sobota, 30 kwietnia 2016

II

Przysięgam, chciałam być posłuszną dziewczynką i spokojnie oczekiwać powrotu Toriel lub chociaż telefonicznego przyzwolenia na opuszczenie komnaty. Siedziałam grzecznie pod filarem, pogrążona w stanie podobnym do półsnu, co jakiś czas rozchylałam jedną powiekę, sprawdzając, czy wciąż jestem sama. Początkowo nie spieszyło mi się do samodzielnego wędrowania przez Ruiny, pozostanie na swoim miejscu gwarantowało mi bezpieczeństwo i brak interakcji z tutejszą fauną.
Jednak kolejne minuty mijały, komórka milczała, w progu nie pojawiała się znajoma biała postać, a mój mózg zaczął analizować wszystko, co do tej pory przeżyłam. Bez zajęcia, uwięziona między nieznośnymi wspomnieniami a przerażającą ciszą, znalazłam się na granicy małego ataku szału; gwałtownie podniosłam się i spróbowałam poszukać sekretów osłoniętych przez wszechobecny bluszcz. Ruszyłam ku początkowi korytarza.
*Idziesz w złym kierunku.
Wzruszyłam ramionami, zajęta rozgarnianiem patykiem długich pnączy.
I co z tego?
*Nie robisz postępów.
I co z tego?Liany nie skrywały żadnej tajemnicy, jedynie ozdabiały ściany i przypominały, jak wiekowe jest to miejsce. Westchnęłam. Niedobrze, niedobrze. Za chwilę miałam powrócić do punktu wyjścia, znowu nie mając nic do roboty. Nagle przypomniałam sobie, mój stary telefon! Czas oczekiwania mogłam zapełnić muzyką...
Gdyby nie fakt, iż urządzenie nawet nie udawało, że jest skore do współpracy. Nieważne, jak długo przytrzymywałam przycisk uruchamiający, ekran pozostawał ciemny; w świetle nieznanego mi pochodzenia pęknięcia szkła były jeszcze bardziej widoczne. Dopiero po dłuższej chwili intensywnego rozmyślania uświadomiłam sobie, gdzie tkwił problem - nim dotarłam na szczyt góry, wyładowała się bateria. Zatem nie dość, że matryca była uszkodzona, to właściwie cały telefon był teraz niczym więcej jak bezużytecznym kawałkiem złomu.
Westchnęłam ciężko, wsuwając martwe urządzenie z powrotem do kieszeni. Nadal potrzebowałam zagłuszenia ciszy, dlatego zaczęłam cicho nucić jakąś melodię, której nie potrafiłam z niczym skojarzyć.
Popatrzyłam nieco tęsknie w kierunku wyjścia. To głupie, że siedziałam tu cały czas - zwłaszcza iż nie trzymało mnie tu uszanowanie prośby Toriel, a zwykły lęk przed powtórzeniem błędów. W porządku, wcześniej podjęłam całe mnóstwo decyzji co najmniej niewłaściwych, lecz teraz wiedziałam, że mogę wybrać dobrze. Mogłam nie naśladować przeszłej siebie.
Pomyślałam o wyrytych na tabliczce zawieszonej u początku Ruin tabliczce.
Tylko nieulękli mogą iść naprzód.
Wzięłam głęboki oddech. Po ekspresowym bilansie ewentualnych strat i zysków, postępując niczym modelowa nastolatka, zdeptałam wolę opiekunki i opuściłam wyznaczone miejsce.
I oczywiście akurat wtedy telefon zadzwonił. Nie chcąc niepotrzebnie martwić opiekunki, mimo lekkich obaw, odebrałam.
- Ah, Karune, nie opuściłaś pomieszczenia, prawda...? - łagodny głos Toriel wzbudził we mnie wyrzuty sumienia, jednak wiedziałam, iż nie wolno mi przyznać się do samowolnego wyjścia.
- Nie, oczywiście, że nie - jakie to szczęście, że okres dorastania uczył człowieka, jak należy naginać prawdę. Ze smutnym zadowoleniem stwierdziłam, iż głos nawet mi nie zadrżał. - Czekam sobie pod filarem...
- Ah, to bardzo dobrze. Widzisz, na drodze czekałoby na ciebie kilka zagadek, które musiałabym ci wytłumaczyć. Próba rozwiązania ich na własną rękę byłaby niebezpieczna.
Na pewno nie niebezpieczniejsza niż stawienie czoła mieszkańcom Ruin - rzecz jasna tego nie powiedziałam na głos. 
- Rozumiem.
- To dobrze. Proszę, bądź grzeczna - Toriel rozłączyła się, zostawiając mnie z przemożnym poczuciem winy. Znowu zapragnęłam zawrócić i czekać zgodnie z pierwotnym założeniem.
Nie! Byłam niezależna, nie mogłam kurczowo trzymać się sukni Toriel, tej dosłownej oraz metaforycznej. Musiałam iść naprzód, musiałam przezwyciężyć swe lęki, stawić czoła ciemności przyczajonej w duszy i...
Zamiast tego wrzasnęłam głośno, przerażona cichym kumkaniem stróżującego w pomieszczeniu Froggita.
I tyle w kwestii przezwyciężania lęków.
Tymczasem żabopodobne stworzenie spojrzało na mnie uważnie obiema parami oczu i wydało z siebie ostrożny rechot.
- Ribbit, ribbit. (Przepraszam, człowieku.)
Zbaraniałam. Czyżby mury Ruin trawił jakiś grzyb, wydzielający halucynogenne wyziewy? Na ścianach nie dostrzegłam do tej pory nalotów pleśni...
- Ribbit. (Człowieku?)
- E-erm... J-ja...? - jęknęłam, wbijając palec wskazujący w swój mostek. Froggit posłał mi spojrzenie pełne litości i pożałowania, co tylko wzmogło moją chęć skurczenia się i... Hmm, zapadnięcia pod płaszcz ziemski? Albo chociaż pod podłogę.
- Ribbit. (Nie, stojąca za tobą istota, dziwnie podobna do ciebie. Oczywiście, że ty. Tu nie ma innych ludzi.)
Z trudem powstrzymałam się od spojrzenia za ramię, ale podejrzewałam, iż spostrzegłabym jedynie Floweya, kontrolującego moje poczynania.
- Ribbit, ribbit. (W każdym razie, człowieku, chciałem dać ci radę. Jeśli w trakcie walki ZADZIAŁASZ w określony sposób lub zaprzestaniesz WALKI w chwili, gdy przeciwnik jest na skraju wycieńczenia... Wtedy potwory mogą stracić ochotę na dalszą walkę.)
Wyłamałam niespokojnie palce. Do czego ten Froggit zmierzał...?
- Ribbit. (Jeśli dojdzie do sytuacji, że oponent nie chce już walczyć, proszę, OSZCZĘDŹ go. To tyle.)
- U-uhm... W porządku... - szybko oddaliłam się od żabostworka i zanurkowałam do niewielkiej komnaty, na obecność której za pierwszym razem nie zwróciłam uwagi. Na środku salki, między dwoma kanałami, znalazłam tackę z cukierkami, towarzyszyła jej karteczka.
"Weź jednego."
Zawahałam się. A jeśli to jakaś forma pułapki? Od razu zrugałam się za tak niedorzeczne myśli. To było "królestwo" Toriel. Zapewne ona zostawiła tu cukierki, zatem nie miałam powodu, by się bać. Szybkim ruchem porwałam łakoć i wróciłam na korytarz.
Przyglądałam się licznym stosom czerwonych liści, poruszane przez przeciąg szeleściły zapraszająco. Nie zastanawiając się długo, wskoczyłam w jedną z usypanych kup, chichocząc radośnie. Czułam się pełna energii, piszczałam i wyrzucałam liście w górę. Ostatni raz chyba bawiłam się w ten sposób przed dekadą. Zapomniałam, jak przyjemne to może być.
Moje popiskiwania i krzyki musiały zaniepokoić jakiegoś potwora, bowiem dusza została z ciała wyszarpana wprost do Stanu Gotowości. Przyjrzałam się przeciwnikowi, w którego zapłakanej postaci rozpoznałam Whimsuna. Posłałam mu ostrożny uśmiech.
- Oboje wiemy, że nie chcesz walczyć - rozłożyłam ręce w bezradnym geście. - Przepraszam, że cię wystraszyłam. A teraz proszę, rozejdźmy się.
Duszkoowad wyglądał, jakby chciał się rozpłakać, ale nie protestował, gdy wybrałam OSZCZĘDŹ. Wrócił do swoich zajęć, zaś ja wygramoliłam się z liściastej sterty i ruszyłam dalej. Po drodze wepchnęłam do ust znalezioną landrynkę. Była całkiem smaczna, aczkolwiek nie przypominała smakiem niczego, co znałam.
Pokonywałam kolejne metry, pogrążona w umysłowej próżni. O niestabilnej podłodze w korytarzu przypomniałam sobie dopiero w chwili, gdy ta bez ostrzeżenia zarwała się pode mną, a sama spadłam w liściastą kupę. Przeleżałam w oszołomieniu kilka sekund, podczas których najprzytomniejszą myślą było stwierdzenie braku uszkodzeń ciała. I tak nie był to najgorszy z upadków, jaki przeżyłam, a tu przynajmniej miękko wylądowałam. 
Dźwignęłam obolałe jestestwo. Wybranie odpowiednich drzwi zajęło mi dłuższą chwilę, ale uznałam, że powinnam iść naprzód, a bliżej przodu były drzwi po prawej. 
*Naprawdę musiałaś się nad tym zastanawiać?
Za przejściem czekały na mnie schody, dzięki którym znalazłam się z powrotem na górze. Zaciekawiłam się, czy dałabym radę przeskoczyć niestabilny kawałek posadzki. Nie zależało mi na sprawdzeniu tego, zatem wzruszyłam ramionami i już miałam oddalić się, gdy zaczepił mnie kolejny Whimsun. Ten akurat zdawał się jeszcze bardziej niechętny jakimkolwiek działaniom, a zapewne wciągnął mnie do walki z poczucia obowiązku niż realnej potrzeby przejęcia duszy.
- Słuchaj... - ledwo otworzyłam usta, a stworzenie wybuchło płaczem i uciekło. Stałam nieporuszona w miejscu, starając się pojąć, czego byłam świadkiem. Miałam tylko nadzieję, iż histeryczne zachowanie Whimsuna wynikało wyłącznie z jego osobowości...
*Dla niego jesteś wyłącznie człowiekiem. Chryste, o niczym nie ma pojęcia.
Mimo zapewnień nie poczułam się pewniej. Zamiast tego zainteresowałam się dwiema monetami, zgubionymi przez uciekającego potworka. Schowałam je do kieszeni.
To chyba nie jest "niewłaściwe"?
*Znalezione, niekradzione.
Zajrzałam do czekającej na mnie komnaty. Kamień, kolce, przycisk... Skojarzenie ze sobą tych elementów nie wymagało geniuszu. Jedynie ten kamień nieco mnie martwił, co tu dużo mówić - byłam żałośnie słaba. Wkroczyłam, rozglądając się bojaźliwie za kolejnym oponentem. Dzwonek telefonu niemal doprowadził mnie do zawału.
- Ha-a-alo...? - wyjąkałam, przyciskając patyk do piersi.
- Tu Toriel. 
A już myślałam, że operator.
- Powiedz, tak bez zupełnie żadnego powodu... Co wolisz? Cynamon czy kaj-... Nie, czekaj, sama zgadnę. Cynamon, prawda?
Oblał mnie zimny pot, a mózg bezwiednie przywołał wspomnienie pierwszego pytania o gusta. Wtedy odparłam, że wolę cynamon. Ona to... zapamiętała? Nie liczyłam się z możliwością zachowania przez Toriel w pamięci czegoś tak trywialnego. To również mogło znaczyć...
- ...Halo...?
- A-ah, tak, to cynamon! - roześmiałam się nerwowo; musiałam oprzeć się o ścianę, bowiem nogi zmieniły się w rozdygotaną, niestabilną masę, niezdolną do utrzymania mnie w pionie. Chociaż znałam cel połączenia, i tak zapytałam: - A-a czemu... czemu pytasz...?
- Oh, no, tak bez powodu! Zupełnie, naprawdę.
*I tak wszyscy wiedzą.
Zamknij się.
- W każdym razie... - koza zachichotała. - Miałam przeczucie... Wiesz, to może nieco dziwne, ale często, gdy spadali tu ludzie... Odnosiłam wrażenie, że już ich znam. A gdy pojawiłaś się ty... To było jak spotkanie po latach starego przyjaciela. Dziwne, nieprawdaż...?
- N-nie, wbrew pozorom t-to... nie takie całkiem dziwne...
Oszlagoszlagoszlag...
Chwaliłam bóstwa wszelkiej maści, że ta rozmowa odbywała się za pośrednictwem telefonu, opiekunka nie widziała mojej miny będącej brzydką fuzją emocji, które właśnie mnie rozszarpywały.
- Dziękuję ci za odpowiedź.
Telefon umilkł, by po chwili znowu rozbrzmieć.
- Ale to nie jest tak, że nie lubisz kajmaku, prawda? Znaczy, nie będziesz kręcić nosem, jeśli znajdzie się na twoim talerzu? - niepokój opiekunki w tej kwestii wydawał mi się całkiem uroczy, jednak powstrzymałam chichot, nie chciałam jej w końcu urazić.
- Kajmak nie jest dla mnie problemem. Jestem, cóż, wszystkożerna.
- Oh, to bardzo dobrze. Tak swoją drogą, dziękuję ci za cierpliwość - Toriel rozłączyła się, zaś ja postanowiłam oczyścić przejście z kolców. Przepchnięcie kamienia na właściwe miejsce niemal zupełnie pozbawiło mnie sił, byłam przekonana, że to diabelstwo nie jest aż tak ciężkie.
W zasadzie wciągnięcia w następne starcie spodziewałam się, co pozwoliło mi oszczędzić sobie szoku. Z niejakim znudzeniem przyglądałam się Froggitowi, który stał naprzeciw.
*DZIAŁAJ.
Najpozytywniejszą opcją było skomplementowanie stworzenia, tego się też podjęłam; Froggit zarumienił się...
*Przecież nawet nie wie, co powiedziałaś...!
 ...A w następnej chwili na mnie skoczył, odbił się od klatki piersiowej i wrócił na swoje miejsce.
Jego ciężar usadził mnie na ziemi i oszołomił, dolny odcinek kręgosłupa bólem wyraził sprzeciw. W rozdrażnieniu, ale i przestrachu zamachnęłam się patykiem.
- C-co to miało znaczyć?! - zaskrzeczałam, podnosząc się z podłogi, patyk nadal trzymałam w górze, gotowa do użycia go. - Przecież byłam miła...!
Drżałam, zdezorientowana. Umysł wykorzystał moment słabości i podetknął mi pod nos jedno z tych wspomnień, które pragnęłam zatrzasnąć na dnie świadomości...
Patrzyłam na żabopodobną kreaturkę. Byłam od niego znacznie większa, trzymałam "broń" i miałam zauważalną przewagę. Serce łomotało ciężko w piersi.
W t y m ś w i e c i e . . .
Nikt nie mógł mi tu dobrze życzyć. Stwór chciał walczyć ze mną w konkretnym celu. Cel ten drżał bojaźliwie nad moim lewym ramieniem.
Z a b i j . . .
Uderzyłam go szybko w głowę. To wystarczyło, by przeistoczył się w kupę popiołu.
- Żałosne - wymamrotałam, dołączając do czekającej przy kolczastej trasie Toriel. 
L u b z o s t a ń z a b i t y.
*Żałosne. Zapomniałaś, gdzie jesteś? TO PODZIEMIA, POTWORY CHCĄ SIĘ STĄD WYDOSTAĆ, ZAŚ TWOJA DUSZA TO ICH NADZIEJA. Zdaje ci się, że byle przyjacielska reakcja cię ochroni?
*N I E!
Wzdrygnęłam się, nakazując sobie zachowanie spokoju. Faktycznie, byłam odrobinę zbyt nieostrożna. Mieszkańcy Podziemi nie byli jak Whimsun. Moje życie ciągle znajdowało się w niebezpieczeństwie, mniejszym lub większym...
Z drugiej strony - gdybym znalazła tu przyjaciół, zagrożenie bezsprzecznie stałoby się mniejsze.
Może bycie sympatyczną mnie nie ocali, ale zapewne ułatwi utrzymanie się przy życiu.
Froggit oczekiwał na mój ruch. Dostrzegłszy, że już nie chce walczyć, oszczędziłam go i uciekłam z pomieszczenia, by nie kusić reszty rezydentów.
Jęknęłam, widząc, że znowu muszę przejść po rozlatującej się posadzce. Prócz tego do Stanu wkroczył nagle Moldsmal. Nie pojmowałam jednego, skoro nie zależało mu na pojedynku, to po co mnie zaczepiał?
*On nie ma mózgu, nie oczekuj racjonalnych działań. Ja tak działam wobec ciebie.
Zignorowałam chamski ton i zajęłam się udawaniem roztrzęsionej galarety. Co zabawne, wydawało mi się przez chwilę, iż dzięki dziwnym ruchom jakoś lepiej pojmuję świat. Wyminięcie żelatynowych kropli, pachnących limonką, nie stanowiło większego problemu. Rozstaliśmy się z Moldsmalem w pokoju, zgarnęłam monety, które zostawił i zastanowiłam się nad doborem trasy. Wiedziałam, że piętro niżej liście układały się we wzór przedstawiający... Tu pamięć zawodziła. Co mówiły liście...?
Mijały minuty, a ja tkwiłam w pułapce ułomnych wspomnień. W końcu pewnie wkroczyłam na niestabilną powierzchnię, udało mi się nawet dotrzeć do przeciwległej ściany...
Nie deptać liści.
Podłoga zapadła się pode mną, znowu wylądowałam w liściach. Co za nieśmieszna sytuacja.
Otrzepałam spodnie i upewniłam się, że telefon od Toriel nie został uszkodzony. Przeanalizowałam ułożenie stosików, postarałam się je zapamiętać, w końcu wróciłam na piętro. Bardzo wolno przebrnęłam do wyjścia, gdy poczułam pod stopami stabilny grunt, niewiele brakowało, bym padła na kolana i go wycałowała.
*Opanuj się.
W kolejnym pokoju znowu oczekiwały mnie kamienie. Zawyłam rozpaczliwie, rozważałam nawet rozbicie głowy o jeden z głazów. Całe ciało wołało o odpoczynek, jeszcze nie odchorowałam ataku Froggita, przez który zbiłam nadgarstek, a tu jeszcze...?!
*Ogarnij się.
Dysząc jak dogorywająca bestia, przepchnęłam dwie pierwsze skały na przyciski, jednak kolce uniemożliwiające mi pójście dalej sterczały groźnie. A gdybym spróbowała je po prostu przekroczyć? Z drugiej strony mogło to skończyć się przedziurawieniem stopy - w najlepszym wypadku. Kolce miały funkcję obronną, zatem nie ulegało wątpliwości, iż ich twórca przewidział wszelkie próby szturmu przeszkody.
Wolałam nie ryzykować, dlatego też już miałam zacząć siłować się z ostatnim kamieniem...
- Wooolnego, koleżanko!
Od ilości gwałtownie zassanego powietrza niemal pękły mi płuca. Gapiłam się tępo na skałę, usiłując przypomnieć sobie, czy i ją skrzywdziłam na tyle, by teraz dręczył mnie jej duch.
- Kto powiedział, że możesz od tak przesunąć, hmm? - głaz ciągnął swój wywód, a do umysłu zaczął dobijać się cichy szept racjonalności, przypominający, że ten kamień faktycznie miał przemówić. 
- Jaaaa... Umm... Nie chciałam cię... pfff... przesunąć... siłą czy coś... - dukałam nieskładnie, odginając palce w różnych płaszczyznach. Chyba właśnie dałam się wbić kamiennej masie w zawstydzenie, co zupełnie mi nie odpowiadało. - Ja chciałam... khem... Ładnie o to... poprosić?
- Hmm, poprosić? Skoro tak... No dobrze, dla ciebie mogę to zrobić, słodziutka.
Kamień ze zgrzytem przesunął się kilka centymetrów do przodu. Odchrząknęłam.
- Hmm?
- Czy możesz... jeszcze nieco...? - wykonałam ręką zachęcający gest i uśmiechnęłam się najszerzej jak tylko zdołałam.
- Oh, no dobrze. Czy tak... - tym razem przejechał niemal pół metra w bok. Bezwiednie uderzyłam się dłonią w czoło. 
- Nie. Na przycisk, stań na tym przycisku - przydeptałam rzeczony włącznik, kolce za plecami z kliknięciem skryły się w posadzce.
- A czy nie możesz sama go nacisnąć?
- Nie. Muszę iść dalej, a gdy zejdę z guzika, kolce znowu zagrodzą mi drogę - zademonstrowałam. Skała westchnęła. - Czyli, przesuń się tutaj i, bardzo proszę, nie ruszaj z miejsca.
- Oh, okej, chyba już łapię. Poczekaj... - zgrzyt trącego o podłogę kamienia przyprawiał o ból głowy. Zacisnęłam zęby, starając się zignorować ten okropny dźwięk, tymczasem przeszkoda ponownie wydała z siebie kliknięcie i zniknęła. - Udało mi się pomóc?
- Tak, bardzo dź-... - miałam już przejść, gdy nagle do Stanu wciągnęło mnie stadko Moldsmali. Chciałam krzyczeć, przepełniała mnie frustracja. Czy chwila spokoju to naprawdę zbyt wiele? 
Żeby nie spłoszyć potworków swoją gwałtownością, po prostu usiadłam, trzęsąc się w rytmie narzuconym przez galaretowatych przeciwników. Ich bulgot odebrałam jako aprobatę działań. 
Oczywiście by nie było zbyt odprężająco, musiałam uniknąć żelatynowych fajerwerek oraz olbrzymich kropli, jednak z tym potrafiłam sobie poradzić. Po kilku spędzonych w ten sposób rundach pożegnałam Moldsmale. 
Kamień dostosował się do mojego zalecenia i nawet nie drgnął. Pomachałam mu.
- Dziękuję!
- Proszę, proszę. Widzisz, ile da się załatwić zwykłą prośbą?
Skinęłam głową i spokojnie przemierzyłam korytarz. Nie zainteresował mnie ani ser, tkwiący na stole, ani mysia dziura, z której dobiegały ciche piski. Nie zamierzałam zaczepiać lokatora norki.
Wtoczyłam się niemal do środka kolejnej sali, zastanawiając się, czy zwinięcie się tu w kłębek połączone z krótką drzemką nie narazi mnie na kolejny atak, kiedy to zauważyłam, że w jedynym miejscu, gdzie mogłam przejść, leżał duch. Serce po raz kolejny znalazło się na skraju zawału. Kolejne przypomnienie? Jego tu wcześniej nie było, zatem musiałam przyjąć, że to zwykła projekcja podświadomości.
Chociaż obecność ducha napawała mnie lękiem z przyczyn uzasadnionych, to jednocześnie bardzo mnie ciekawiła. Zaintrygowana podeszłam bliżej i kucnęłam.
- Zzzzzzzzzzzz... Zzzzzzzzzzz... czy nikogo już nie ma... zzzzzzzzzzz... - zachichotałam pod nosem. Udawany sen, jak ja dobrze to znałam. Nie chciałam mu przeszkadzać, nawet jeśli był wyłącznie moim przywidzeniem, dlatego wróciłam na swoje miejsce pod ścianą, usiadłam i przymknęłam oczy, rozkoszując się chwilą wytchnienia.
Przebudziłam się nagle, bez konkretnego powodu. Powiodłam po otoczeniu nieprzytomnym wzrokiem, moją uwagę przykuła ciągła obecność udającej sen zjawy. Byłam nieco zakłopotana. Nadal uważałam, że jest on jedynie wytworem wyobraźni i nie zamierzałam wchodzić z nim w żadną interakcję, z drugiej zaś strony - nie mogłam przerwać wędrówki. To zadecydowało. 
- E-ekhem... Duszku...? - podpełzłam wolno i wyciągnęłam ku zjawie rękę, na co moja dusza zareagowała ucieczką do Stanu. Zbeształam się w myślach. Czy przypadkiem nie miałam już dosyć walk? Poza tym - czy to nie oznaczało starcia z samą sobą...?
*To Napstablook. 
Gdy usłyszałam, że duch ma swoje własne imię, poczułam ulgę. Czyli był częścią Podziemi, nie fatamorganą. To w zasadzie tłumaczyło również, jak znaleźliśmy się w Stanie Gotowości.
Postanowiłam dowiedzieć się o oponencie więcej.
*Napstablook. Nie wygląda, by miał poczucie humoru...
- Oh, ależ ja jestem NAPRAWDĘ zabawny... - półprzezroczyste łzy, stanowiące formę ataku, przeczyły jego słowom. Uniknięcie ich było znacznie trudniejsze niż mi się zdawało; niestety, jedna drasnęła mnie w lewe ramię, żłobiąc bolesną rysę. Syknęłam, chwytając się za ranę. 
*Nie chcesz odwetu? No dalej, przecież cię zranił.
Pokręciłam gwałtownie głową. Po pierwsze, nie sądziłam, bym dała radę jakkolwiek skrzywdzić ducha. Po drugie - sama byłam temu winna, w końcu to ja zainicjowałam Stan, zaczepiając zjawę.
Próbując zignorować piekący ból w zranionej ręce, posłałam Napstablookowi ostrożny uśmiech. Wydawał się być nieco przybity, dlatego rozweselenie go uznałam za najodpowiedniejsze działanie.
- Co powiesz na małe podnoszenie na duchu...? - czułam się dość idiotycznie, żartując w ten sposób, jednak duch bardzo słabo uśmiechnął się.
- Heh... - ponownie uronił kilka łez, jednak zdecydowanie mniej niż za pierwszym razem. Nabrałam nieco pewności siebie.
- Uwaah, od tych uników... - poluzowałam splot szalika wokół szyi, uśmiechając się szerzej. - ... zrobiło mi się...
*Nie powiesz tego.
- ... duszno.
*To są najgorsze żarty o duchach, jakie dane mi było wysłuchać. Jesteś żałosna. 
Daj spokój, jemu się podobają - odparowałam, słysząc, że Napstablook cicho chichocze. Uniknięcie malutkich błyskawic wydawało mi się nagle o wiele prostsze, do momentu, gdy niemal całkowicie mnie otoczyły. Zacisnęłam powieki, przygotowana na kolejne obrażenia, jednak atak ustał. Przyjrzałam się uważnie zjawie, która wyglądała na odrobinę szczęśliwszą.
- Chyba... chyba ci lepiej, co nie...?
Duch skinął górną częścią siebie.
- Chciałbym... coś ci pokazać... - znowu zapłakał, lecz tym razem krople powędrowały w górę, tworząc na głowie Napstablooka cylinder. Spojrzał mi prosto w oczy. - Jak... Jak ci się podoba...
- Wyglądasz w nim znakomicie! - klasnęłam entuzjastycznie, co chyba wprawiło ducha w zakłopotanie. Odchrząknął, rozpraszając Stan. Nie potrafiłam przestać się uśmiechać, udało mi się nawet zapomnieć o wciąż krwawiącej ranie.
- Zwykle przychodzę do Ruin, bo nikogo tu nie ma... A dzisiaj spotkałem kogoś miłego...
- Ć-cieszę się, że nie przeszkodziłam w sposób niewybaczalny - wymamrotałam, lekko się kłaniając. Napstablook westchnął.
- Oh, wybacz. Nadal zgradzam ci drogę... - uniósł się nad liśćmi i dość szybko rozpłynął w powietrzu, żegnany przeze mnie machaniem.
*Czekaj. On mnie... usłyszał?
Hę?
*Tekst o braku humoru. On to słyszał. Nawet odpowiedział...
Zbyłam niepokoje głosu wzruszeniem ramion, przekraczając liściasty dywan. Miałam do wyboru dwie drogi, z czego jedna była ślepą uliczką, ale sprzedawano tam jakieś wypieki. Już sama myśl o czymś do jedzenia wywołała silne skurcze żołądka, poza tym zależało mi na podleczeniu ran przed znalezieniem Toriel.
Widok dwóch dość pokaźnych pajęczyn odrobinę mnie przestraszył, lecz gwoli ścisłości - nie bałam się pająków samych w sobie, lęk wzbudzał raczej sam rozmiar sieci. Gdybym zaplątała się w czymś takim, zapewnie nie potrafiłabym się uwolnić.
Uważnie przyjrzałam się niciom. Moja pamięć chyba płatała mi figle, niby jak miałam dostać tu cokolwiek jadalnego? Brakowało nawet kogoś (lub czegoś), kto mógłby mnie obsłużyć.
*Aleś ty tępa... Znaki. Czytaj znaki, no i porzuć powierzchniowe myślenie.
Zgodnie ze wskazówką, przyjrzałam się niewielkiej tabliczce, na którą wcześniej nie zwróciłam uwagi.
Pajęcza Piekarnia - sprzedaż. Wszelkie dochody idą do prawdziwych pająków.Cóż, nadal nie widzę, co mam robić...
*Litości. Połóż po prostu forsę na pajęczynie.
Wygrzebałam z kieszeni zebrane wcześniej monety. Z dołączonego niżej cennika wybrałam Pajęczy Donut, odliczyłam siedem sztuk złota i nieco niepewnie umieściłam je na sieci. Lepkie nici bez problemu utrzymywały krążki.
Pączka przekazał mi niewielki stawonóg, który nagle zawisł tuż przed moim nosem. Powstrzymując okrzyki zdumienia chwyciłam donut; pająk, który wręczył smakołyk, skinął mi głową i błyskawicznie wrócił na górę.
Opuściłam "piekarnię", gotowa do dalszej drogi. Gdy skręciłam w kolejny korytarz, moją uwagę przykuła kolejna tabliczka.
Czyżbyś przegapił? Pajęcze Wypieki - zawróć i skręć w lewo! Przyjdź spróbować przysmaków dla pająków, od pająków, z pająków!
Ostatnie słowa zszokowały mnie.
Że co?
Spojrzałam nieufnie na trzymanego pączka, po czym go obwąchałam. Aromat stęchłego kurzu i pajęczyny przeniknął do mojego nosa, drażniąc go i budząc potrzebę kichnięcia, stłumioną natychmiastowo osłonięciem twarzy rękawem bluzy. Straciłam apetyt, jednak szkoda było mi wyrzucać coś, na co straciłam aż siedem monet. Zresztą w naprawdę krytycznej sytuacji nawet to mogło uratować mi życie. Przeszukałam dżinsy, w których udało mi się znaleźć zbłąkaną foliową torebkę. Zapakowałam do niej donut, którego brutalnie wcisnęłam do kieszeni bluzy.
Czatujące w korytarzu Froggity przyglądały się uważnie mojej wędrówce; świadomość, że jestem obserwowana, przyprawiała mnie o dreszcze. Czy potwory mnie oceniały? Zastanawiały się, jak wielkim zagrożeniem dla nich jestem? Odetchnęłam z ulgą, gdy udało mi się opuścić długie pomieszczenie. Podeszłam do kolejnego oczekującego mnie znaku.
Jest tu tylko jeden przycisk.
Skóra mi ścierpła. Na horyzoncie nie widziałam żadnego włącznika, za to zauważyłam, że w kilku miejscach podłoga jest uszkodzona. Nie do końca pogodzona ze swym losem, pozwoliłam sobie spaść. Niestety, zamiast przełącznika czekał na mnie świeżo zebrany Vegetoid.
- Załatwmy to szybko, jestem zmęczona... - westchnęłam, strzelając palcami. Stwór z uśmiechem zadeklarował:
- Lokalne Produkty, Bardzo Lokalne - na moją głowę posypały się warzywa, przypominające mi o ssącej pustce w żołądku. Uniknęłam wszystkich, a mimo to zachwiałam się niczym zraniona. Organizm silnymi skurczami jelit dopominał się o swoje, a mój przeciwnik tak smakowicie wyglądał... I ten zapach gotowanej marchewki i groszku. Co za tortura.
- U-uh, hej... Nie miałbyś może czegoś do jedzenia...? - poklepałam się po brzuchu w znaczącym geście, na co Vegetoid skinął ze zrozumieniem.
- Jedz Zielone - wśród gradu potencjalnie groźnych pomidorów, kukurydz i cebul, wypranych przez Stan z kolorów, szybko znalazłam odbarwionego na zielono ogórka. Złapałam go i w tej samej chwili zatopiłam w nim zęby. Poczułam się nieco lepiej.
- Mogę jeszcze...? - potworowi podobało się, że tak chętnie zjadam jego ataki. Odzyskawszy nieco sił, oszczędziłam rzepopodobne stworzenie i wróciłam na górę. Kolejne upadki przyniosły mi ponowne spotkanie Napstablooka, potyczkę z innym Vegetoidem oraz znalezienie czerwonej wstążki, którą zawiązałam na głowie w kokardkę. Dopiero przedostatnia podziemna komnata skrywała przełącznik. Narzekając pod nosem na zbyt dużą ilość siniaków, rozejrzałam się po następnym pokoju.
Nagle poczułam ukłucie niepewności. Toriel nie dzwoniła od kilkunastu minut. Starając się zapanować nad drżeniem mięśni, wyciągnęłam telefon; widok czterech nieodebranych połączeń niemal pozbawił mnie przytomności. Szybko wybrałam numer opiekunki.
- Karune! Czemu nie odbierałaś?! Martwiłam się! - ton, którym przemawiała Toriel, bardzo przypominał mi o mamie; reagowała identycznie, gdy nie mogła się ze mną połączyć.
- Prze-przepraszam, nie słyszałam dzwonka...! - wyrzuciłam szybko, jednocześnie zastanawiając się, czy pogrążanie się w Staie Gotowości odcinało mnie całkowicie od bodźców ze świata zewnętrznego.
- Dlaczego?
Jawił się przede mną kolejny dylemat - skłamać czy przyznać się? Istniała szansa, że pozna się na moim oszustwie, może Froggity informowały ją na bieżąco...? Uznałam jednak, iż powinnam działać w zgodzie z naturą i zatuszować prawdę.
- Przysnęłam - odparłam szybko. W sumie nie skłamałam znacznie, w pełnym momencie w końcu faktycznie zdrzemnęłam się.
Koza westchnęła ciężko.
- Dzwoniłam, bo chciałam powiedzieć... Nie spodziewałam się gości w Ruinach, dawno nie sprzątałam i możesz przypadkiem natknąć się na różne przedmioty, porozrzucane dookoła... Oczywiście możesz je zabrać ze sobą, ale nie bierz więcej niż potrzebujesz. Wiesz, jeśli pewnego dnia zobaczysz coś, czego naprawdę byś chciała, musisz mieć na to miejsce, nie sądzisz...?
- T-tak. Masz niewątpliwie rację.
- Cieszę się, że zgadzasz się ze mną. Cóż. Proszę, żebyś zawsze odbierała telefon.
- Dobrze, mamo, przepraszam, naprawdę nie słyszałam... - na linii zapadła cisza. Dopiero po dłuższym namyśle pojęłam, co wywołało milczenie opiekunki. - O-oh. Ja... przepraszam...?
- N-nie szkodzi, w-wiem, że to przejęzyczenie... - głos Toriel drżał.
- N-nie przejęzyczyłam się...! - zaprotestowałam gwałtownie, podejmując spontaniczną decyzję. - Chciałabym móc cię tak nazywać, czy... czy mogę...?
Przez chwilę słyszałam tylko jej powolny oddech.
- Jeśli... jeśli to cię uszczęśliwi... oczywiście, że możesz - mówienie zdawało się przychodzić jej z trudem. - Ah, zobaczymy się wkrótce.
Kliknięcie w słuchawce zasygnalizowało koniec rozmowy. Schowałam telefon.
Nic nie mogłam poradzić na fakt, iż zachowanie Toriel tak przypominało mi o matczynej trosce. W głębi duszy tęskniłam za czymś takim, dlatego uznałam, że wolno mi ją o to spytać. Nie żałowałam tego ruchu, wręcz przeciwnie.
Zauważyłam, że przejścia nie strzegły kolce, dlatego od razu ruszyłam do następnej sali, jednak tuż przed samym wyjściem zaczepił mnie Loox.
-  Serio, teraz ty? - warknęłam, gdy znaleźliśmy się w Stanie. Jednooki stwór wpatrywał się we mnie, co przyprawiało o ciarki. - Nie chcę cię zaczepiać, zatem, no, może dajmy sobie spokój z walką?
- Wreszcie ktoś, kto rozumie... - cyklop westchnął spokojnie, wypuszczając na mnie kilka baniek pachnących kroplami do oczu. Atak przywodził mi na myśl liczne wizyty u okulisty, po których wracałam załzawiona, z nienaturalnie powiększonymi źrenicami. Uniknęłam ciosów, zakończyłam starcie i zajęłam się swoim zadaniem.
Kolejne pomieszczenia były do siebie podobne. Trzy przyciski i tabliczka sugerująca dobór odpowiedniego przełącznika, oprócz tego zawsze oczekiwał mnie komitet powitalny. Nie miałam sił, by walczyć z kimkolwiek, dlatego starałam się w miarę możliwości uciekać. To nie zawsze działało, przez co oberwałam jeszcze jeden raz, co ciekawe - od Vegetoida, gdy usiłowałam złapać zielone warzywo.
Poobijana, na skraju wyczerpania, w końcu dotarłam w okolice domku Toriel. Nie chciałam jednak pokazywać jej się przedwcześnie, jako że nie miałam dobrej wymówki na samodzielną wędrówkę i kilka kłamstw. Minęłam drogę prowadzącą do domu, przeskakując przez owocujące fioletowo krzaki; ciekawiło mnie, co znajduje się na końcu trasy, a nie potrafiłam sobie tego przypomnieć.
Ścieżka, skręciwszy w kolejne przejście, doprowadziła mnie na skraj kanału. Stąd rozpościerał się niesamowity widok na opustoszały Dom. Miasto zapewne kiedyś tętniło życiem, ale dlaczego teraz...?
Na to pytanie moja pamięć nie miała odpowiedzi. Przez kilka minut wpatrywałam się z zapartym tchem w linię zrujnowanego miasta, żałując, iż nie mogę uwiecznić tego obrazu aparatem. Nasyciwszy się krajobrazem, planowałam już zawrócić i stawić czoła Toriel, kiedy to kątem oka zauważyłam plastikowy nóż.
- Bezużyteczny śmieć... - wymamrotałam, podnosząc zabawkę. - Jak niby miałabym się tym bronić? Przecież nawet ja nie zrobię sobie nim krzywdy...
Dla całkowitej pewności jednak ostrożnie przejechałam plastikiem po wierzchu dłoni. Syknęłam, bowiem ktoś naostrzył nożyk, na skórze powoli perliły się krople krwi.
- W porządku, odwołuję to - uśmiechnęłam się, spokojna o swój los. Wsunęłam bezpański przedmiot do kieszeni bluzy i pobiegłam znaleźć Toriel.
Zamrugałam gwałtownie, odsuwając się od leżącej na ziemi rzeczy. Na pewno nie potrzebowałam tej zabawki, nie teraz. Patyk wystarczył.
Obok przejścia prowadzącego na brzeg siedział kolejny Froggit. Ciekawe, czemu żabopodobne kreaturki tak chętnie wysiadywały na korytarzach. Wtedy... korytarze wionęły pustką i nie mogłam na to zwrócić uwagi. Teraz czułam się tym zaintrygowana zachowaniem "płazów".
*Skoro cię korci, pytaj.
Podeszłam do potwora, modląc się, by nie wpaść w Stan.
- Hej, w sumie czemu twój rodzaj tak chętnie pilnuje ścieżek? - zapytałam wprost, patrząc stworzeniu w górną parę oczu.
- Ribbit. (A czemu nie? Tu nic się nie dzieje, siedzenie wzdłuż drogi zwiększa przynajmniej szansę na spotkanie znajomego i ucięcie koleżeńskiej pogawędki.) Meow.
- Oh. Okej, rozumiem... - miałam już się oddalić, gdy Froggit ponownie się odezwał.
- Ribbit. (Tak między nami... Widziałem niedawno przechodzącą tędy Toriel. Niosła jakieś produkty spożywcze. Oczywiście nie pytałem, skąd je miała. Nie jesteśmy ze sobą na tyle blisko.)
- Oh, dziękuję ci - uśmiechnęłam się i pobiegłam w stronę domu opiekunki, po drodze niemalże łamiąc sobie nogi o niski żywopłot.
Wpadłam niezgrabnie do ogrodu, nadal nieco zbyt rozpędzona, przed kolejnym upadkiem ochroniło mnie olbrzymie, ogołocone z liści drzewo. Oparłam się o nie bokiem, by chwilę odpocząć.
- Ah, nie spodziewałabym się, że to zajmie mi tyle czasu... - uniosłam głowę, usłyszawszy mamroczącą do siebie Toriel. Odepchnęłam się od pnia, ustawiając się w pionie, kiedy opiekunka wyszła zza drzewa. Wyciągnęła telefon i już przystawiła go do ucha, jednak odchrząknięciem dałam jej znak, że jestem obok. Spojrzała na mnie z zaskoczeniem.
- Karune, jak się tu dostałaś?
- Ścieżką - odparłam beztrosko, starając się ukryć rozcięte ramię. - Szczęśliwie prowadziła prosto tutaj...
- Ależ... Czy przypadkiem nie mówiłaś, że czekasz na mnie tam, gdzie rozstałyśmy się...?
- No... Tak... Ale wyszłam chwilę po twoim telefonie... - bałam się spojrzeć opiekunce w oczy, spodziewałam się ujrzeć w nich zawód. - W końcu... Miałam być niezależna, samodzielna, uznałam, że samotne pokonanie drogi to dobry pomysł, poza tym czekające na mnie puzzle nie były aż tak skomplikowane, po cóż miałabyś kłopotać się z ich tłumaczeniem?
Przegryzłam wargę w oczekiwaniu na srogą burę, jednak Toriel zaskoczyła mnie lekkim objęciem.
- Rozumiem. Cóż, chociaż nie była to najodpowiedzialniejsza rzecz, to jestem z ciebie dumna. Oh, czy ty jesteś ranna?
- Umm... - popatrzyłam na zaognioną pręgę. - Nieco...?
- Już, już. Zaraz cię uleczę. Nie powinnam była opuszczać cię na tak długo. Również nie popisałam się odpowiedzialności, chcąc cię zasko... Erm... - koza nagle wydała się mocno speszona. - To jest... Ah, i tak nie utrzymałabym tego dłużej. Wejdźmy do środka, dobrze?
- Chętnie - skinęłam głową i podążyłam za Toriel w kierunku niewielkiego domku z fioletowej cegły. Jego widok pokrzepił mnie, poczułam też, że odzyskałam w pełni siły.
W chwili, gdy przekroczyłam próg, w nozdrza uderzył aromat cynamonu i toffi. Uśmiechnęłam się szeroko.
- Czujesz? To moja niespodzianka. Chciałam uczcić twoje przybycie... - nie pozwoliłam Toriel dokończyć, bowiem mocno ją przytuliłam. Mogłam usłyszeć szum jej duszy, podobny trzepotowi skrzydeł motyla, czułam zapachy jej futra i sukni, mieszające się w woń bezpieczeństwa.  
- Dziękuję, Tor... Mamo - wydusiłam, puszczając opiekunkę. Nie byłam bliska łez, nie drżałam ze wzruszenia, a mimo to w gardle utkwiła mi niemożliwa do przełknięcia gula. Uczuć, które mną szarpały, nie potrafiłam nawet nazwać. Niby spodziewałam się tego wszystkiego, lecz teraz, pozbawiona podejrzliwości, mogłam nareszcie zwyczajnie cieszyć się z okazywanej troski i miłości. - N-na pewno nie przeszkadza ci, że tak...?
- Nie, oczywiście, że nie. Bardzo... bardzo ci dziekuję. Ah, ale to nie koniec niespodzianek. Mam jeszcze jedną w zanadrzu. Pokazać?
- Proszę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Jeśli Ci się spodobało, masz uwagi, zażalenia lub któryś aspekt historii nie daje Ci spokoju - zostaw, proszę, komentarz!