doprowadziłam go do szału.
- JASNE. WIESZ CO, NIE OBCHODZI MNIE TO - ponownie znalazłam się pośród igieł, tym jednak razem nie skończyło się to dla mnie żadnymi ranami.
- Hej, spokojnie, ktoś kiedyś doceni twój kapelutek - posłałam Ice Capowi pocieszający uśmiech, oszczędzając go.
Kilkadziesiąt metrów dalej natknęłam się na kolejną budkę, a parę centymetrów przed nią ustawiono tabliczkę, głoszącą jasno "Absolutnie NIE RUSZAJ SIĘ". Zignorowałam ostrzeżenie i zamierzałam wyminąć budę, jednak gdy postawiłam zaledwie krok przed nią, z głębi wyłonił się podejrzliwie rozglądający się czarny pies. Jak mu było...? Ah, Doggo. Rodzicom nie można było odmówić kreatywności.
- Coś się ruszyło? Zdawało mi się? - sapnął, co brzmiało bełkotliwie przez trzymany w pysku psi smakołyk. - Widzę tylko to, co się rusza...
Zazdroszczę ci, coś widzisz.
- Jeśli coś się tu ruszyło... Na przykład... C z ł o w i e k . . . Upewnię się, że już NIGDY to się nie ruszy!
Ponownie Stan? Ten żart przestawał być zabawny.
SPRAWDŹMY go...
*Doggo. Bardzo podekscytowany ruchem. Szczególne zainteresowanie: wiewiórki.
- Ani kroku dalej...! - warknął, posyłając prosto na mnie lśniący niebiesko miecz. Nie miałam szans, by go wyminąć, ograniczała mnie strefa ataku, zaś samo ostrze zajmowało całą jego szerokość.
Bałam się ruszyć, by choćby spróbować zanurkować, ale też bałam się, że to mnie zabije. Wtedy to miecz przyspieszył...
... przeszył mnie na wylot, nie czyniąc przy tym żadnej krzywdy.
Niebieski atak - pomyślałam, oplatając rękoma brzuch, przez który przeniknął miecz. Jak mogłam zapomnieć o niebieskim ataku...?
Nie miało to w sumie znaczenia. Ponieważ Doggo nie atakował dalej, pokonałam dzielący nas metr i zaczęłam go głaskać po głowie.
- C-CO, COŚ MNIE GŁASZCZE! - mina potwora wskazywała, że był zdezorientowany, ale jednocześnie całkiem mu to odpowiadało. Zaszczekał kilkukrotnie, natomiast gdy zabrałam dłoń, ponownie użył niebieskiego miecza, jakby upewniał się tym sposobem, że dotyka go coś nieruchomego.
Wyciągnęłam z plecaka patyk, który to cisnęłam przed siebie, Doggo zachwycony popędził za kijem. Przez chwilę bawiliśmy się w ten sposób, potem jeszcze raz go wygłaskałam.
*Doggo to chyba kocha.
Nie dziwię mu się.
Przypomniałam sobie o naszym psie. Był już w podeszłym wieku i nie przepadał za ruchem innym od wściekłego miotania się na widok innych czworonogów. Chyba tęskniłam za możliwością stereotypowej zabawy z psem.
Opuściliśmy Stan. Doggo wyglądał na dość roztrzęsionego. Wymamrotał coś o głaskaniu przez nieruchome istnienie, po czym zajął się przeżuwaniem swoich przysmaków. Nie miałam nic więcej do roboty, dlatego zostawiłam budę w spokoju i wróciłam na ścieżkę.
W pierwszym momencie nie zwróciłam uwagi na czekającego przy drodze Sansa. Wpatrzona tępo przed siebie nie zauważyłam również, że trakt był oblodzony. Poślizgnęłam się, przejechałam kilka metrów, machając rozpaczliwie rękoma, by w końcu wylądować prosto na tabliczce, ustawionej pośrodku lodowej wysepki. Wczepiłam się weń jak przerażony kot, kątem oka odcyfrowałam napis.
 Północ: lód. Zachód: lód. Południe: lód. Wschód: miasteczko Snowdin... (i więcej lodu).
- Ej, żyjesz? - odwróciłam głowę w kierunku nawoływania, dopiero teraz uświadamiając sobie obecność szkieletu. Skinęłam potwierdzająco.
- Jak widzisz. Ledwo, ale jeszcze nie trzeba mnie zeskrobywać.
- Byłaś na dobrej drodze, by jednak skrobaczka okazała się potrzebna - szkielet pokręcił głową.
- Wiem, wiem - uśmiechnęłam się głupio, puszczając znak i prześlizgując się do Sansa. - Ale, heh, głupi ma zawsze szczęście, zatem jeszcze długo nic mi się nie stanie.
- Okej, skoro tak twierdzisz. Właściwie to chciałem ci powiedzieć coś ważnego.
- Zamieniam się zatem w słuch - wyhamowałam już na drodze ośnieżonej i spojrzałam na niego.
- Mój brat ma bardzo specjalny atak. Gdy zobaczysz... Erm...
- Nie no, kolory jeszcze rozróżniam. Mów dalej.
- Dobra, gdy zobaczysz niebieski atak, po prostu się nie ruszaj, wtedy nic ci nie będzie.
- Ah, tak, dobra. Wiem to.
- Serio? Niby skąd?
Sans spojrzał na mnie podejrzliwie, przyprawiając mnie o ciarki. Pohamowałam zdenerwowanie i wytłumaczyłam:
- Przed chwilą wpadłam na Doggo. Atakował na niebiesko, mówił przy tym, że nie widzi nieruchomych obiektów...
- Aa. Jasne, teraz... widzę. No, skoro wiesz, to nie będę ci zawracał głowy metaforami ani niczym takim. Trzymaj się i nie zgiń.
- Postaram się.
Ominęłam cały lód. Chociaż musiałam przez to nadłożyć metrów i stracić nieco więcej czasu, nie zamierzałam szorować pośladkami po zamarzniętej tafli, a wiedziałam, że tak by się to skończyło.
Na horyzoncie dostrzegłam zarysy sylwetek obu braci, co nieco mnie zaskoczyło. Obejrzałam się za siebie, jednak za plecami miałam wyłącznie drzewa i ośnieżony trakt, z mojej pozycji nawet znak nie był dobrze widoczny. Poprawiłam okulary i dołączyłam do szkieletów, pogrążonych jak zawsze w żarliwej dyskusji.
- DOPRAWDY! CZY JA ZNAM TEGO CZŁOWIEKA?
- Serio nie wiesz... kogo znasz?
- PFTRBRBRF! - ta sugestia bardzo rozbawiła Papyrusa. - OCZYWIŚCIE, ŻE WIEM, KOGO ZNAM. CHCIAŁEM TYLKO WIEDZIEĆ, CZY TY WIESZ. JA WIEM, KOGO ZNAM, TAK BARDZO JAK WIEM, ŻE WIEM, KOGO ZNAM...! WIESZ?
Starałam się pojąć sens właśnie usłyszanego zdania, niestety okupiłam to ukłuciem bólu w skroni. Mój smutny jęk przykuł uwagę "prześladowcy".
- OHO! O WILKU MOWA!
- Tak, tak.
- BY CIĘ SCHWYTAĆ, JA I MÓJ BRAT PRZYGOTOWALIŚMY PEWNĄ ZAGADKĘ, KTÓRĄ ZAPEWNE UZNASZ ZA ODROBINĘ... SZOKUJĄCĄ!
- Nie śmiem wątpić.
- JAK ZAPEWNE WIDZISZ, MAMY TUTAJ NIEWIDZIALNY... ELEKTRYCZNY LABIRYNT!
- CO?! - zaskrzeczałam, cofając się o krok od miejsca, gdzie odgarnięto śnieg, odsłaniając przy tym nieco ciemniejszy, gruby lód. Poczułam okropną falę ciepła, przewalającą się pod skórą. - ŻARTY SOBIE STROISZ?
Co mnie obchodzą te przeklęte zagadki...? Niezainteresowana wywodem Papyrusa, wtargnęłam na sam środek odśnieżonej parceli i posłałam braciom znudzone spojrzenie.
- To wszystko? WIDZISZ, nieco mi się spieszy, poza tym zapewne nie ZAUWAŻYŁEŚ, ale jest zimno. Chłód nie służy ludziom - minęłam zastygłe w szoku szkielety, uciekając poniekąd przed komentarzami na temat mojej bezczelności.
- OTÓŻ NIE! - odparł Papyrus, nie kryjąc dumy. - JESTEM WRĘCZ ŚMIERTELNIE POWAŻNY!
Wyciągnął zza pleców niewielką kulę w odcieniu błękitu; pomyślałam przez nią o niebieskiej formie ataku.
- JEŚLI DOTKNIESZ ŚCIANY LABIRYNTU, KULA WYTWORZY PRZESZYWAJĄCY ŁADUNEK! BRZMI NICZYM DOBRA ZABAWA?
NIE.
- T-to ja poproszę inny zestaw pytań...! - skuliłam się jeszcze bardziej, gotowa nawet zakopać się pod śniegiem, byleby uniknąć tej "gry"; widząc malujące się na mojej twarzy przerażenie, Sans machnął uspokajająco ręką.
"On nie jest groźny, nawet gdy próbuje."
*I ty w to wierzysz?
Przegryzłam wargę niemal do krwi, przełknęłam ślinę i powoli skinęłam głową.
Powinnam chociaż spróbować zaufać potworom.
- CZŁOWIEKU? NIE SŁYSZĘ, CO CHCESZ Z SIEBIE WYDUSIĆ. WSZYSTKO W PORZĄDKU?
- Taak. Chciałam powiedzieć, że brzmi to jak zapowiedź świetnej zabawy.
- WYŚMIENICIE ZATEM, PONIEWAŻ... ILOŚĆ ZABAWY, JAKĄ BĘDZIESZ TU MIEĆ... WYDAJE SIĘ MNIEJSZA NIŻ SIĘ SPODZIEWAŁEM.
Mnie to mówisz?
- OKEJ, TERAZ MOŻESZ IŚĆ!
Przeszłam zaledwie jeden krok, kiedy to trzymana przez Papyrusa szklana sfera poraziła go prądem. Stał przez moment oszołomiony, nad jego głową unosiła się wąska smużka dymu. Wybuchnęłam śmiechem, podczas gdy wyższy szkielet przeszedł do strofowania brata.
- SANS, COŚ TY NAROBIŁ?!
- Wiesz, chyba to człowiek powinien trzymać kulę.
- OH. FAKTYCZNIE!
Papyrus zaczął kluczyć w dziwny sposób, by ostatecznie stanąć przede mną.
- POTRZYMAJ TO, PROSZĘ - nie wręczył mi sfery, tylko podrzucił ją w górę i błyskawicznie wrócił na swoje miejsce, tą samą drogą co przyszedł. Kula uderzyła mnie głowę i na niej się zatrzymała.
Dobra. Idź po prostu po śladach Papyrusa...
Było łatwiej powiedzieć niż zrobić. Choć ślady dobrze się oddcinały na puchu i lodzie, to i tak pełzłam dość powoli, obawiając się, że jakimś sposobem będę w stanie wyrządzić sobie tu krzywdę.
- ŻYJĘ - sapnęłam, gdy przestałam już czuć na skórze naelektryzowane powietrze. Ściągnęłam kulę z głowy i oddałam ją właścicielowi, który spoglądał na mnie z podziwem.
- NIEWIARYGODNE! TY OŚLIZGŁY ŚLIMAKU! ROZWIĄZAŁAŚ TO TAK ŁATWO...! ZBYT ŁATWO! JEDNAKŻE! Z NASTĘPNYMI PUZZLAMI NIE PÓJDZIE CI JUŻ TAK ŁATWO! STWORZYŁ JE MÓJ BRAT, SANS! MUSISZ BYĆ ZDEZORIENTOWANA! JA JESTEM!
Papyrus ponownie nas opuścił, zanosząc się gromkim śmiechem.
- Wow. Dzięki... Mój brat wydaje się dobrze bawić - odezwał się Sans, patrząc, jak jego brat odchodzi.
- Heh, nie ma za co. Cóż, dla mnie to było przede wszystkim elektryzujące doświadczenie - i niekoniecznie chciałam je powtarzać, ale to zachowałam już dla siebie.
- Tak swoją drogą, zwróciłaś uwagę na jego dziwny strój?
- Mimo ślepoty - owszem. Jest... hmm... nie, inaczej, dość rzuca się w oczy.
- Zrobiliśmy go kilka tygodni temu na zabawę kostiumową i od tamtego czasu nie nosi niczego innego. Ciągle nazywa to... "ciałem bojowym". Rety. Mój brat jest świetny, nie sądzisz?
- Wstrzymam się z oceną, potrzebuję dobrać odpowiednie słowa - wykręciłam się, tym samym kończąc rozmowę.
Po drodze udało mi się minąć wózek lodziarza. Sam sprzedawca, przypominający królika, narzekał pod nosem na brak klientów, ale pojawienie się mnie w pobliżu przywróciło mu energię. Zakupiłam jednego Nice Cream, pożegnałam się ze sprzedawcą i ponownie dane mi było spotkać Sansa, który postanowił podzielić się ze mną planem na własny biznes.
- Pieczony śnieg? Nie umiem sobie jakoś tego wyobrazić.
- Śnieg w panierce, smażony na głębokim tłuszczu.
- Wybacz, wciąż tego nie widzę.
Sans roześmiał się.
- Nie szkodzi. Kupiłabyś? Pięć monet.
- Um... nie. Śniegu tu jak lodu, powoli ślepnę od wszechobecnej bieli.
- W sumie racja. Zresztą ta cena jest odrobinę za niska... - szkielet wzruszył ramionami, puszczając do mnie oczko.
Pokręciłam głową, szeroko uśmiechnięta.
- Na pewno kogoś jeszcze skusisz. Tymczasem do zobaczenia.
Nie spróbowałam sił w przetaczaniu olbrzymiej śnieżki, zwyczajnie nie miałam na to sił. Zamiast tego podziwiałam przez kilka sekund śnieżną bryłę, wyglądającą z daleka jak zwykła kula śniegu, następnie skręciłam, by ponownie spotkać nowych znajomych.
- CZŁOWIEKU! - przywitał mnie Papyrus. - MAM NADZIEJĘ, ŻE JESTEŚ GOTOWA NA...
Wielkopańskim gestem pragnął wskazać na najnowszą zagadkę, jednak jedynym, co zostało naszykowane, była zwykła kartka papieru, leżąca na ziemi.
- SANS! GDZIE JEST ZAGADKA?!
- No tu, leży na ziemi. Wierz mi, nie ma mowy, by człowiek to przeszedł.
- Aż tak we mnie nie wierzysz? - przycisnęłam dłonie do mostka. - Okrutnik bez serca.
- Wybacz, dzieciaku, kwestia natury.
Dumnie domaszerowałam do kartki, rzuciłam plecak na ziemię i usiadłam na nim, oglądając uważnie "zagadkę". Nadrukowano na niej wykreślankę słowną. Dobyłam z mojego siedziska długopis i zajęłam się rozwiązywaniem łamigłówki.
- WOWIE! BRACIE, TO, O DZIWO, DZIAŁA! - Papyrus klasnął w ręce. - CZŁOWIEK JEST UNIERUCHOMIONY!
- Heh. Wiedziałem przecie-... Huh? - nie pozwoliłam Sansowi pozachwycać się swoim geniuszem, podetknęłam mu uzupełnioną kartkę przed oczy, szeroko się przy tym uśmiechając. - No dobra, to trwało krócej niż zakładałem. Powinienem był użyć krzyżówki.
- CO?! KRZYŻÓWKI?! NIE WIERZĘ, ŻE TO POWIEDZIAŁEŚ. W MOJEJ OPINII TO WYKREŚLANKI SĄ NAJTRUDNIEJSZE!
- Wow, stary, serio? Te łatwe wyszukiwanki? To dla szkieletu niemowlaka.
- NIE-WIA-RY-GO-DNE. CZŁOWIEKU! - bezpośredni zwrot do mnie wyrwał mnie z myślowej próżni.
- Tak?
- ROZWIĄŻ NASZ SPÓR. CO JEST TRUDNIEJSZE, KRZYŻÓWKA CZY WYKREŚLANKA?
- Lingwistyka matematyczna - wypaliłam poważnie, składając kartkę na pół.
Bracia spojrzeli po sobie, zdziwieni.
- Um... Co?
- Taki powierzchniowy wynalazek, dostajesz kilka zdań w obcym języku i na ich podstawie musisz odgadnąć, jak się buduje zdania albo co znaczą poszczególne słowa...
- BRZMI INTERESUJĄCO, ALE NIE TO JEST PRZEDMIOTEM TEJ DYSKUSJI, DROGI CZŁOWIEKU.
- Ah, tak, jasne, wybaczcie dygresję. Trudniejsze są wykreślanki, rzecz jasna, zwłaszcza gdy niewiele się widzi.
Niższy szkielet parsknął śmiechem.
- NIE MUSISZ MASKOWAĆ ROZCZAROWANIA PORAŻKĄ ŚMIECHEM, DROGI BRACIE! - Papyrus poklepał Sansa po ramieniu w geście pocieszenia, czym tylko bardziej go rozbawił. Zasłoniłam usta dłonią, by uspokoić wzbierającą radość. - LUDZIE MUSZĄ BYĆ NAPRAWDĘ INTELIGENTNI, SKORO I ONI UWAŻAJĄ WYKREŚLANKI ZA TRUDNE! NYEH! HEH! HEH!
Wszystko potoczyło się zgodnie z misternym planem losu. Papyrus, zanosząc się śmiechem dumy, odszedł.
- Dzięki, że powiedziałaś o wykreślankach.
- Nie ma problemu. Nadal.
- Wiesz, wczoraj miał problem z rozwiązaniem horoskopu.
Potarłam czoło, usiłując sobie wyobrazić, jak to mogło wyglądać. Nie udało mi się to, głowiłam się nad możliwym przebiegiem rozwiązania horoskopu aż do natknięcia się na talerz z zamarzniętym spaghetti.
Przebiegłam wzrokiem po chaotycznie zapisanej notatce, nie przestając się uśmiechać. Co jak co, ale Papyrus niezaprzeczalnie był pomysłowy. Przez chwilę rozważałam próbę zabrania ze sobą zlodowaciałego talerza, jednak zdawał się utknąć na stole na dobre.
Chciałam już odejść, gdy dostrzegłam kątem oka delikatne, dobrze znane migotanie. Obróciłam się ku niemu.
Parę centymetrów nad ziemią unosiła się spora czteroramienna gwiazda, otulająca najbliższe otoczenie ciepłym blaskiem. Wyciągnęłam ku niej dłoń.
*Pozostało czternaście.
Wzdrygnęłam się. Echo rozbrzmiewające w mojej głowie brzmiało dziwnie, jakbym słuchała zakłócanego radia. Mimo to ręki nie cofnęłam. Zacisnęłam palce wewnątrz iskry. Zebrane dotychczas rany zniknęły bez śladu, poczułam, jak wracają mi siły, a zimno przestało być tak dokuczliwe.
Żadne głosy nie wyliczały, ile stworzeń muszę jeszcze zabić.

Otarłam mokre rękawiczki o materiał spodni, przekraczając dopiero co dezaktywowaną pułapkę. Wcześniej dane mi było zmierzyć się z Lesser Dogiem, którego chyba popsułam zbyt dużą ilością pieszczot - w każdym razie jego szyja wydłużyła się w sposób co najmniej nienormalny, jednak sam potwór wyglądał na najszczęśliwsze stworzenie pod słońcem. Niestety, kilka razy staranował mnie z radości, co przypłaciłam kuleniem na prawą nogę, raz natomiast nie wyminęłam na czas włóczni, która zostawiła na udzie niewielkie zadrapanie.
Przekroczyłam drewniany mostek, z zaciekawieniem popatrzyłam w dół. Dno osnuwała ciemność, niemożliwa do przejrzenia. Westchnęłam, bowiem śnieg zaskrzypiał pod łapami psiego małżeństwa. Po wstępnym obwąchaniu, które nie wpadło dla mnie pozytywnie, zakapturzone stworzenia wciągnęły mnie do Stanu.
Na początku zajęłam się przybraniem odpowiedniego zapachu. Chociaż zdrowy rozsądek zaciekle oponował, upadłam prosto na śnieg, w którym to się wytarzałam. Nie odczułam jakiejś większej zmiany w mojej woni, czułam natomiast, że właśnie oto zamarzam. Przemoczona bluza przykleiła się do moich ramion, ogołacając mnie z wytworzonego niemałym trudem ciepła. Zaszczękałam zębami.
Moje zachowanie musiało się wydać psiej parze dość dziwne, a skoro w ich nosach kręciła się jeszcze moja "stara" aura, uznali za stosowne zaatakować. Równocześnie unieśli dzierżone w łapach topory i zamachnęli się nimi tak szybko, że nie miałam zwyczajnie czasu odskoczyć. Ostrza najpierw uderzyły mnie w barki, następnie zaś, gdy upadłam, wyjąc z bólu, Dogaressa dosięgła swym toporem mojej głowy. Wszystko, oprócz moich zwłok i duszy, zniknęło w jednej chwili.
Leżałam na brzuchu, zakrwawiona, niezdolna do wykonania choćby najmniejszego ruchu. Mogłam tylko bezsilnie patrzeć, jak zawieszone w pustce serce pęka, zadając mi najgorszy rodzaj istniejącego bólu. Wrzeszczałam, jednak próżnia połykała dźwięk.
Również agonia dobiegła końca. Ciało przestało istnieć, a dusza powstała na nowo z rozrzuconych wcześniej kawałków. Tylko świadomość się nie zmieniła.
Muszę wracać. Moje myśli otoczyły bladoczerwoną duszę, mieniąc się srebrzyście. Papyrus czeka z kolejną zagadką. Nie mogę go zawieźć.
K O N T Y N U U J .
W gęstej ciemności udało mi się dojrzeć słaby, jaśniejący złoto punkt. Popchnęłam serce w jego stronę, powtarzając sobie uparcie swój cel. Im bliżej źródła światła byłam, tym bardziej rozrzedzał się mrok. W końcu wyłonił się z niego cały krajobraz lasu Snowdin, wraz ze stołem z zamarzniętym spaghetti oraz niedziałającą mikrofalówką.
Chłód powietrza otulił płuca iglastym całunem, dobitnie mi uświadamiając, że jednak żyję. Oparłam się całym ciężarem o stół, oddychając ciężko i głęboko.
*Było blisko.
Owszem. Chyba... chyba nie mam teraz głowy, by walczyć.
*. . .Twoje żarty są coraz to bardziej beznadziejne. Istnieje dno, w którym się nie tarzałaś?
Tamto pod mostkiem.
*Nieważne. Idź już.
Jakkolwiek roztrzęsiona tym wszystkim nie byłam, nie zamierzałam pozwolić sobie na strach. Trudno, zginęłam, ale winą za to mogłam obarczać wyłącznie siebie. Poza tym - bez takiego zimnego prysznica niewątpliwie straciłabym resztki instynktu samozachowawczego.
Tym razem podczas spotkania z Dogamim i Dogaressą zaproponowałam im aportowanie. Krótka zabawa z patykiem wystarczyła, by psi strażnicy pozwolili mi odejść.
Widok następnej zagadki wzbudził we mnie potrzebę jęknięcia, którą jednak zdusiłam w sobie przez wzgląd na czatującego po drugiej stronie kolców Papyrusa, stał odwrócony do mnie plecami. Jego widok przypomniał mi o celu do osiągnięcia; nie mogłam pozwolić sobie na zniechęcenie, dlatego też zamiast udać się na szukanie oszukańczego sposobu przedarcia się przez pułapkę, zainteresowałam się instrukcją działania zagadki.
Zamień X w 0. Potem wciśnij przycisk.

Uniosłam wzrok znad tabliczki, by przyjrzeć się ustawionym na śniegu matrycom, obecnie na ich powierzchniach połyskiwały granatowe krzyżyki. Nie wiedziałam, jak mam zmienić wyświetlane symbole, wcześniej tę zagadkę rozwiązano przed moim przybyciem. Kierowana głupotą, postawiłam na matrycy stopę, X został wyparty przez 0. Uśmiechnęłam się szeroko.
- Prościzna...! - wymamrotałam pod nosem, podchodząc do drugiego krzyża. Uporałam się z nim w ten sam sposób, po czym wcisnęłam przysypany lekko puchem przełącznik, dezaktywując przeszkodę. Kliknięcie towarzyszące mojemu zwycięstwu sprawiło, że Papyrus nareszcie się odwrócił.
- CO?! JAK UNIKNĘŁAŚ MOJEJ PUŁAPKI?! ORAZ, CO WAŻNIEJSZE... ZOSTAŁO JESZCZE COŚ DLA MNIE?
Przekrzywiłam głowę, kompletnie nie pojmując, o czym mówił szkielet.
*Spaghetti, głupia.
Oh. No tak, nawet liścik od niego nazwał to danie pułapką...
Szczerze mówiąc, śmierć i dość rychłe zmartwychwstanie odsunęły kwestię posiłku na dalszy plan. A szkoda, ponieważ żołądek pomału dopominał się poszanowania jego praw.
- C-cóż... Z-zostało sporo... A w zasadzie został cały nienaruszony talerz.
Bowiem trudno byłoby mi dźwigać cały stół, sam rozumiesz.
- NAPRAWDĘ?! WOWIE... OPARŁAŚ SIĘ WYŚMIENITOŚCI MOJEJ WŁASNORĘCZNIE UGOTOWANEJ PASTY... TYLKO PO TO, BY SIĘ NIĄ ZE MNĄ PODZIELIĆ?
Skinęłam niepewnie głową, nie miałam pomysłu, jak inaczej zareagować. Bez wątpienia to wzruszyło szkielet.
- NIE MARTW SIĘ, CZŁOWIEKU. JA, MASTER CHEF, PAPYRUS, PRZYRZĄDZĘ DLA CIEBIE KAŻDY RODZAJ MAKARONU, O JAKIM TYLKO ZAMARZYSZ!
Zjadłabym w sumie makaronu z serem...
*Szczerze ci radzę, nie mów mu o tym.
Papyrus roześmiał się, szczęśliwy z wielkoduszności, tak swojej, jak i mojej, po czym odszedł w kierunku kolejnej zagadki. Nie pozostało mi nic innego jak do niego dołączyć.
Czekało na mnie więcej matryc, tym razem poukładanych wewnątrz dziwnego labiryntu. Jego kształt coś mi przypominał, jednak nie umiałam go na tę chwilę skojarzyć.
- CZŁOWIEKU! - zawołał szkielet, spoglądając w bok z pewną dozą niepewności. - HMM, JAKBY CI TO... PRZYBYCIE TUTAJ ZAJĘŁO CI CAŁKIEM SPORO CZASU, ZATEM... POZWOLIŁEM SOBIE UATRAKCYJNIĆ TE PUZZLE, UKŁADAJĄC WOKÓŁ NICH ŚNIEG, BY PRZYBRAŁO TO KSZTAŁT MOJEJ TWARZY.
- Cóż, twoja twarz wygląda niewątpliwie lepiej niż... ten lodowy labirynt - wypaliłam, nim zdążyłam przemyśleć swoje słowa. Policzki przybrały odcień dojrzałych malin. Przeraziłam się, że udało mi się jakoś Papyrusa obrazić, w końcu stwierdziłam, że niespecjalnie wyszło mu układanie śniegu; ten jednak wyszczerzył się jeszcze bardziej, jeśli w ogóle było to możliwe.
- WOWIE! TO BARDZO MIŁE, ŻE TAK SĄDZISZ, CZŁOWIEKU! WRACAJĄC JEDNAK DO TEMATU... NA NASZE NIESZCZĘŚCIE ŚNIEG PRZYMARZŁ DO ZIEMI, ZMIENIAJĄC KOMPLETNIE ROZWIĄZANIE! I, JAK ZWYKLE, MOJEGO LENIWEGO BRATA NIE MA NIGDZIE W POBLIŻU?
- Może musiał rozprostować kości? - niewinny żarcik sprawił, że w oczodole Papyrusa błysnęło coś złowrogiego.
- NIEMOŻLIWE...! CZYŻBYŚ... CZY TY WŁAŚNIE NIEŚMIESZNIE ZAŻARTOWAŁAŚ, CZŁOWIEKU?
- N-n-nie! Tak mi się powiedziało...! - skuliłam się, ale nie umiałam powstrzymać wesołości. W sumie żałowałam nieco, że starszy z braci tego nie usłyszał. - To zwykła chwila słabości. Umm, może zajmę się zagadką, w porządku?
- ALEŻ OCZYWIŚCIE, ZAPOZNAJ SIĘ Z NIĄ WEDŁUG WŁASNEGO UZNANIA, JA TYMCZASEM POSTARAM SIĘ ZNALEŹĆ NOWE ROZWIĄZANIE! - szkielet wypiął dumnie pierś, co skwitowałam uśmiechem.
- No to ustalone.
Wgryzłam się w kciuk, szukając drogi niepomijającej żadnej z matryc, co nie było łatwe. Pierwsze trzy próby wymagały zrestartowania zagadki, ponieważ albo jeden znak nie został zamieniony, albo w ogólnej dezorientacji zebrane już zera przypadkiem przełączałam na trójkąty. Dopiero za czwartym razem doznałam olśnienia i udało mi się rozwiązać układankę.
- Hej, Papyrus! - wskazałam z dumą otwarte przejście. - Możemy ruszać!
- HM? - widok - WOW, CZŁOWIEKU! ROZWIĄZAŁAŚ TO, I TO NAWET BEZ MOJEJ POMOCY?! NIESŁYCHANE! JESTEM POD WRAŻENIEM! ZAPEWNE INTERESUJESZ SIĘ PUZZLAMI NIEMAL TAK SAMO JAK JA!
- Nie obchodzą mnie te przeklęte zagadki. Zamarzam, puśćcie mnie, do diabła!
- N-na pewno nie bardziej niż ty, bo to chyba niemożliwe - potarłam policzki, by zmusić krew do szybszego krążenia. Mówiłam z już coraz większym trudem. - Ale... są całkiem fajne.
- Z CAŁĄ PEWNOŚCIĄ SPODOBA CI SIĘ ZATEM NASTĘPNA UKŁADANKA, LECZ NIE WIEM, CZY NIE BĘDZIE ONA DLA CIEBIE ZBYT PROSTA! NYEH HEH HEH.
Odetchnęłam głęboko, gdy Papyrus zniknął z mojego pola widzenia. Musiałam chyba znowu coś przemyśleć.
*Czyli co, dobrze się bawisz?
...Właściwie to tak. A co, przeszkadza ci to?
*Ależ skąd. Baw się wybornie, dziecinko, nie zważając na niebezpieczeństwo.
Przestań mnie straszyć. Oni... Oni nie są...
...straszni.
- Hej, chyba przymarzłaś, co? Sterczysz w miejscu jak posąg - uniosłam zdumiona wzrok, by spojrzeć na wołającego za mną Sansa. Wcześniej go tu nie było, zatem jak...? - Niesamowitość mojego brata tak wbiła cię w ziemię?
- Niemalże - przyznałam, dołączając do niego. - Co tu robisz?
- Wpadłem sprawdzić, czy trzeba ci pomocy, ale, jak widzę, nieźle sobie poradziłaś. Chyba jesteś w to dobra, co? W końcu... niemożliwe, byś już to znała czy coś.
Nie dałam po sobie poznać, jakie wrażenie wywarły na mnie jego słowa. Przełknęłam ślinę, odchodząc.
*On chyba coś wie.
No co ty nie powiesz. Wiem o tym doskonale...Dopadły mnie duszności, jak zawsze, gdy zbytnio się denerwowałam.
*Dalej jesteś przekonana, że to całe odkupienie będzie takie łatwe?
Nigdy tego nawet nie zakładałam. Poza tym mam zamiar mu udowodnić, że naprawdę chcę wszystko naprawić.
Zmarszczyłam brwi i pełna nadziei wkroczyłam odważnie na drewniany mostek, kolejny raz spotykając się z kościstym duetem.
- HEJ, TO CZŁOWIEK!
- Tak, oto ja.
- POKOCHASZ TĘ ZAGADKĘ! ZOSTAŁA STWORZONA PRZEZ SAMĄ DOKTOR ALPHYS! WIDZISZ TE PŁYTKI?
Przyjrzałam się monochromatycznej mozaice, doszukując się na wszelki wypadek jakiegoś wzoru. Wolałam się przygotować, jednak cała plansza wyglądała niczym najzwyklejsze kafelki.
- Na ten moment widzę.
- GDY TYLKO PRZEŁĄCZĘ TEN GUZIK, ZACZNĄ ONE ZMIENIAĆ KOLORY!
- Super, robisz dyskotekę? - zapytałam z niekłamanym entuzjazmem. Taką zagadkę przywitałabym z ucałowaniem ręki, bowiem zmusiłaby mnie ona do chaotycznego i żywego ruchu, co na pewno wzmogłoby wytworzenie ciepła. Sans roześmiał się z mojej sugestii. Tylko Papyrus zachował kamienną twarz i powagę.
- BŁĄD, DROGI CZŁOWIEKU! TE PŁYTKI MAJĄ ZGOŁA INNĄ FUNKCJĘ! W ZASADZIE KAŻDY KOLOR MA SWOJĄ WŁASNĄ! CZERWONE SĄ NIEPRZEKRACZALNE, CO ZNACZY, ŻE PO NICH NIE PRZEJDZIESZ, NIEWAŻNE JAK BARDZO BĘDZIESZ SIĘ STARAĆ. ŻÓŁTE TO ELEKTRYCZNE NIESPODZIANKI, KTÓRE CIĘ ZELEKTRYZUJĄ! W ZIELONYCH ZNAJDUJE SIĘ ALARM, WIĘC GDY NA NIE WEJDZIESZ, BĘDZIESZ MUSIAŁA Z WALCZYĆ Z POTWOREM! POMARAŃCZOWE SĄ UPERFUMOWANE POMARAŃCZOWO I SPRAWIĄ, ŻE BĘDZIESZ SMAKOWICIE PACHNIEĆ! NIEBIESKIE TO MAŁE AKWENY, MOŻESZ JE PRZEPŁYNĄĆ, JEŚLI CHCESZ, ALE! GDY PACHNIESZ POMARAŃCZAMI, MOGĄ CIĘ UGRYŹĆ PIRANIE! PONADTO, JEŻELI NIEBIESKA PŁYTKA JEST PRZY ŻÓŁTEJ, WODA MOŻE CIĘ PORAZIĆ! FIOLETOWE PŁYTKI SĄ ŚLIZGIE, PRZEŚLIZGNIESZ SIĘ PO NICH DO NASTĘPNEGO POLA! POZA TYM, TO ŚLIZGIE MYDŁO PACHNIE CYTRYNAMI, KTÓRYCH PIRANIE NIE LUBIĄ, DLATEGO FIOLET I NIEBIESKI SĄ OK!
W miarę słuchania tłumaczeń Papyrusa otwierałam coraz szerzej oczy, zaś serce gwałtownymi skurczami usiłowało roztrzaskać żebra od wewnątrz.
A mogłam przejść w trakcie przemowy. Przynajmniej czeka mnie widowiskowy koniec.- NA KONIEC... RÓŻOWE PŁYTKI.
Ukryto w nich mielarki do mięsa?
- ROBIĄ ABSOLUTNIE NIC.
- Jak Sans? Ej, nie patrz tak, powtarzam opinię twojego brata.
- Ale ja się nie gniewam, uwielbiam robić absolutnie nic.
- DOKŁADNIE. WRACAJĄC. PRZECHODZISZ PO NICH WEDLE UZNANIA. I JAK?! TO ZROZUMIAŁE, PRAWDA?!
Byłam gotowa zaprzeczyć i błagać o wytłumaczenie wszystkiego raz jeszcze, jednak, prawdę mówiąc, mniej obawiałam się już o to, w jaki sposób przejść to, by nie zginąć, a bardziej o odmrożenia, których właśnie się nabawiałam.
- Tak, oczywiście.
- TO ZNAKOMICIE! AH, WARTO TEŻ WSPOMNIEĆ W TYM MIEJSCU... ŻE TE PŁYTKI UŁOŻĄ SIĘ KOMPLETNIE PRZYPADKOWO, TWORZĄC DROGĘ WIDZIANĄ TYLKO RAZ! ZATEM NAWET JA NIE ZNAM ROZWIĄZANIA! NYEH HEH HEH! GOTOWA?
Nie!- J-jasne!
Rozległ się dźwięk terkotu zębatek, zaś szare do tej pory płytki nabrały kolorów. Co gorsza, cała sekwencja stale się zmieniała.
- J-ja mam po tym...?!
- CIERPLIWOŚCI, CZŁOWIEKU, ZAGADKA SIĘ DOPIERO UKŁADA!
To mnie w żaden sposób nie pocieszyło. Tymczasem zmiany barw stawały się coraz szybsze, coraz to bardziej chaotyczne, w pewnym momencie zdawało mi się nawet, że wszystko dookoła również zaczęło żonglować swoimi kolorami.
Nagle dziwna metalowa skrzynia, którą uruchomił wcześniej Papyrus, jęknęła metalicznie, formując ostatecznie planszę. Cienki pasek mięsnego różu, otoczony z obydwu stron czerwienią, zachęcająco jaśniał. Bracia odsunęli się w bok, jakby ostatecznie pozwalając mi przejść, Papyrus jednak nie zdołał wyhamować i, kręcąc piruety, opuścił Sansa.
- To było... niespodziewane. Czuję się jak ofiara kiepskiego dowcipu - podsumowałam całą sytuację, schodząc z planszy.
- Zatem czemu się nie śmiejesz?
- To wina dezorientacji. Nie spodziewałam się takiego... obrotu sprawy.
- Cóż, przynajmniej nie możesz narzekać na nudę. Słuchaj, jeśli chodzi o tamto spaghetti... Nie było takie złe jak na niego. Odkąd zaczął brać lekcje gotowania, poczynił spore postępy. Jeśli to się utrzyma, może za rok ugotuje coś jadalnego.
- Do czego pijesz, jeśli mogę zapytać...? - przekrzywiłam głowę, nie rozumiejąc zbytnio powodu poruszenia tematu. Uznałam, że czas na defensywne skulenie się. - N-nie tknęłam go, bo przymarzło, nie dlatego, że... No...
Że znam poziom zdolności kulinarnych Papyrusa i spodziewałam się groźnego rozstroju zdrowia, no wiesz? Skąd ci to w ogóle przyszło do głowy? Że niby ja coś wiem? Dajże spokój.
- ...A nie miałam jak podłączyć mikrofalówki. Sam rozumiesz... - dokończyłam, nagle dziwnie wyczerpana.
*Czy czujesz, jak...?
- W porządku, rozumiem. Uznałem, że należy ci się wyjaśnienie - szkielet odetchnął cicho. Przytłoczona tym wszystkim, po prostu ruszyłam dalej.
Znalazłam się w galerii lodowych psów, a dokładniej pośród fantazyjnie powykręcanych karków oraz odpadłych od nich łbów. Po rozciągniętych do granic możliwości szyjach figur rozpoznałam w "modelu" Lesser Doga.
Kluczyłam między rzeźbami, podziwiając ich dynamiczność i sam pomysł, aczkolwiek nie czułam się tu zbyt swobodnie. Odnosiłam wrażenie, że kroczę wśród zdekapitowanych zwłok. Serce przyspieszyło, popędzone adrenaliną.
- Pies miał rozmach - odezwała się nagle stojąca w cieniu jednej z figur krowopodobna istota. Odwróciłam się w jej stronę, zaskoczona samą jej obecnością. - Po prostu wpadł tutaj, przepełniony ekscytacją, i zaczął budować. Ale im więcej budował, tym bardziej podekscytowany się stawał, jego szyja wydłużała się, brał więcej śniegu...
- Artystyczny szał ma to do siebie, że sam sobie jest motorem - odparłam cicho. Potwór wzruszyła ramionami.
- Niech ci będzie.
Zauważyłam, że tuż obok jednej z głów unosiła się Gwiazda. Włożyłam w nią dłoń, jednak tym razem nie czułam się szczególnie silniejsza. Niespecjalnie mnie to zmartwiło. Wróciłam na drogę.
Po raz trzeci moim oczom ukazały się matryce z niebieskimi krzyżami, jednak problem polegał na tym, iż cała "plansza" skuta była grubym lodem. Kichnęłam, wstrząsana gwałtownymi dreszczami. Fizycznie czułam się fatalnie i szczerze nie chciało mi się myśleć, w jaki sposób dotrzeć do poszczególnych pól. Nieostrożnie wtargnęłam na oblodzoną powierzchnię, by w następnej chwili, szorując plecami, jechać na sam skraj wzniesienia.
Świadomość odzyskałam dopiero wylądowawszy po pas w śniegu, który zamortyzował lądowanie. Piszcząc przeraźliwie, wyskoczyłam z zaspy, modląc się jednocześnie, by ubranie nie przemokło do reszty. Strząsając z siebie puch, o mało nie stratowałam bałwana podejrzanie podobnego do Papyrusa. Przetarłam zdumiona oczy, utwierdzając sie w przekonaniu, iż faktycznie miałam przed sobą śnieżną replikę młodszego z braci. Pół metra od dumnie napinającej mięśnie figury usypano niewielką kupkę śniegu, którą podpisano czerwonym markerem "sans". O dziwo, to mnie w żaden sposób nie bawiło.
Oderwałam się od obserwowania bałwanów i podjęłam męczącą wspinaczkę na górę, by ponownie stanąć przed zagadką.
Skup się. Im szybciej to rozwiążesz, tym szybciej będziesz w Snowdin i szybciej się ogrzejesz.
Powiodłam wzrokiem po zagadce, zajęta planowaniem kolejnych ruchów. Wiedziałam, że matryce są bardziej chropowate od lodu, dlatego mogły mnie zatrzymać w miejscu. Nieco zgrabniej niż pierwszym razem wtargnęłam na lód i rozpoczęłam przełączanie znaków. Szybko rozwiązałam tę łamigłówkę i mogłam uruchomić wysuwany most. Niestety nie zwróciłam uwagi, że droga, którą łączył z moją pozycją, również była kompletnie oblodzona, zatem kilka metrów pośród drzew, o splątanych gałęziach tworzących baldachim, przebyłam w pozycji siedzącej, co z drugiej strony uchroniło mnie przed nabyciem śnieżnej czapki.
Pozbierałam roztrzaskaną godność i stanęłam na nogi. Przede mną rysowało się pole upstrzone mnóstwem maleńkich zasp, zaś po mojej prawej ścieżka odbijała nieco w dół. Zignorowałam dróżkę, zbyt zmarznięta i głodna, by odczuwać ciekawość.
Otoczona przez górki puchu brnęłam zniechęcona naprzód. Ciężki oddech odcinał się w powietrzu gęstym pióropuszem podobnym do dymu, mięśnie drżały, zaś ja zapadałam się coraz głębiej w śnieg, który już dawno przesypywał się przez cholewy butów.
Mijałam ostatnią z zasp, gdy ta niespodziewanie zaczęła się trząść. Nieco zdumiona, przekonana o omamach, utkwiłam w niej wzrok. Wtedy spod warstwy lodu wyłonił się puszysty psi łebek. Potworny pies zaszczekał cienko.
- Hej mały. Zgub... - nie dokończyłam, bowiem ze śniegu wynurzyła się całkiem postawna reszta strażnika, okuta czarną zbroją. Obległy nas ciemności Stanu.
Nie, do diabła...! Nie mam sił! - rozsierdzona wyciągnęłam z plecaka patyk, który następnie cisnęłam daleko przed siebie. Greater Dog pognał za nim dość szybko, zupełnie jakby wcale nie miał na sobie ważącego niewątpliwie sporo rynsztunku, kilka sekund później wrócił do mnie, trzymając kijek w pysku.
- Dobry...chłopiec...? - nawet jeśli się myliłam w ocenie płci, potworowi nie czyniło to żadnej różnicy. Stan rozproszył się.
Greater Dog wyskoczył ze zbroi, ujwniając swoje prawdziwe gabaryty. Bez wspaniałego uzbrojenia sięgał mi zaledwie do kolan, co wydawało mi się nadzwyczaj urocze. Ukucnęłam przed nim. Greater Dog oparł łapki o moje kolana i uraczył mnie mokrym psim pocałunkiem w policzek. Roześmiałam się, przytulając strażnika. Jego białe futro było tak wspaniale miękkie i gdyby nie groźba śmierci hipotermicznej, mogłabym zasnąć, wtulona w psiaka. Jednak każde z nas musiało udać się w swoją stronę. Puściłam potworka, który niefortunnie, bowiem ogonem do góry, wrócił do swojej zbroi i odmaszerował. Zainteresowałam się, jak niewielkie istnienie kierowało olbrzymią zbroją, po czym doszłam do wniosku, iż udział w tym mogła mieć podziemna technologia.
Widok długiego drewnianego mostu, w którym rozpoznałam ostatnią przeszkodę, napełnił mnie taką ekscytacją, że pisnęłam radośnie i wbiegłam na deski. Udało mi się pokonać zaledwie metr, bowiem zaniosłam się gwałtownym kaszlem, tak silnym, że oczy zaszły mi łzami. Zgięta wpół wypluwałam powietrze.
Muszę się pospieszyć.
Nadal pokasłując, powoli szłam przez most. Widok rozciągający się z mostu niewątpliwie zaparłby mi dech w piersi, gdybym tylko mogła normalnie oddychać.
Na końcu mostu czekali szkielebracia. Mój żałosny stan nie pozostał niezauważony.
- UM, CZŁOWIEKU? WSZYSTKO GRA? NIE WYGLĄDASZ NAJLEPIEJ...! - niepokój okazywany przez Papyrusa bardzo mnie zdziwił. Wyglądał na szczerze zmartwionego moim samopoczuciem, poczułam silny przymus uspokojenia go kosztem prawdy.
- Trochę zmarzłam, ale to nic - machnęłam lekceważąco ręką. - Zaraz mi... khe, khe! Zaraz mi przejdzie.
- OH. CAŁE SZCZĘŚCIE! NIE MÓGŁBYM CIĘ ODESŁAĆ DO STOLICY, GDYBYŚ ŹLE SIĘ CZUŁA! MUSISZ BYĆ W FORMIE, BY SPOTKAĆ SIĘ Z KRÓLEM!
Wykrzywiłam usta w grymasie udającym uśmiech.
Ależ oczywiście.
W ustach rozpełzł się gorzki smak. Poczułam się, jakby uderzono mnie prosto w pierś.
*Czego się spodziewałaś? Hah, szkoda, że nie widzisz swojej miny!
Pozostało mi udawać, że wszystko rozumiem.
- Um, Papyrusie, czy ten most to pułapka? - zapytałam grzecznie, poprawiając szalik. Ponownie zakaszlałam, tym razem zasłaniając twarz rękawem.
- AH! TAK! OSTATNIE, NAJNIEBEZPIECZNIEJSZE WYZWANIE! RZUCAM RĘKAWICĘ ŚMIERTELNEGO TERRORU!
Nie umiem wyjaśnić, w jaki sposób (niewątpliwie udział w tym miała magia), ale zarówno nad, jak i pode mną pojawiły się narzędzia zagłady - armaty, włócznie, nawet kiścień; wpaniałemu wyzwaniu smaczku dodawał mały piesek, obwiązanym w brzuchu sznurkiem.
- KIEDY POWIEM JEDNO SŁOWO, TO WSZYSTKO SIĘ UAKTYWNI! DZIAŁA WYPLUJĄ OGIEŃ!
Ja zaraz wypluję płuca.
- KOLCE BĘDĄ KŁUĆ! OSTRZA BĘDĄ CIĄĆ! KAŻDA CZĘŚĆ ZACZNIE AGRESYWNIE KIWAĆ SIĘ W GÓRĘ I DÓŁ! SZANSA NA WYGRANĄ TO ZALEDWIE CIEŃ!
Przynajmniej nie zostawiasz mi złudzeń.
- CZY JESTEŚ GOTOWA? ALBOWIEM! JA! JESTEM! NA TO! GOTÓW!
Lecz nic się nie wydarzyło.
Sans szturchnął brata w bok.
- No? Co cię powstrzymuje?
- POWSTRZYMUJE! JAKIE POWSTRZYMUJE?! JA... JA TO ZARAZ AKTYWUJĘ!
Trwałam na moście w najlepszym porządku, pomijając kaszel i zawroty głowy.
- Cóż. Nie wygląda to na zbyt aktywne.
- PO PROSTU! TO WYZWANIE...! - Papyrus uciekł spojrzeniem w bok. - WYGLĄDA NA ZBYT ŁATWE, BY POWSTRZYMAĆ CZŁOWIEKA. TAK! NIE MOŻEMY TEGO UŻYĆ! JESTEM SZKIELETEM ZE STANDARDAMI, A MOJE ZAGADKI SĄ ZAWSZE FAIR!
- Potwierdzam! - pisnęłam słabo, kichając.
- WIDZISZ? LUDZKA MĄDROŚĆ JEST DOPRAWDY WIELKA. WRACAJĄC! MOJE PUŁAPKI SĄ PERFEKCYJNIE DOGOTOWANE! JEDNAK TA METODA! - wskazał dłonią na psiego wisielca. - TO ZBYT BEZPOŚREDNIE! ZA GROSZ KLASY! ZATEM ZABIERZMY TO!
Kolejne machnięcie ręką zadziałało jak przegonienie natrętnego ptactwa, "rękawica terroru" zniknęła.
- PHEW! - Papyrus odwrócił się, gotów odejść, jednak przedtem spojrzał jeszcze na mnie. - NA CO PATRZYSZ?
- N-na nic, mogę iść...? Zamarzam na kość - chichot Sansa wywołał we mnie westchnienie irytacji. - Nie żartuję.
- OCZYWIŚCIE, PRZECHODŹ! - szkielet skierował się w stronę miasta, natomiast ja w końcu pokonałam most. Chciałam już podążyć śladami Papyrusa, niemal czułam, że osiągnęłam cel; wtedy to Sans odezwał się.
- Hej, zanim pójdziesz, mam radę dotyczącą walki z moim bratem.
- Hm? Jaką...?
- Nie walcz. Kapujesz?
Wspomnienie czegoś wstrząsającego pojawiło się na moment przed moimi oczami, jednak okazana ignorancja skutecznie je odpędziła. Zbyt skupiłam się na słowach szkieletu.
Skinęłam głową na znak przyjęcia do wiadomości.
- Cieszę się, że się rozumiemy.
Wbiłam wzrok w ślady wydeptane przez ciężkie buty Papyrusa, milcząc, pomaszerowałam zgodnie z wyznaczoną przez nie drogą.
Transparent witający nowoprzybyłych w miasteczku Snowdin okręcony był lampkami choinkowymi, mrugającymi radośnie. Nie zaszczyciłam go większą uwagą, skupiona na dotarciu do drzwi zajazdu.
Zajazd jest obok sklepu.
Bez trudu zlokalizowałam nieduży budynek, opatrzony stosowną tabliczką. Pchnęłam drzwi, wchodząc do środka. Ciepło wypełniające hol było najcudowniejszą rzeczą, jaką mogłam sobie w tamtej chwili wyobrazić. Moje okulary zaszły mgłą, dlatego też ściągnęłam je z nosa i założyłam na głowę niczym opaskę.
- Witamy w Zajeździe w Snowdin! - przywitała mnie sympatycznie wyglądająca króliczyca. Uśmiechnęłam się, dygając.
- W-witam. Ile kosztuje wynajęcie pokoju...?
- Osiemdziesiąt monet.
Sięgnęłam do wypchanej złotem kieszeni i wyciągnęłam garść krążków. Beznadziejny zasięg mojego wzroku zmienił trzymane przeze mnie krążki w bezkształtną, błyszczącą masę. Mrużenie powiek nic nie dawało, okulary nadal były zaparowane i bezużyteczne, a ponieważ nie chciałam wodzić nosem po monetach, by przypadkiem nie umazać ich oślizgłą wydzieliną, wręczyłam je właścicielce zajazdu.
- J-jeśli to za mało, to jeszcze mam nieco monet... - wykrztusiłam między kolejnymi atakami kaszlu. Króliczyca wyciągnęła łapy do przodu i machnęła nimi uspokajająco.
- Proszę, połóż je na blacie. Z zapłatą to żaden problem moja droga, właściwie wyciągnęłaś nieco za dużo, właśnie, oto ta nadwyżka... - zgrabnie przesunęła w moim kierunku niepotrzebne monety, które wcisnęłam z powrotem do kieszeni. W głowie zaświtała mi myśl o konieczności nabycia portfela lub chociaż jego namiastki.
- Pozwolisz, że zaprowadzę cię na górę - odezwała się właścicielka po schowaniu monet do kasy. Wskazała zapraszająco na coś, co uznałam za schody. - Tędy. Czy mam pomóc...?
- Nie, dziękuję, p-poradzę sobie... - umiałam rozpoznać, gdzie zaczynały się kolejne stopnie, poza tym nie chciałam zbytnio fatygować sympatycznego potwora. Czułabym się z tym nie w porządku.
Króliczyca zaprowadziła mnie do pokoju na pierwszym piętrze, wręczyła mi kluczyk i życzyła udanego odpoczynku, po czym wróciła na dół. Szkła zdążyły ponownie stać się przezroczyste, ściągnęłam je z głowy i ulokowałam na nosie, zachwycona odzyskaniem wzroku. Ostrożnie włożyłam klucz do zamka, przekręciłam go i weszłam do niewielkiego pokoiku. Meble z jasnego drewna zajmowały niemal całą dostępną przestrzeń. Ściany wyłożono tapetą utrzymaną w jasnej kolorystyce, dzięki czemu pomieszczenie wydawało się większe.
Ściągnęłam z ramion plecak, który położyłam u nóg sporego łóżka, następnie pozbyłam się przemoczonej bluzy oraz szala, zrzuciłam buty i wskoczyłam na materac, który to cicho jęknął w proteście.
Leżąc na plecach, miałam doskonały widok na sufit. Zdziwił mnie brak pęknięć, zacieków czy nawet kurzu. Wszystko wyglądało na zadbane.
Z pokoju obok dochodziły mnie odgłosy donośnego chrapania. Podobnie, choć zdecydowanie ciszej, zwykł chrapać mój tata, gdy ucinał sobie popołudniowe drzemki. Nie przepadałam za tym dźwiękiem, ale silne zmęczenie sprawiło, że zobojętniałam na tę niewielką niedogodność.
Nie mogłam zaprzeczyć, iż od wyjścia z Ruin wydarzyło się bardzo dużo, chociaż sama wędrówka zajęła mi chyba nie więcej niż trzy w porywach do czterech godzin. Po tym wszystkim zasługiwałam na odpoczynek. Pozwoliłam powiekom poddać się sile grawitacji, przekręciłam się na bok, podkurczając nieco nogi, a parę sekund później już spałam, z okularami wbijającymi się w lewy oczodół.

III

- Odsuń się, do cholery - warknęłam, wyciągając z kieszeni bluzy nóż. - Nie chcę cię skrzywdzić, dlatego posłuchaj mnie i zejdź mi z drogi.
Czy ona była ślepa? Głupia? Czy nie zwróciła uwagi, jak puste były teraz Ruiny? Nie zastanowiło jej to ani przez chwilę?
Opiekunka uparcie milczała, zajęta szykowaniem ognistego ataku. Czułam, że zaraz rozsadzi mnie gniew. 
*Sądzi, że zabawą w dom cię uratuje. 
Jakież to kretyńskie. 
- Toriel, masz mnie wypuścić! - zawołałam jeszcze raz, szykując się do zadania ciosu. Tylko jednego. Planowałam wyłącznie zranić ją i uciec. - Nie mogę tu zostać, czy to do ciebie nie dociera? Nie słyszysz mnie?
- Muszę... Muszę cię tu zatrzymać.
- Dlaczego?!
- To dla twojego dobra...
- Przestań...! Dla "dobra" powinnaś mnie wypuścić! Muszę stąd uciec! Oni mnie zabiją!
- Nie, jeśli teraz wrócisz na górę...! - nagle wypuściła w moją stronę kilkadziesiąt ognistych kul. Poczułam swąd spalonego mięsa i polarowych włókien. Ból wydusił ze mnie krzyk.
- Jesteś... Jesteś jak inni... - syknęłam, przyciskając dłonie do poparzonego obojczyka, co tylko nasiliło ból. - Nie unikasz walki, co? Tylko pakujesz się w nią...
- Karune, błagam, wróć na górę... Jeśli to zrobisz, zapomnę o całej sprawie. Uleczę cię. Proszę, moje dziecko...
- Nie nazywaj mnie tak! Nie waż się! - wybuchłam skrzekliwym śmiechem. - Jesteś głupia. Nie dasz rady mnie uchronić, nie po tym, co zrobiłam... Przepuść mnie. To ostatnie ostrzeżenie.
- Ja również ostrzegam cię po raz ostatni! Karune, nie chcę, żebyś narażała się w ten sposób... Jeśli odejdziesz z Ruin, faktycznie cię zabiją!
Kolejny atak ogniem. Tym razem uniknęłam wszystkich płomieni.
- Nie wierzę ci... Nie po tym, co zaprezentowałaś... - wbiłam w nią wzrok, zdzierając z twarzy uśmiech. Koza cofnęła się pod drzwi.
- K-Karune...? - nie zdążyła powiedzieć nic więcej, ostrze wryło się w nią zbyt głęboko. Padła na kolana, w jej oczach malował się strach godny zwierzęcia, którym wszak była. - T-ty... Nienawidzisz mnie aż tak bardzo...?
Szok spowodowany tym, co zrobiłam, sprawił, że wypuściłam nóż. Ten z brzękiem uderzył o podłogę, odgłos zdawał się rozrywać te kilka metrów dzielących mnie a Toriel. Przycisnęłam dłoń do ust.
- T-Toriel...! Prze-przepraszam...! Ja... Ja nie chciałam...!
- Gdybyś nie chciała, odrzuciłabyś nóż za siebie... - nie rozpoznawałam głosu opiekunki, był taki zimny... - Ale przynajmniej... wiem już, kogo usiłowałam chronić, zatrzymując cię... Ich... H-ha-ha...!
- Toriel! - wyciągnęłam ku niej dłoń, jednak nie umiałam jej dosięgnąć. Na moich oczach przeistoczyła się w pył, a pełna miłości dusza zbielała i rozpadła się na kawałki. Zaczęłam krzyczeć.
Szybko zasłoniłam usta, modląc się, by nie usłyszała mnie opiekunka, zapewne śpiąca spokojnie dwa pokoje dalej lub krzątająca się po kuchni. Wygrzebałam się spod kołdry, zdyszana, z galopującym sercem i drżącymi mięśniami. Musiałam się uspokoić, połykałam powietrze głębokimi haustami.
Brak zaniepokojonych pytań czy pojawienia się mamy w drzwiach odebrałam jako dobry znak. Po kilku minutach ciało zachowywało się na tyle stabilnie, że podjęłam się próby wstania z łóżka. Odrzuciłam kołdrę i wyskoczyłam, by nie obezwładnił mnie chłód świata poza pierzyną.
Na podłodze oczekiwał talerz z kawałkiem ciasta. Chwyciłam go, rozkoszując się apetycznym aromatem przysmaku. Uśmiechnęłam się, gdy wyobraźnia podsunęła mi obraz wkradającej się do pokoju Toriel, pragnącej zwyczajnie uszczęśliwić swoje przybrane dziecko, jednak starcie owej wizji z moim snem sprawiło, że rozgoryczona odstawiłam talerzyk i zaczęłam niespokojnie krążyć po sypialni.
Była to pierwsza mara od kilku tygodni, w zasadzie pierwsza od momentu upadku. Wstrząsnęła mną tym bardziej, że odkąd zamieszkałam z Toriel, dobrze udawałam przed samą sobą, iż nic nie miało miejsca. Zapewne udział w tym miał również nawał zajęć - nauczanie pod okiem opiekunki, prace domowe, wielogodzinne snucie się po Ruinach, mozolne, acz owocne zaznajamianie się z mieszkańcami... Dzięki temu nie rozmyślałam o kwestii powrotu na Powierzchnię czy minionych zdarzeniach; to wszystko pozwalało mi na utrzymanie względnego wewnętrznego spokoju. Powoli zaczynałam nawet wierzyć, że nie muszę pozwalać sumieniu na zadręczanie się, wszak o tym, co było, wiedziałam tylko ja (oraz Flowey, ale chwast nie usiłował mnie zaczepiać, dlatego o nim nie myślałam).
Sen przypominał mocne kopnięcie w brzuch. Był sygnałem, iż nie mogę w żaden sposób odciąć się od przeszłości, że ona zawsze będzie mnie obciążać. Westchnęłam ciężko, powiodłam wzrokiem po sypialni.
Nie zmieniałam niczego w wystroju pokoju, nie uważałam, by jakiekolwiek przemeblowanie było konieczne, skoro czułam się tu swobodnie i komfortowo, nie mogę jednak przyznać, że utrzymywałam porządek. Niemal wszędzie można było natknąć się na luzem fruwające kartki, podłogę zaściełały drobne kawałki papieru, przypominające śnieg, zaś z szafy i szuflad wystawały niedokładnie schowane ubrania. Toriel nie była zachwycona panującym nieładem, ale dopóki utrzymywałam chaos pod niejaką kontrolą, nie złościła się.
Jedynym elementem dodatkowym, wprowadzonym przeze mnie, był spory szklany słój, który ustawiłam na miejscu starej ramki do zdjęć, tę schowałam w szufladzie. To właśnie w nim gromadziłam robione podczas obserwowania ruin Domu papierowe gwiazdy. Obok leżała znaleziona w zakamarkach domu szkatułka, do niej włożyłam gwiazdy skręcone jeszcze w trakcie życia na górze.
Powrót do składania papieru przyniósł mi dużo radości, chociaż to zajęcie samo w sobie było echem zdarzeń niekoniecznie dobrze wspominanych. Zamierzałam nadać temu inne, lepsze znaczenie, jednak nie miałam jeszcze pomysłu, jakie, dlatego przez dłuższy czas czyniłam to bezsymbolicznie, w końcu zaś zapomniałam o potrzebie metaforyzowania i zwyczajnie cieszyłam się dobrą zabawą.
Chwyciłam słój i przytuliłam go mocno. Nie wiedziałam, co powinnam dalej robić. Pojęłam, iż trwanie w miejscu nie skończy się dla mnie dobrze, atakowana wyrzutami sumienia oszaleję. Prócz tego czułam się odrobinę samotna. Zapragnęłam poznać Podziemia tętniące życiem. Udało mi się uzyskać drugą szansę od losu i nie zamierzałam jej zmarnować.
Jednak... pomyślałam o śnie i wzdrygnęłam się. Opuszczenie Ruin wiązałoby się z walką przeciw Toriel. Już sama świadomość ścinała mi krew w żyłach. Nie zamierzałam wchodzić z nią w Stan Gotowości. Nie po tym wszystkim...
Rozmyślania przerwało pukanie do pokoju.
- Karune, przygotowałam śniadanie. Śpisz jeszcze? - drzwi uchyliły się, do środka zajrzała opiekunka. Odłożywszy słoik na miejsce, posłałam jej szeroki uśmiech.
- Nie, mamo, szykuję się na kolejny dzień. Jakie lekcje przewidujesz?
- Dzisiaj wyjątkowo odpuszczę ci zajęcia. Muszę udać się po sprawunki, zresztą - zasługujesz na dzień przerwy.
Wyprostowałam się. Wychodziła?
- Dź-dziękuję.
- Ależ to żaden kłopot. Pospiesz się, inaczej będziesz musiała zadowolić się zlodowaciałą herbatą - roześmiała się i zniknęła, zostawiając mnie z podwyższonym ciśnieniem. Odetchnęłam z ulgą.

Siedziałam przed kominkiem, czujnie obserwując ruchy opiekunki, szykującej się do wyjścia po wiktuały. Odliczane chwile do opuszczenia przez Toriel domu ciągnęły się w moim odczuciu niczym przeżuta guma.
Pilnie potrzebowałam zajęcia. Nie mogłam przygotować się do realizacji planu bez wzbudzenia w opiekunce podejrzeń, ale nudziłam się i niecierpliwiłam, musiałam się uspokoić. Z biblioteczki zabrałam wertowaną od dłuższego czasu książkę, będącą zapisem historii potworów. Znalazłam oznakowany zakładką moment, gdzie skończyłam ostatnio, rozsiadłam się w fotelu Toriel i zatopiłam się w lekturze.
Uwięzieni za Barierą i pełni lęku przed atakami ze strony ludzi, wycofaliśmy się. Wędrowaliśmy dalej i dalej w głąb ziemi, nim znaleźliśmy koniec jaskini. To stało się naszym nowym domem, który nazwaliśmy...
Wytrzeszczyłam oczy, nie wierząc w to, co czytałam.
...Domem. 
Jakkolwiek wspaniałym jest nasz król, niespecjalnie radzi sobie z nazywaniem.
Zachichotałam pod nosem. Pierwszy raz spotykałam się z tak szczerą opinią w książce historycznej.
W książce gubiłam kolejne minuty. W pewnym momencie nawet wyciągnęłam z kieszeni przygotowane wcześniej papierowe paski i z nich zaczęłam skręcać gwiazdy, gdy nagle usłyszałam wołającą mnie opiekunkę.
- Karune, wychodzę.
Zerwałam się z fotela, by pożegnać się z Toriel. Stała przy drzwiach, gotowa do wyjścia. Po krótkim namyśle, dopadłam do niej i mocno ją objęłam.
- Ah, spokojnie, przecież wkrótce wrócę... - zamknęła mnie w uścisku swych puszystych ramion, kompletnie nieświadoma, co zamierzam. To nieco mi ciążyło na sercu. - Umm, Karune... Jeśli nie będę mogła iść, to z czego zrobię kolację?
- Oh, wy-wybacz... - wymamrotałam, puszczając opiekunkę. Pomachała mi na pożegnanie.
- Do zobaczenia, moja droga.
- Pa, mamo...! - zamknęłam za nią drzwi, o które oparłam się i osunęłam na ziemię. - Do widzenia...
I tak oto zostałam sama. Oczekiwałam tego, ale teraz cisza i pustka mnie osaczały, podduszały. Podniosłam się z podłogi i ruszyłam najpierw do kuchni.
Uciszając sumienie, ukroiłam na drogę kawałek ciasta i owinęłam go ostrożnie znalezionym wcześniej papierem do pieczenia. Słodki aromat oblepiał mój nos, utrudniając oddychanie. Odwróciłam głowę i potarłam koniuszek nosa, udając, że to cokolwiek daje.
Rozejrzałam się po pomieszczeniu, ale nie było tu nic, czego mogłabym potrzebować w trakcie wędrówki. Przyszedł czas na pakowanie, dlatego pobiegłam do swojego pokoju, ryzykując kilkukrotnie bolesnym upadkiem.
Odkopałam w szafie stary, nieco sfatygowany i przykurzony plecak. Wrzuciłam do niego dwie pary ubrań na zmianę, dwa zeszyty i ciasto mamy, a po namyśle wepchnęłam jeszcze gwiezdny słoik i Pajęczy Donut, ten sam, który zakupiłam pierwszego dnia w Ruinach. Zauważyłam, że jedzenie tutaj nie psuło się w żaden sposób, w czym zapewne udział miała podziemna magia.
Do ręki wzięłam jeszcze swój nieodzowny patyk i oto byłam w pełni gotowa do drogi, mogłam w zasadzie już ruszać... Kiedy pomyślałam o Toriel. Pozostawienie jej bez słowa wyjaśnienia, bez przeprosin, jawiło mi się jako obrzydliwe i lekceważące, zwłaszcza że miałam dość tupetu, by nazywać ją matką. Nawet gdy ruszałam na Ebott, zostawiłam w domu krótką notkę o swych planach.
Chwyciłam pustą kartkę ze stosu gromadzonego pod szkatułą, odszukałam też jeszcze sprawny długopis, po czym zaczęłam pisać.
Dobranie odpowiednich słów nie było tak trudne jak zakładałam. Po kilku minutach list był już gotowy, ale dla pewności odczytałam zapis kilka razy.

Droga Toriel
Kochana Mamo.
W chwili, gdy czytasz ten list, zapewne nie ma mnie już na terenie Ruin. Chociaż czas tutaj był wspaniały, chociaż doceniałam fakt, iż traktujesz mnie niczym córkę, musiałam iść dalej. Mam do załatwienia mnóstwo spraw w odległych częściach Podziemi, zostanie tu na dłużej było po prostu niemożliwym. Przepraszam, że Cię opuściłam. Mam szczerą nadzieję, iż pewnego dnia mi to wybaczysz.
Chciałam Ci podziękować za troskę, opiekę, naukę. Mogłam zawsze liczyć na Ciebie, Twoją obecność i rady. Jesteś wspaniałą matką i pewnego dnia zapewne zostaniesz uwielbianą przez dzieci nauczycielką - wiem to!
Proszę, nie martw się o mnie. Dam sobie radę na zewnątrz, obiecuję. Chociaż zapewne nie wyglądam, sądzę, że jestem już dość silna i mądra, by stawić czoła czekającym mnie przeszkodom.
Przyrzekam być dobrym dzieckiem. Nie będziesz musiała się za mnie wstydzić ani żałować, że zaopiekowałaś się mną.
Kocham Cię.Kiwnęłam głową. Nie wspięłam się może na wyżyny swych możliwości, a całość brzmiała zbyt sentymentalnie nawet jak na mnie, ale zawarłam wszystko, co uznałam za konieczne. Schowałam list do szkatułki, z której wybrałam jedną gwiazdę. Nie wyróżniała się specjalnie na tle reszty, ozdabiał ją chaotyczny wzór starych notatek i niezgrabnych rysunków, podobnie jak pozostałe, była też takiej samej wielkości, jednak doskonale wiedziałam, nie, czułam, że to ta "właściwa". Ukryłam ją troskliwie w kieszeni bluzy, zabrałam pudełeczko i poszłam zostawić "prezent" w pokoju Toriel.
Porządek panujący w jej sypialni mocno kontrastował ze stworzonym przeze mnie artystycznym bajzlem. Złocisty kwiat, ustawiony na regale z książkami, przywodził mi na myśl Floweya, toteż starałam się nie patrzeć na roślinkę. Położyłam szkatułkę tuż obok dziennika opiekunki, w którym zapisano całe mnóstwo suchych dowcipów, większość z nich była naprawdę zabawna.
No choćby: Czym bawią się małe szkielety w piaskownicy? ŁOPATKAMI. Nie mogłam nie zachichotać.
Skup się. Nie wiadomo, ile zostało do jej powrotu...!
Oderwałam się od pasjonujących zapisków, po cichu opuściłam sypialnię i o mało nie stratowałam wazonu z pałką wodną. Wodna kiełbaska. Ktokolwiek widział w tej roślince podobieństwo do parówki, miał bez wątpienia wyobraźnię większą niż ja, a zapewne też lepszy wzrok.
Nie miałam już żadnych kreatywnych pomysłów, by odwlec nieuniknione, dlatego bez dłuższego ociągania udałam się do holu i zeszłam do podziemnego korytarza, prowadzącego do wyjścia z Ruin.
Dotarcie do celu zajęło mi mniej niż zakładałam, ale przecież teraz nikt nie usiłował mnie powstrzymać przed dotarciem do końca drogi. Minęły trzy, może cztery minuty, nie zdążyłam nawet na dobre pogrążyć się w rozmyślaniach, a już stałam przed masywnymi wrotami.
Rozejrzałam się machinalnie, dopiero po chwili uświadamiając sobie, że szukam prochów Toriel. Syknęłam, rozdrażniona swoją głupotą. Teraz nic złego się nie wydarzyło. Teraz nic złego się nie wydarzy.
Pchnęłam drzwi, za którymi ciągnął się kolejny korytarz, spowity półmrokiem. Wydawał się nie mieć końca. Z sercem walącym ciężko o mostek wkroczyłam na ostatnią czekającą mnie ścieżkę, ponownie przyszło mi pokonywać ją w niemal całkowitej ciszy, jeśli nie liczyć tworzonego przeze mnie hałasu.
Fakt, że teraz jedynym ciężarem, który musiałam dźwigać, był wypakowany po brzegi plecak, dodawał mi otuchy, podobnie jak świadomość, iż nie pokrywa mnie proch.
Zaczęłam się zastanawiać, czy Toriel już wróciła do domu. Jak zareagowała na list. Czy w ogóle go znalazła. Może wołała za mną z progu, prosząc o pomoc z zakupami. W przypływie krótkotrwałej desperacji i żalu chciałam nawet do niej zadzwonić, jednak szybko odepchnęłam od siebie tę niedorzeczną myśl. Jeszcze nie czas na próbę połączenia.
Na końcu korytarza zamajaczyło światło. Dzielące mnie od niego ostatnie metry pokonałam już biegiem, czując rosnącą ekscytację.
Znalazłam się w niewielkim pomieszczeniu, w którym po chwili obserwacji rozpoznałam surową jaskinię, odgrodzoną od reszty świata olbrzymimi wrotami, większymi nawet od tych bronionych przez Toriel. Ziemię porastała trawa, zaś wypełniające jaskinię światło przesączało się przez szczelinę w sklepieniu. W miejscu, gdzie blask był naintensywniejszy, czekał Flowey, spoglądający na mnie z niedowierzaniem. Ponieważ nie wyglądał na chętnego do rozmowy, wyminęłam go i podeszłam do bramy, gotowa opuścić teren Ruin na dobre. Położyłam dłonie na skrzydle.
- Co ty, do cholery, wyprawiasz?! - piskliwy głosik wwiercał się w czaszkę i przyprawiał o ból zębów. Nie odwróciłam się.
- Wychodzę - wzruszyłam ramionami, lekko napierając na bramę. Ta ani drgnęła.
- Przecież widzę, ale co to ma znaczyć?!
- Przysięgam, że w tym nie zawarłam żadnej metafory - tym razem zaatakowałam furtkę całą siłą, czym spowodowałam uchylenie się skrzydła o kilka centymetrów, mięśnie już dopominały się o odpoczynek. Westchnęłam ciężko. Wtedy chyba nie było to takie trudne. Nie mogłam się poddać, dlatego oparta bokiem o bramę, nadal pchałam.
- Wiesz, że nie o to mi chodzi! - zniecierpliwiona posłałam roślinie spojrzenie spode łba. - To nie tak miało wyglądać! Miałaś walczyć z tą starą idiotką!
- Nie nazywaj jej tak - w kilku krokach stanęłam przed Flowey'em. - Mama nie jest idiotką.
- Oooh, czyli teraz TAK o niej mówisz? Mimo że przedtem własnoręcznie...
- To bez znaczenia! - wycelowałam w niego palcem, patrząc zimno. - Cokolwiek zdarzyło się tam, tam pozostaje. A teraz pozwolisz, że zajmę się swoimi sprawami.
- Ale... to wbrew regułom! - pisk kwiatka przypominał mi podduszaną gumową psią zabawkę. - Tak nie można! Oszukujesz!
Zachichotałam, szczerze rozbawiona irytacją Flowey'a.
- Jestem nastolatką, a nastolatki buntują się przeciw regułom, nakazom, no i nie mają problemu ze stosowaniem oszustw - odparłam, uśmiechając się, po czym natarłam na drzwi. Impet spowodował, że te, zawodząc skrzypliwie, w końcu otworzyły się na tyle szeroko, bym mogła wyślizgnąć się na zewnątrz. Pomachałam zszokowanemu kwiatowi na pożegnanie, wyskoczyłam na zewnątrz i zamknęłam za sobą przejście.
Przywitał mnie śnieg. Wiele śniegu, otulającego ziemię i drzewa puchową kołdrą, skrzypiącego pod butami, gdy niepewnie brnęłam naprzód. Ciągnącą się przede mną ścieżkę otaczały z obu stron potężne drzewa, bez wątpienia wiekowe. Wyglądały niczym...
Wartownicy, stojący na baczność. Pilnujący, by żaden człowiek nie prześlizgnął się...
Co za niedorzeczne porównanie. Westchnęłam, wypuszczone z ust powietrze przybrało postać delikatnego obłoczka, który rozwiał się chwilę później.
Zimno bez trudu przenikało przez cienki materiał bluzy, którą nosiłam. Niestety, gdy Toriel pomagała mi wypełnić szafę, nie zakładała, iż spróbuję opuścić Ruiny, zatem nie posiadałam żadnej kurtki ani grubszego swetra. Drżałam, kiedy kolejne salwy wiatru przetaczały się obok, szarpiąc mnie za ubrania i włosy. Z tymi ostatnimi miałam szczególne utrapienie; długie do łopatek ciemne pasma z łatwością przysłaniały oczy i usta, utrudniając mi tym samym posuwanie się naprzód, poza tym sprawiały, że wyglądałam na obłąkaną. Sięgnęłam do kieszeni, licząc na łut szczęścia, które faktycznie mi dopisało - znalazłam frotkę; zebrałam włosy w byle jaką kitkę z boku głowy, osłoniłam się kapturem i bez większych już przeszkód szłam dalej.
Chrzęst śniegu pod stopami, jego skrzenie się - to wszystko wydawało mi się bardzo nierealne. Na powierzchni dawno nie było normalnej zimy. I chociaż nienawidziłam zimna z całego serca, tak przepadałam za śniegiem, za jego prostym urokiem, za obietnicą zabawy, jaką sobą zwiastował.
Mimo, że wydawało mi się, iż lada moment odmrożę sobie ręce, zanurzyłam dłoń w puchu i nabrałam jego pełną garść. Czułam, jak topnieje, spływa między palcami, odbierając im resztę ciepła. Wytarłam dłoń o szalik.
TRZASK
Odgłos pękającej gałązki sprawił, że momentalnie wszystkie mięśnie napięły się, zaś adrenalina wezbrała w żyłach. Powstrzymałam chęć obejrzenia się za siebie, zamiast tego przyspieszyłam kroku.
Nieistotne, że ktoś za mną idzie. To bez znaczenia. Po prostu nie mogę się zatrzymać.
Nie wiedziałam, kogo powinnam się spodziewać. Równie dobrze dźwięk, który przyprawił mnie o połowiczny zawał, nie musiał być oznaką, że ktoś mnie śledzi. Zapewne usłyszałam silne echo czegoś odległego.
Kogo usiłowałam oszukać? Serce uderzało niczym młot kowalny, czułam jego puls w gardle. Zdawałam sobie sprawę, że ta głupia gałąź pękła pod stopami potwora podążającego konkretnie za mną. Nie wiedziałam tylko, czy był to ten sam, co za pierwszym razem. Szczerze mówiąc, nie zależało mi na przekonaniu się, chciałam bezkolizyjnie dotrzeć do Snowdin, by tam przemyśleć, co dalej.
Dotarłam do drewnianej kładki, przerzuconej nad niewielką rozpadliną. W poprzek ustawiono grube belki, imitujące okratowanie. Zatrzymałam się. Bale ustawiono nieumiejętnie szeroko, mogłam bez przeszkód przejść między nimi; potrzebowałam tylko nieco się zgarbić, by nie zawadzić głową o deskę, podtrzymującą całą konstrukcję "krat".
Chociaż nie poruszałam się, śnieg nadal skrzypiał.
Pewna, że nie mam omamów słuchowych, wbiegłam na most, a zapomniawszy o skuleniu się, uderzyłam czołem o krawędź bramy. Przed oczami pociemniało, zaczęłam chwiać się, jednak nie powstrzymało mnie to przed doskoczeniem na drugi skraj przepaści. Nogi ugięły się pode mną i upadłam w śnieg.
Kość czołowa pulsowała boleśnie. Nabrałam nieco białej masy, którą wtarłam w skórę; to przyniosło mi odrobinę ulgi.
- C z ł o w i e k u.
Zadrżałam. Śledąca mnie wcześniej postać jakimś cudem stała teraz przede mną, widziałam czubki jej butów. Głos, jakim do mnie przemówiła, budził we mnie stary lęk, jednak, co najdziwniejsze, nie potrafiłam rozpoznać, do kogo należał. Wiedziałam jedynie, że powinnam się "nieznajomego" bać.
Poczekaj, to naprawdę konieczne...?
*Tak.
- Nie wiesz, jak należy się przywitać z nowym kumplem?
Zaprzeczyłam ruchem głowy, łapiąc mnóstwo śniegu. Nim uświadomiłam sobie, do czego zmierzam, cisnęłam puchem w twarz obcego. Większość lodu nie dotarła do celu, tylko ten nadtopiony przez ciepło rąk uderzył w białą kość, wydając przy tym odgłos plaśnięcia. Zasłoniłam usta dłońmi, tłumiąc pisk pełen przerażenia.
Kościste palce nonszalancko starły z głowy śnieżną masę, która spadła prosto na różowe kapcie; po krótkiej chwili z lodu pozostały wyłącznie mokre plamy. Usłyszałam śmiech, o dziwo brzmiał on, jakby moje zachowanie naprawdę rozbawiło śmiejącego się.
- Ok, to naprawdę chłodne powitanie, co? Zawsze reagujesz tak ozięble?
Kompletnie zbaraniałam. Uniosłam wbity dotychczas w ziemię wzrok. Wpatrywał się we mnie niewysoki szkielet, ubrany w niebieską kurtkę i czarne sportowe spodenki, odsłaniające kości nóg. Czaszkę przecinał szeroki uśmiech, natomiast w oczodołach lśniły niewielkie jasne punkty, które łagodziły nieco straszny wizerunek.
- Skradanie się za kimś nie należy do najsympatyczniejszych działań, wiesz...? - podniosłam się z ziemi, otrzepując kolana ze śniegu. - To raczej przerażające.
- A. Dobra. Rozumiem, moja wina. Sorki - kościotrup podniósł ręce w geście poddania się. - Dobra, koniec żartów. Co powiesz na cywilizowany sposób powitania?
Wyciągnął w moim kierunku dłoń, którą natychmiast uścisnęłam.
W tej samej chwili rozległ się dość głośny dźwięk pierdnięcia, rozniósł się echem po najbliższej okolicy.
- Heh. Stary numer z poduszką pierdziuszką w ręce. Zawsze dzia... Uhh... Wszystko gra?
- To jest, uhh... Twoja kolej, by się śmiać? Albo przynajmniej cokolwiek pokazać...? - wymamrotał coś do siebie tak cicho, że nie usłyszałam. Posłałam mu spojrzenie niemal pogardliwe.
Kilkanaście minut temu zabiłam jedynego przyjaznego mi potwora, upiorne kwiecie proponuje mi zniszczenie tego świata, i nagle ty pojawiasz się w okolicy, jak gdyby nigdy nic strojąc sobie ze mnie żarty? I jeszcze oczekujesz ode mnie rozbawienia? Co z tobą jest, do cholery, nie tak?!
- Ja... cóż. Niemal nic mnie nie rozśmiesza - wycedziłam, starając się udawać po prostu znudzoną. - Taki typ.

Podejrzewałam, że to moja mina zdezorientowała szkielet. Zwykle gdy nie wiem, jak się zachować, wyglądam nieco... dziwnie i strasznie. Wolną dłonią zasłoniłam większość twarzy, a kilka sekund później śmiałam się niczym wariatka, ledwo mogłam oddychać.
- T-t-to r-również nie-nie na-a-ależy do cywil... cyliw... cywilizowanego przywitania się-ę... - wymamrotałam, zgiąwszy się wpół. Atak radości wkrótce minął, co przywitałam z olbrzymią ulgą. Otarłam łzy, wyduszone przez szalony śmiech. - Ale... Ale przyznam, że to dobry numer.
- Wiem o tym, heh. Fajnie, że ktoś w końcu docenił żart. Tak swoją drogą, jestem Sans. Sans szkielet.
- Karune, człowiek.
- Kiepsko.
- Czemu?
- Bo widzisz...
- Niekoniecznie - zachichotałam, wskazując na okulary. Szkielet także się zaśmiał.
- Nieźle. Wracając, kiepsko, bo powinienem rozglądać się tu za ludźmi i próbować ich złapać.
- Nie wyglądasz na chętnego, by to robić.
- Aż tak łatwo mnie przejrzeć? - Sans pokręcił głową, wciąż wyszczerzony.
Ciekawe, że ciągle się uśmiecha. Nawet gdy...- No dobra, masz mnie. Jestem kompletnie niezainteresowany łapaniem kogokolwiek. Za to... Mój brat, Papyrus... Cóż. To fanatyk chwytania ludzi.
*Ależ oczywiście.
Zadrżałam nieznacznie, co nie uszło jego uwadze.
- Hej, może się nieco ruszmy, bo wyglądasz, jakbyś zamarzała na kość.
- Może trochę...
Doszliśmy do bardziej otwartego terenu, tu drzewa nie obrastały drogi tak gęsto. Spojrzałam na budkę wartowniczą oraz na samotną lampę o niekonwencjonalnym kształcie, stojącą tuż przy ścieżce.
- Fajny nabytek. Chodzi? - wskazałam na nietypowy przedmiot.
- Nie, ale to nawet lepiej. Nie chciałoby mi się jej łapać i prowadzić tu z powrotem.
Ponownie parsknęłam śmiechem. Moje poczucie humoru nie należało do górnolotnych, zatem nawet żarty osiągające poziom Rowu Mariańskiego potrafiły mnie rozbawić, zresztą osobiście uważałam je za jedne z lepszych, tuż obok czarnego humoru.
- No jasne... - chciałam dodać coś jeszcze, jednak usłyszałam energiczne kroki zbliżającego się do nas potwora.
- O. Mój brat, coś mi się zdawało, że jest w pobliżu - posłałam Sansowi wyjątkowo przykre spojrzenie. Nie mógł mnie ostrzec minutę wcześniej?
*Sama powinnaś o tym pamiętać. To przecież już się zdarzyło, czyż nie?
Myślałam... Że to... Uh, nieważne. Akurat O TYM zapomniałam - nie kłamałam. Tak bardzo uwierzyłam, że zaczynam wszystko od nowa, z czystym sumieniem, że faktycznie udało mi się ukryć przed sobą większość wspomnień. Poza tym - nie mogłam mieć pewności, że moje doświadczenie w starciu z rzeczywistością po restarcie okaże się bezużyteczne, bo będę zmuszona zmierzyć się z czymś zupełnie innym. Cokolwiek planowałam, zawsze kończyło się fiaskiem, dlatego w pewnym momencie odechciało mi się zakładać cokolwiek z góry.
Tymczasem Sans wzruszył ramionami w odpowiedzi na moje nieme wyrzuty.
- No co, znalezienie kogoś, kto umie dostrzec kunszt dowcipu, chyba mnie zaślepiło - był stanowczo zbyt dobry w tej kwestii, znowu chichotałam. - Masz jeszcze kilka sekund, schowaj się za lampą.
- Jestem na nią za duża, zobaczy mnie...! - skrzypienie śniegu było coraz głośniejsze; w nagłym przypływie panicznego geniuszu popędziłam do stanowiska strażnika, za którym to mogłam spokojnie się ukryć. Ukucnęłam, dłonie oparłam o domontowane w budce półki, gdzie ustawiono butelki ketchupu, musztardy i inne takie. Ponieważ nie umiałam utrzymać ciekawości na wodzy, uniosłam się odrobinę ponad blat, by niczego nie przeoczyć.
- SANS! - zza iglaków wyłonił się wysoki, dość paradnie ubrany szkielet - może "paradnie" to nie najlepsze określenie, jednak widok krótkiej czerwonej peleryny, powiewającej, gdy potwór maszerował, przysłaniał mi wszystko inne; przez tę pelerynę strój kojarzył mi się z dzieciakiem udającym superbohatera, ale też wydawał się bardzo do niego pasować.
*I oto na scenę wkroczyło dziecko pragnące zostać herosem.
Nie potrzebuję twoich komentarzy.- Co tam, brachu? - Sans pozdrowił brata machnięciem ręki.
- TY JUŻ WIESZ, "CO TAM", BRACIE! MIJA ÓSMY DZIEŃ, A TY WCIĄŻ. NIE. SKALIBROWAŁEŚ. PUZZLI!!! KRĘCISZ SIĘ TYLKO WOKÓŁ SWOJEJ STACJI. CO TY W SUMIE ROBISZ?!
- Patrzę na lampę, na budę... Wyglądają serio spoko. Może też popatrzysz?
- NIE! NIE MAM NA TO CZASU! - Papyrus zaczął tupać nogą, przez co jeszcze bardziej upodobnił się w moich oczach do zirytowanego dziecka.
Ile w sumie ma lat?
- CO, JEŚLI CZŁOWIEK BĘDZIE TĘDY SZEDŁ?
Tego akurat się nie doczekasz, miałabym zamarznąć, a stąd nie wyjdę.
-
CHCĘ BYĆ GOTÓW! BĘDĘ TYM...! MUSZĘ BYĆ TYM... KTÓRY SCHWYTA CZŁOWIEKA!
Już to widzę...
Otarłam zmarznięty nos, nadal obserwując rozmowę braci. Papyrus ustawił się w dumnej pozie, jego wierna peleryna powiewała dramatycznie.
- WTEDY TO JA, WSPANIAŁY PAPYRUS, ZDOBĘDĘ WSZYSTKO, NA CO ZASŁUGUJĘ! SZACUNEK! UZNANIE! W KOŃCU BĘDĘ MÓGŁ DOŁĄCZYĆ DO KRÓLEWSKIEJ STRAŻY! WSZYSCY ZACZNĄ PYTAĆ O ZOSTANIE MYMI... "PRZYJACIÓŁMI"? KAŻDEGO RANKA BĘDĘ KĄPAĆ SIĘ W BUZIAKACH!
Zagryzłam zęby na dłoni, by nie wybuchnąć śmiechem. Cała ta pompatyczna przemowa, poza, peleryna, wszystko tworzyło obraz tak niepowtarzalny, że mogłam jedynie zareagować na niego serdeczną radością.
*Nie zapomnij, że to TY jesteś jego celem.
*Nie zapomnij, że zrobi WSZYSTKO, by spełnić swoje marzenia.
*Zrobi to TWOIM kosztem.
Przycisnęłam dłoń do czoła. Taka była prawda. Nie powinnam spodziewać się, że ta kwestia ulegnie zmianie.
Czy to znaczy, że muszę...?
*Zapewne.
Westchnęłam smutno. Liczyłam, że obejdzie się bez drastycznych kroków.
- Hmm - Sans postanowił się wtrącić. - Może lampa ci w tym pomoże? Albo coś z mojej stacji?
Byłam o krok od wrzasku. Czy on upadł na głowę?! Już zaczynałam wierzyć, że i on jest mi przychylny.
*Tyle z ufania szkielebraciom, co?
Szczęśliwie Papyrus znowu potrzebował wyrazić swą frustrację poprzez rytmiczne tupanie.
- SANS! WCALE NIE POMAGASZ, TY LENIWA KUPO KOŚCI! Z DNIA NA DZIEŃ ROBISZ SIĘ CORAZ BARDZIEJ LENIWY, JEDYNIE SIEDZISZ I ZBIJASZ BĄKI!
- Hej, wyluzuj. Wykonałem dziś TONĘ roboty. Heh. Szkiele-tonę.
- SANS!!! - bratu bez dwóch zdań nie odpowiadało zbywanie wszystkiego żartami.
- Daj spokój. Uśmiechasz się.
- WIEM, I NIENAWIDZĘ TEGO! EH. CZEMU KTOŚ TAK WSPANIAŁY JAK JA... MUSI ROBIĆ TAK WIELE, BY ZASŁUŻYĆ NA UZNANIE?
- Wow. Brzmi to jakbyś serio przepracowywał się do szpiku kości.
- UGH! - im bardziej zirytowany był Papyrus, tym bardziej ja dusiłam się z hamowanego śmiechu. W pewnej chwili straciłam nawet równowagę i upadłam plecami prosto w śnieg. Jego temperatura natychmiast ostudziła moją wesołość, opanowana podniosłam się szybko z powrotem do kucek. - ZAJMĘ SIĘ TERAZ SWOIMI ZAGADKAMI. A CO DO TWOJEJ PRACY... WŁÓŻ W NIĄ WIĘCEJ KOŚCI. NYEH HEH HEH HEH!
Czyli również Papyrus umiał zażartować, jednak jego mina sugerowała, iż wstydził się tej chwili słabości. Obrócił się na pięcie i odszedł kilka metrów, by jeszcze zawrócić, parsknąć krótko "Heh!" i oddalić się na dobre.
- Poszedł?
- Taa. Możesz wyjść.
Przyjęłam to z ulgą. Stawy zatrzeszczały, gdy, oparta o blat, podniosłam się i przeciągnęłam. Plecy miałam kompletnie przemoczone, podobnie jak kolana. Narzuciłam na ramiona plecak z dobytkiem i spojrzałam na Sansa. Ten puścił mi oczko.
- Radziłbym ci zmykać. Może wrócić, a wtedy musiałabyś znieść więcej moich prześmiesznych żartów.
Uśmiechnęłam się.
- Nie widzę w tym większego problemu.
- Heh.
Wyszłam zza budki i byłam gotowa oddalić się w swoją stronę, ale szkielet powstrzymał mnie gestem.
- Hej, tak swoją drogą, myślałem... Ostatnio mój brat był w kiepskim nastroju. Nigdy wcześniej nie widział człowieka, a spotkanie z tobą mogłoby go pewnie podnieść na duchu.
Otworzyłam usta, jednak nic sensownego nie przychodziło mi do głowy. Mogłam jedynie zapytać:
- To... To kolejny żart? Tak?
- W zasadzie nie. Spokojnie, on nie jest... groźny, nawet jeśli próbuje.
- Mogłabyś... udawać dla niego człowieka?Uciekłam wzrokiem w bok, nadal nie wierząc, że naprawdę mnie o to prosił. Przecież...
Jestem człowiekiem.
"Mój brat to fanatyk chwytania ludzi."
Chce zostać strażnikiem. Zdradzi mnie, by spełnić swoje marzenie, prawda?
...
A jeśli się mylę?
Pierwszy raz dopuściłam do siebie myśl, że mogłam coś błędnie ocenić. Przedtem możliwość ta wydawała mi się niezwykle absurdalna, zatem spokojnie ukrywałam przed sobą jej istnienie. Jednak teraz... Już sama rozmowa braci była inna niż pamiętałam. Mogłam dłużej przyglądać się Papyrusowi, który wydawał się naprawdę poczciwą istotą.
W głębi serca poczułam silny wstyd.
Jestem naprawdę ślepa.
Zresztą...
Sans przyglądał mi się oczekująco.
Należy mu się za to, co zrobiłam.
- Zgoda. Chociaż nadal nie uważam, że to dobry pomysł - rozdrażniła mnie bojaźliwa nuta w moim głosie. Smakowała kurzem. Smakowała staro.
- Serdeczne dzięki. Będę w pobliżu  - po tych słowach ruszył przed siebie, zostawiając mnie na pastwę zimna. Westchnęłam.