czwartek, 30 czerwca 2016

VII

Czułam kolejny przypływ. Kwaśno smakująca fala przetoczyła się po żołądku, by przez przełyk i gardło dostać się do ust. Przycisnęłam dłonie do warg i wykrzywiłam się.

Kosz - spojrzałam błagalnie na mojego kościstego towarzysza, który uprzejmie podetknął mi plastikowe wiaderko.

Klarowna ciecz z chlupotem przelała się do pojemnika, zaś najbliższe otoczenie wypełnił przykry odór.

- Lepiej? - Sans odstawił kosz na bok. Jęknęłam twierdząco, okręcając się kocem. - Nie wiedziałem, że ludzie potrafią w sobie aż tyle trzymać.

- Sama tego nie wiedziałam.

- Herbaty? - szkielet wskazał na ustawiony przy kanapie wyszczerbiony kubek. Zaprzeczyłam ruchem głowy, co przypłaciłam nieprzyjemnym impulsem, rozcinającym mózg wpół.

- Chyba przyjmowanie wszelkich cieczy oraz posiłków przez następne godziny mam z głowy.

- Nie wydaje mi się. Mój brat wróci wkrótce z treningu, a wtedy nic cię nie uratuje.

Ponownie jęknęłam, nasuwając koc na głowę.

- To ile mi zostało czasu?

- Bo ja wiem? Pół godziny? Może trzydzieści minut.
Zaczęłam rozważać opcje, których nie miałam. Mogłam ukryć się pod kocem, za kanapą, w łazience lub szafce pod zlewem, mogłam symulować kolejną falę mdłości, gorączkę albo sen - na nic by się to nie zdało. Szkielet cierpliwie czekałby na odpowiedni moment, by spełnić przyjacielską powinność.
Naprawdę doceniałam jego poświęcenie oraz zaangażowanie, byłam również niewymownie wdzięczna, że nie dał mi zamarznąć w szopie. Jedynym, czego nie dawałam już rady strawić, było spaghetti. Odkąd trafiłam do domu braci, nie byłam w stanie ustalić, czy nękające mnie ciągle mdłości to skutek choroby, czy może styczności z kuchnią Papyrusa.
Szczęśliwie w momentach, gdy żołądek się uspokajał i nachodził mnie głód, na ratunek przychodził Sans, przynoszący frytki, cynamonowe bułeczki, raz nawet trafił się hot dog. Niestety, nawet najmniejszy posiłek kończył się boleściwym pochyleniem nad koszem.
- A tobie kiedy kończy się przerwa? - zapytałam, rezygnując z dalszego osłaniania się kocem. Powoli zaczynało mi pod nim brakować tlenu, a i panujący w "kryjówce" zaduch był odstręczający. Uśmiechnęłam się szeroko, łypiąc na szkielet. - Wiesz, nie chcę odciągać cię zbytnio od pracy.
- Twoja troska o moje stanowisko jest wzruszająca - Sans otarł brzeg oczodołu, jakby zmazywał łzę. - Ale niech cię to nie martwi. Na dziś mam już fajrant.
- Serio? Tak szybko...?
Na kanapie czas przestawał mnie obowiązywać. Większość godzin spędzałam sama, śpiąc lub starając się zasnąć. Praktycznie nie opuszczałam swojego legowiska, chyba, że akurat potrzebowałam dopełznąć do łazienki. Ta pustka dookoła dawała mi wiele okazji do przemyśleń, przed którymi uciekałam w pustkę sennej przestrzeni, gdzie nikt ani nic nie usiłowało się ze mną skonfrontować.
Czasami towarzystwo oferował mi Papyrus. Nie oponowałam, ale też nie wykazywałam entuzjazmu, nie potrafiłam wykrzesać z siebie sił na jakąkolwiek reakcję, zatem spędzane "razem" chwile upływały w milczącym przyglądaniu się włączonemu telewizorowi, wyświetlającym jedynie komunikat o nadchodzącym programie stacji MTT.
- Ano. Ten czas tak przecieka przez palce, no nie?
- Zwłaszcza, gdy ma się jeszcze przestwory między nimi.
- A żebyś wiedziała - Sans machnął mi dłonią niemal przed samym nosem, jakby chciał mnie zapewnić, iż mam rację.
- Możesz mi podać herbatę? - gardło drapało, jakbym połknęła papier ścierny w znacznej ilości.
- Trzymaj - szkielet wręczył mi kubek, który przystawiłam zaraz do ust. Napar ostygł już kilka godzin temu, ale ponieważ prawie nic nie piłam, naczynie nie było opróżnione nawet do połowy. Zimna fala wlała się do żołądka, rozcieńczając gorzkawy posmak i gasząc płomień w przełyku.
- Jak dobrze - westchnęłam cicho, tuląc kubek do czoła. - Dobra. Mam pięć minut, zanim znowu mnie weźmie. Pomożesz?
- Rety, znowu?
- Tak.
- Dajesz mi niezły wycisk, młoda - szkielet mrugnął do mnie. - Dobra, w czym?
- Muszę jakoś odsunąć od siebie konsumpcję spaghetti. Masz może jakąś wymówkę w zanadrzu?
- Skąd w ogóle pomysł, że mógłbym taką mieć?
- Czyż nie jesteś przypadkiem mistrzem wymówek i uników?
Poczułam się dziwnie, mówiąc o unikach. Coś mignęło mi przed oczami i odniosłam wrażenie, że palnęłam okrutną wręcz głupotę, jednak w oczodołach szkieletu nadal lśniło jasne światło, nie wyglądał na dotkniętego czy rozzłoszczonego.
- Dobra, masz mnie. Niestety, jak mówiłem wcześniej, znikąd nadziei.
- To co ja mam zrobić? - pisnęłam, narzucając koc na głowę.
- Przełknąć to z godnością?
Roześmiałam się, odrobinę rozluźniona. Żołądek uznał, że to sygnał do kolejnego buntu, i zabulgotał niepokojąco, dlatego zasłoniłam szybko usta.
- Kosz?
Pokręciłam głową, kilka oddechów zdołało powstrzymać przypływ.
- Nie mów mi nic o godności, póki jestem w tym stanie - wykrztusiłam powoli, odstawiając kubek.
- Hmm, jak chcesz.

Wyjął zza pazuchy butelkę ketchupu, odkorkował ją i zaczął pić. Musiałam mieć niewiarygodnie durną minę, obserwując go, ponieważ oderwał butelkę i otarł brzeg ust.

- Co, rozmazałem się?

- Erm, nie... Ty to pijesz?

- Tak się to chyba nazywa - roześmiał się.

- To nie jest do picia.

- Serio? Kurczę, ale to chyba niekaralne?

- N-no nie, ale...

- Uff, kamień z serca - pociągnął kolejny długi łyk.

- Ketchup służy do doprawiania potraw - czułam, że tej dyskusji nie wygram w żaden sposób, ale mimo to zamierzałam ją ciągnąć. - Nie do picia.

- Skąd to przekonanie?

- No bo... - przegryzłam wargę, szukając argumentów. Jednak oprócz powołania się na ogólnie przyjęte przez ludzkość zasady i normy, nic mi nie przychodziło do głowy, a odwołanie się do tego uznałam za dość głupie, biorąc pod uwagę miejsce, w którym się znajdowaliśmy. Nagle mnie olśniło, wycelowałam w Sansa palcem. - Bo tak!

Tego argumentu nic nie mogło przebić, dlatego przez kilka sekund dane mi było napawać się tryumfem. Uważałam, że zwyciężyłam, ale wtedy spostrzegłam, jak obojętnie moje stanowisko przyjął szkielet.

- Skoro tak, to nie pytam, czy cię poczęstować - chyba wystarczyło mu "napoju", bowiem zakręcił z powrotem butelkę i postawił ją przy kanapie. - Masz jakieś ambitne plany na spędzenie dzisiejszego dnia?

- Raczej nie - podparłam policzek dłonią. - Chociaż może... Hmm, spróbuję dopełznąć do kuchni i zaparzyć sobie świeżej herbaty?

- Porywasz się na niezłe wyzwanie.

- No wiem, wiem.

Trzasnęły frontowe drzwi.

- WRÓCIŁEM, WITAJCIE! - zawołał Papyrus, wkraczając energicznie do salonu. Zastanowiły mnie osmalony ślady na jego szczęce i kościach policzkowych.   

- Siema, brachu.

- Cześć, Papyrus - uśmiechnęłam się szeroko, unosząc dłoń. - Jak trening?

- WYŚMIENICIE, DROGI CZŁOWIEKU! - młodszy szkielet pomaszerował od razu do kuchni, na szczęście głos miał na tyle donośny, że słychać go było wszędzie. - UGOTOWALIŚMY WYŚMIENITE SPAGHETTI. UNDYNE TWIERDZI, ŻE RADZĘ SOBIE CORAZ LEPIEJ!

- Czyli możesz być z siebie dumny, co? - nieco ścierpła mi skóra, gdy usłyszałam dźwięk włączanej kuchenki, ale nie przestałam się uśmiechać.

- OCZYWIŚCIE, ALE NIE MOGĘ PRZESTAĆ SIĘ STARAĆ, INACZEJ CAŁA MOJA PRACA PÓJDZIE NA MARNE! - garnek łupnął dźwięcznie o palnik, kilka kropel wody uderzyło w płomień, z sykiem zmieniając się w parę.

- To oczywiste - skinęłam głową, chociaż Papyrus nie mógł tego zobaczyć. Sans tymczasem postanowił zająć miejsce obok mnie. Na szczęście zwinęłam zawczasu koc tak, by nie mógł go przygnieść swoim ciężarem. - Umm... Słuchaj, potrzebujesz może pomocy?
Mój towarzysz spojrzał na mnie z rozbawieniem, jakby nie wierzył, że próbuję podjąć się jakiegokolwiek działania, skoro mogę spokojnie siedzieć i nic nie robić.
Także Papyrus, zaskoczony moją propozycją, wynurzył się na moment z kuchni, z której w tej samej chwili buchnęły kłęby ciemnoszarego dymu.
- DZIĘKUJĘ CZŁOWIEKU, ALE TO NIE BĘDZIE KONIECZNE - uśmiechnął się, by po chwili, wymierzając chochlę w stronę brata, zmarszczyć brwi. - TEN LENIWY WÓR KOŚCI ZA MOMENT RUSZY SIĘ Z KANAPY I WEŹMIE SIĘ DO JAKIEJŚ ROBOTY!
- Jasne, Paps - Sans zeskoczył z niebywałą gracją i posłusznie poczłapał do kuchni. Także podniosłam się ze swojego miejsca i, owinięta szczelnie kocem, dołączyłam do braci, nie chcąc wyjść na kompletnie bezużytecznego śmiecia.
- Gdzie macie talerze? - odkaszlnęłam zaledwie raz, co uznałam za niebywały sukces.
- CZŁOWIEKU, SPOKOJNA GŁOWA, MY SIĘ TYM...
- W tej szafce.
- SANS!
- No co? Pytała, to odpowiedziałem.
- NO ALE! ONA JEST GOŚCIEM! W DODATKU CHORYM!
- Już mi lepiej - zaprotestowałam, kucając przy szafce. Szybko udało mi się wyjąć trzy talerze. - Naprawdę chcę pomóc.
- HMM! CÓŻ, SKORO TAK, TO CHYBA NIE MOGĘ CI ZABRONIĆ - Papyrus przejechał chochlą po czaszce, widocznie skonsternowany. Raczej nie spodziewał się po mnie takiego altruistycznego porywu. - PROSZĘ, POŁÓŻ JE TU, NA BLACIE.
Rozstawiłam szybko ceramikę. Po wykonaniu zadania zabrałam z podłogi koc, który wcześniej zsunął się z moich ramion, i oparłam się o drzwi szafki pod zlewem, o wiele za wysokiej, bym mogła dosięgnąć jej szczytu. Zapatrzyłam się na grafitowe chmury, podobne burzowym, unoszące się leniwie tuż pod sufitem. Nos, drożny pierwszy raz od kilku dni, wyłowił ostry zapach spalenizny, duszący, nieznośny. Ewakuowałam się pospiesznie z kuchni i dopadłam kosz dosłownie w ostatniej chwili.
- CZŁOWIEKU? - zaniepokojony Papyrus, dzierżący w dłoniach talerz, ukucnął obok mnie. - CZY ABY WSZYSTKO...?
- Tak, już tak - przetarłam kącik ust i uśmiechnęłam się słabo. - Ojej, to spaghetti wygląda... Artystycznie.
- PRAWDA? - ucieszył się szkielet, wręczając mi moją porcję i siadając na kanapie. Gapiłam się na nią tępo kilka sekund, nim zimno ciągnące od strony podłogi przegoniło mnie na tapczan.
- Trzymaj, brachu - w końcu dołączył do nas Sans, niosący dwa talerze. Najwyraźniej nie przeszkadzał mu chłód desek, bowiem rozsiadł się wygodnie na podłodze. Papyrus, spoglądając podejrzliwie na brata, odebrał talerz.
- DZIĘKUJĘ, BRACIE.
- No. To bone apettit - starszy brat puścił nam oczko. Nie wiedziałam, co bardziej mnie bawiło - marny dowcip czy mina mojego sąsiada, jakby gotowego wyjść z siebie i stanąć obok.
- Daj spokój, Papyrus - uśmiechnęłam się łagodnie, wymierzając mu sójkę w bok. - Sans tylko błaznuje.
- WIEM I TO JEST NIE DO ZNIESIENIA.
- Ale się uśmiechasz - Sans wskazał widelcem szczękę brata.
- JESTEM SZKIELETEM, TO MOJA NATURALNA EKSPRESJA.
Wymieszałam makaron z sosem, przysłuchując się słownym przepychankom szkieletów. Czerwona maź niemal wylewała się z mojego talerza, dlatego szybko nałożyłam jej nieco na widelec - była dość gęsta, by nie spłynąć między metalowymi zębami. Ze zdumieniem stwierdziłam, że sos nie był taki zły. Może nie mogłam nazwać go kulinarnym arcydziełem, ale przynajmniej jego smak nie wywoływał od razu odruchu zwrotnego.

- WIESZ, CZŁOWIEKU - Papyrus otarł zęby, uporawszy się z zawartością swego talerza, i spojrzał na mnie. - BARDZO SIĘ CIESZĘ, ŻE NARESZCIE JESTEŚ DOŚĆ PRZYTOMNA.

- Mnie też ten fakt niezmiernie raduje - wybełkotałam z policzkami napchanymi spaghetti. Przełknęłam makaron, o mało się nim nie krztusząc.

- ZACZYNAŁEM SIĘ NIEPOKOIĆ, ŻE TWÓJ STAN SIĘ UTRZYMA. A NIE WIEDZIAŁEM, CO NA NIEGO PORADZIĆ! NIGDY WCZEŚNIEJ NIE WIDZIAŁEM CZŁOWIEKA, ZWŁASZCZA CHOREGO.

- I tak świetnie sobie poradziliście z postawieniem mnie na nogi - zapewniłam, rysując po resztkach sosu widelcem.

- TO MIŁE, ŻE TAK MÓWISZ! - szkielet wyglądał na zachwyconego moimi słowami.

- Pewnie to dzięki zdrowym posiłkom, co? - wyszczerz Sansa powiększył się. Zamiast odpowiedzieć, spiorunowałam go wzrokiem. - No co, przyznasz, że po każdej porcji stawałaś się znacznie bardziej ruchliwa. 

- Ale, właśnie, jak w końcu daliście sobie ze mną radę...? - pokręciwszy głową, wróciłam do właściwego tematu rozmowy. Nie ulegało wątpliwości, że nie byłam w stanie im pomóc, pierwsze godziny spędziłam na kanapie, bełkocząc coś w malignie. Nie pamiętałam nawet, jakie wizje dręczyły mnie podczas gorączki. Kiedy odzyskałam szczątkową przytomność, przy kanapie czekała na mnie gorąca herbata, zaś czoło chłodził okład zrobiony z mojej bandany.

- CÓŻ. TO W SUMIE ZASŁUGA MOJEGO BRATA - zamrugałam, nieco zaskoczona. Widząc pytające spojrzenie, Papyrus kontynuował: - GDY TYLKO SKOŃCZYŁ ZMIANĘ I WRÓCIŁ DO DOMU, JUŻ WIEDZIAŁ, CO ROBIĆ. 

- Naprawdę? - przekrzywiłam głowę, spoglądając na pochłonięty posiłkiem szkielet. Ten wzruszył tylko ramionami.

- Wie się to i owo.

- JEDNAK CAŁA ODPOWIEDZIALNOŚĆ I TAK SPOCZĘŁA NA MNIE - młodszy brat westchnął ciężko, kręcąc głową. 

- W końcu to twoja przyjaciółka.

- ALE NASZ GOŚĆ!

- Nie chciałem bardziej zaszkodzić. Ludzie są dość delikatni, no nie?

- WYMÓWKI!

- Przepraszam - pisnęłam cicho, wbijając spojrzenie w talerz. 

- ZA CÓŻ, CZŁOWIEKU?

- Bo zmusiłam was do opieki nade mną - wytłumaczyłam, nadal gapiąc się bezmyślnie na ceramikę. 

- Daj spokój - Sans machnął dłonią, kończąc obiad. - Było dość zabawnie, zwłaszcza, gdy bredziłaś.

- SANS!

Policzki oblał gorący rumieniec.

- A co takiego bredziłam?

- Coś o mortadeli, tego było dużo - wyjęto mi z rąk talerz. Drgnęłam, zaskoczona, zwłaszcza, że naczynie odebrał Sans. - Spoko, młoda. No. Mortadela... Wspominałaś też o duchach. I prosiłaś, abyśmy zadzwonili do twojej mamy.

Moja twarz niemal płonęła.

- Zadzwoniliście?

- A gdzie tam - talerze przejął Papyrus, niezadowolony, że brat nie ukończył tak dobrze zapowiadającej się czynności zmycia po obiedzie i wymaszerował do kuchni. Tymczasem Sans wrócił do przerwanej myśli. - Kiedy wyciągaliśmy telefon, twierdziłaś, że i tak nie odbierze, bo jej pęknie serce. Brzmiało to na tyle poważnie, że odpuściliśmy.

Przejechałam po policzku paznokciem, który chwilę potem zaczęłam zajadle skubać.
- To dobrze - stwierdziłam, pozwalając sobie na słaby uśmiech. Jednocześnie zaczęłam się zastanawiać, do kogo pragnęłam dodzwonić się w pierwszej kolejności - i miałam pewne podejrzenia. - To wszystko? Znaczy, niczego więcej nie odczyniałam?
- To byłoby trudne, głównie spałaś lub, cóż. Wiadomo.
- Taaak... - przeczesałam dłonią włosy, z niezadowoleniem uświadamiając sobie, jak bardzo są splątane. Szarpnęłam skręconymi pasmami, chcąc uwolnić palce, i pisnęłam. Tylko świadomość bliskości Papyrusa powstrzymała mnie przed rzuceniem przekleństwem.
- Co jest? - zainteresował się Sans, otwierając jeden oczodół. W odpowiedzi pokazałam mu sterczące spod paznokci pojedyncze kosmyki, wyrwane podczas walki z fryzurą. - No ładne są. 
- Wyrwałam je! - odezwałam się nieco piskliwie, wolną ręką rozmasowując obolałą skórę głowy.
- To chyba nie było zbyt rozsądne?
- Przecież nie zrobiłam tego specjalnie - westchnęłam ciężko, pozbywając się włosów z palców. Zwinęłam je w szorstką kulkę, po czym wrzuciłam to do kosza. - Włosy to same problemy.
- Mnie to mówisz - szkielet skinął poważnie głową, zupełnie jakby pragnął zgodzić się ze mną. Chciałam dobrotliwie poklepać go po czaszce, uznałam jednak, że to zbyt przyjacielski gest, dlatego pozwoliłam sobie tylko na chichot, który w kilka sekund przerodził się w kaszel.
- CZŁOWIEKU, SKORO JUŻ CI LEPIEJ I JESTEŚ PRZYTOMNA, TO POZWOLISZ, ŻE ZADAM CI PYTANIE? - Papyrus nareszcie wyłonił się z kuchni. Walka z brudnymi naczyniami musiała być zażarta, bowiem szkielet ociekał wodą, która, spływając, znaczyła jego drogę.
- Jasne, czemu nie? - wcisnęłam się w kąt kanapy, robiąc tym samym dość miejsca, by można było usiąść. Żaden nie skorzystał, Sans przeczesywał grzebieniem kość, natomiast jego brat stanął naprzeciw mnie.
- KIEDY ODBĘDZIEMY NASZĄ "RANDKĘ"?
Żołądek nie mógł wybrać lepszego momentu na przerwanie trawienia i zwrot posiłku. Ledwo co nadtrawiona masa, będąca niegdyś niedogotowanym makaronem w sosie pomidorowym, uderzyła w taflę rozcieńczonego kwasu. Objęłam mocno wciśnięty mi w ostatnim momencie kosz i przycisnęłam czoło do jego krawędzi, dziękując za refleks starszego z braci.
- O MÓJ BOŻE, CZŁOWIEKU, CO CI JEST?
- To tylko torsje - wymamrotałam, odchylając powoli głowę. W przeciwieństwie do Sansa wydawał się być kompletnie wstrząśnięty. Nie rozumiałam, skąd w jego głosie taka panika, dlaczego wyglądał na tak przerażonego; zupełnie jakby nigdy wcześniej nie widział wymiotującego człowieka.
Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że przecież nie miał okazji tego widzieć. Wszak byłam jedynym człowiekiem, którego znał i którego widział chorym. Miał absolutne prawo się bać. A ja miałam obowiązek wszystko wytłumaczyć.
- Tak się czasami dzieje, gdy ludzie chorują - uśmiechnęłam się słabo, otarłszy usta. - Skurcze mięśni w brzuchu, które mają chronić organizm przed potencjalnym zagrożeniem.
- JAKIM TO ZAGROŻENIEM?
Twoim niedoszlifowanym warsztatem kucharskim. Nie zamierzałam go obrażać, skoro nadal ćwiczył. Starał się jak mógł.
- Wszelkim. Czasami żołądek buntuje się tylko dlatego, że może. Kurczę - znowu zatopiłam palce we włosach, tym razem starając się zwalczyć swędzenie. Wiedziałam, że tłumaczę co najmniej kaleko, ale trudno było rozmawiać o działaniu narządów z kimś ich pozbawionym. - Gdybym miała ze sobą podręczniki, zapewne mogłabym powiedzieć więcej... i lepiej.
- OH, MY MAMY PODRĘCZNIK! - Papyrus dopadł do jednonogiego stoliczka, z którego to zabrał opasłe tomisko. Wręczył mi je z dumą. - CZY MOŻESZ POWIEDZIEĆ NAM TERAZ WIĘCEJ?
- Ale... - przyjrzałam się uważnie okładce. - Ale to książka o fizyce kwantowej.
- Hej, poważnie? - niemal zakwiliłam, słysząc niespodziewanie Sansa. Sądziłam, że skoro zamilkł, zapewne postanowił uciąć sobie drzemkę; jego nagłe wtrącenie się do konwersacji było zaskoczeniem na tyle dużym, że podniosło mi się ciśnienie. - No patrz, wszędzie jej szukałem.
- DOPRAWDY? LEŻAŁA TU BEZ MAŁA CAŁE WIEKI.
- Jest na tyle zakurzona, że muszę się z tym zgodzić - zaciekawiło mnie, po co szkieletowi wiedza o fizyce kwantowej. Zaintrygowana otworzyłam książkę, ale zamiast strony tytułowej odkryłam okładkę innego druku, dokładniej książki z żartami. Już wiedziałam, do czego to zmierza, mimo to zajrzałam do jej środka, bez zaskoczenia znajdując egzemplarz traktujący o fizyce kwantowej. - Faktycznie, to chyba twoje.
- Mówiłem. Dobra, skoro znalazłem swoją zgubę...
- TY ZNALAZŁEŚ?!
- ...to udam się odstawić ją do swego pokoju, zatem na chwilę was opuszczam - podniosłszy się, szkielet wyjął woluminał z moich rąk i poczłapał po schodach. Chwilę potem usłyszałam trzaśnięcie drzwiami.
- ZNALAZŁ. OCZYWIŚCIE - Papyrus zatrzeszczał kośćmi z wyraźną dezaprobatą. - WSZĘDZIE PORZUCA SWOJE RZECZY, JAK CHOĆBY TAMTĄ SKARPETĘ!
Wymierzył oskarżycielsko palcem samotną białą skarpetkę, leżącą koło telewizyjnej szafki. Zezując, udało mi się dostrzec szereg samoprzylepnych karteczek, pokrytych dwoma charakterami pisma. Poczułam niebywałą ciekawość, a ponieważ i tak zamierzałam dostać się do plecaka, ustawionego pod najbardziej oddaloną ode mnie szafką, zeszłam z kanapy i podpełzłam sprawdzić najpierw konwersację uwiecznioną na kartkach.
SANS, PROSZĘ, PODNIEŚ SWOJĄ SKARPETKĘ.
ok.
NIE ODKŁADAJ JEJ Z POWROTEM! RUSZ JĄ!
ok.
RUSZYŁEŚ JĄ O DWA CALE! ZABIERZ JĄ DO SWOJEGO POKOJU!
ok.
I NIE PRZYNOŚ JEJ Z POWROTEM!
czy właśnie powiedziałeś, bym nie zanosił jej z powrotem do mojego pokoju?
ZAPOMNIJ JUŻ O TYM!
Nie byłam w stanie nie uśmiechnąć się podczas czytania. Podniosłam się powoli z kucek, przed oczami zamigotały różnobarwne plamy.
- Co za absurd - zawołałam wesoło, spoglądając w stronę Papyrusa. - Jak długo już tu leży?
- NAWET NIE WIEM. JUŻ NIE MAM SIŁ, BY TO LICZYĆ - szkielet westchnął, wyraźnie rozdrażniony. Jeszcze raz rzuciłam okiem na jasne świstki, uświadamiając sobie jedną dość zaskakującą rzecz.
- Wy piszecie czcionkami?
- PISZEMY?
- No... tak! - przybliżyłam nos do tekstu pisanego przez Papyrusa. - I to... nazwanymi jak wy.
- CO TY NIE POWIESZ! ALE JAK TO MOŻLIWE?
- Umm, widzisz, ludzie wymyślili dużo rodzajów czcionek, a ponieważ jest ich tak dużo, każda czcionka dostała swoją nazwę. Jakimś magicznym zbiegiem okoliczności... - odkleiłam dwie kartki, by móc im się przyjrzeć. - ...Twój charakter pisma przypomina czcionkę "Papyrus", zaś bazgroły twojego brata wyglądają jak... "Comic Sans".
- DOPRAWDY? TO NIEBYWALE CIEKAWE, CZŁOWIEKU!
Musiałam się z tym zgodzić. Ciekawe i zakrawające na kompletną abstrakcję. Ponieważ analiza wzrokiem nie mogła mi już nic dać, przywiesiłam fragmenty pasjonującej rozmowy z powrotem na ścianę i w końcu dopadłam do swojego plecaka. Chwyciłam za jego ramię, a ponieważ byłam zbyt zmęczona, by go założyć, nieco prymitywnie przeciągnęłam go po podłodze.
- MOGŁEM CI DOSTARCZYĆ TWÓJ NAPLECNY WÓR, CZŁOWIEKU, CZEMU MNIE O TO NIE POPROSIŁAŚ? - przyjaciel wbił we mnie zmartwione spojrzenie.
- Nie chciałam cię niepotrzebnie fatygować - odparłam, kładąc plecak na kanapie i siadając obok niego. Zanurzyłam w jego wnętrzu dłoń, ostrożnie, bojąc się, iż słój uległ uszkodzeniu, a sam plecak zmienił się w okrutną pułapkę. Po chwili moje palce natrafiły na gładką, szczęśliwie nienaruszoną szklaną powierzchnię. Uśmiechnęłam się szeroko, wyjmując słoik.
- CÓŻ TO, CZŁOWIEKU? - Papyrusa wyraźnie zaciekawił wyłowiony z przepastnych trzewi plecaka pojemniczek. Pozwolił sobie nawet na delikatne zastukanie palcem w przezroczystą ściankę.
- Słój.
- WIDZĘ, ŻE SŁÓJ, ALE CZYM SĄ TE BIAŁE OKRUSZKI, KTÓRYM SŁÓJ JEST WYPEŁNIONY?
- Ah, to... To gwiazdy - odkręciwszy wieko, wręczyłam przyjacielowi słój, chciałam, by mógł przyjrzeć się jego zawartości z bliska.
- PRAWDZIWE?! - wyglądał na urzeczonego.
- Ależ skąd - uśmiechnęłam się smutno. - Prawdziwe gwiazdy lśnią, są znacznie większe i odleglejsze. To tylko ich papierowe wyobrażenie.
- ZATEM PO CÓŻ JE TRZYMASZ, CZŁOWIEKU?
- Są ładne, poza tym wiąże się z nimi pewna legenda.
- OPOWIESZ MI JĄ?
- Jasne! Z przyjemnością! - sięgnęłam po kubek z herbatą. Historia nie należała do najdłuższych, ale spodziewałam się, że po skończeniu przyjdzie mi się jeszcze mierzyć z ciekawością przyjaciela. - Mówi się, że kto złoży tysiąc takich gwiazd, ma prawo wypowiedzieć jedno życzenie, które się spełni. Działa podobnie jak tysiąc żurawi, ale gwiazdy łatwiej jest złożyć, hah.
- NIE WYPOWIEM SIĘ NA TEN TEMAT, ALBOWIEM NIGDY NIE SKŁADAŁEM NICZEGO Z PAPIERU. NIE MNIEJ BRZMI TO INTERESUJĄCO! I ILE JUŻ MAGICZNYCH GWIAZD STWORZYŁAŚ?
- Do teraz? - musiałam zastanowić się przez moment. - Czterysta? Czterysta pięćdziesiąt? Miałam to zapisane w którymś z moich zeszytów, ale wszystkie zostawiłam w międzywymiarowym pudle.
- ROZUMIEM! CHYBA WKRÓTCE BĘDZIESZ MUSIAŁA SIĘ PO NIE UDAĆ, CZYŻ NIE?
- Owszem.
- A JAK BRZMI TWOJE ŻYCZENIE?
Dobre pytanie. Uciekłam spojrzeniem w bok.
- Ja... Ja go nie miałam - pozwoliłam Papyrusowi zachłysnąć się powietrzem ze zdumienia, nim kontynuowałam. - I nadal nie mam. Myślałam, że znajdę marzenie do zrealizowania, gdy będę blisko tysiąca.
- CZYLI NIE MASZ MARZEŃ? ABSOLUTNIE ŻADNYCH?! TO PRZECIEŻ STRASZNE!
- Nie, to nie tak...! Po prostu, widzisz, każde życzenie, o jakim myślałam do tej pory, nie wydawało się... Hmm, godne poświęcenia na nie ponacinanych papierem palców i godzin spędzonych w zgarbionej pozycji? - zachichotałam cicho, wpadłszy na nieco szalony pomysł. - A może chcesz, abym spełniła twoje życzenie? To odnośnie zostania strażnikiem?
- CZŁOWIEKU! TO NIEWIARYGODNIE UROCZA PROPOZYCJA, MUSZĘ JEDNAK ODMÓWIĆ! WOLĘ SAM ZAPRACOWAĆ NA ZREALIZOWANIE TEGO MARZENIA, NIE CHCIAŁBYM ZAWDZIĘCZAĆ GO NICZEMU INNEMU NIŻ SWOJEMU WYSIŁKOWI! BARDZO CI JEDNAK DZIĘKUJĘ ZA PAMIĘĆ!
Skinęłam ze zrozumieniem głową. Poczułam podziw wobec jego postawy, zaangażowania oraz niezłomności. Wiedziałam, że nie mogę się z nim równać w tej kwestii - bardzo łatwo pozwalałam sobie na zniechęcenie i szybko się poddawałam.
- ALE JAK W ZASADZIE TAKIE MAŁE, SZTUCZNE GWIAZDY MOGĄ SPEŁNIAĆ ŻYCZENIA? TO ZASTANAWIAJĄCE!
- Oh, ale i proste - sięgnęłam pamięcią do momentu poznania się z legendą papierowych gwiazdek. - Dawniej robiło się je podczas nocy, kiedy niebo rozcinały meteory, nazywane przez ludzi "spadającymi gwiazdami".
- TO GWIAZDY SPADAJĄ?!
- Nie te prawdziwe, spokojnie. Po kosmosie dryfuje mnóstwo okruchów skał i lodu, które czasami są ściągane przez grawitację naszej planety. Spadając na ziemię, zaczynają płonąć. Świetnie to widać na nocnym niebie. No, to właśnie okruchy, płonące i zmierzające ku ziemi są tymi "spadającymi gwiazdami". I mówi się, że również spełniają życzenia.
Zaraz, czy ja naprawdę uczę astronomii kogoś, kto w życiu nie widział na oczy nieba?
- BARDZO ZAWIERZACIE MOCY SPRAWCZEJ NIEPRAWDZIWYCH GWIAZD! ALE JAK KAMIENIE I LÓD MAJĄ SIĘ DO PAPIERU?
- Dawno temu ludzie bali się, że jeśli spadnie zbyt wiele "gwiazd", niebo zrobi się puste, dlatego ilekroć noc przynosiła ze sobą meteory, chwytano za papier i tworzono zastępcze.
- A GDZIE TU SPEŁNIANIE MARZEŃ?!
- Wiesz, kiedy zauważono, że z nieba niczego nie ubywa, uznano, że to dzięki złożonym gwiazdom. W ten sposób nadano im moc spełniania życzeń.
Przycisnęłam kubek do ust i upiłam długi łyk, który całkowicie osuszył naczynie. Płuca wydawały się bardzo ciężkie, ledwo mogłam oddychać. Poczułam się dość zmęczona, ale jedno spojrzenie na szkielet utwierdziło mnie w pewności, że warto było o tym opowiedzieć. Papyrus promieniał, zupełnie jakby sam przemienił się w gwiazdę.
- WOWIE! CÓŻ ZA NIEBANALNA HISTORIA! BARDZO CI DZIĘKUJĘ, ŻE SIĘ NIĄ ZE MNĄ PODZIELIŁAŚ! - nagle zostałam zakleszczona w uścisku kościstych ramion. Z trudem zachichotałam, odwzajemniając gest.
- Nie widzę problemu. Cieszę się, że ci się spodobała.
- BYŁO TO NIEMAL TAK DOBRE JAK MOJA UKOCHANA KSIĄŻKA! A MOŻE NAWET TAK SAMO DOBRE! CZŁOWIEKU, TWOJA TWARZ ROBI SIĘ FIOLETOWA, CO TO ZNACZY?!
- Potrzeba mi tlenu - wycharczałam, stukając go jednocześnie po kości ramienia. Zrozumiał aluzję i mnie wypuścił. - Uwah... Jesteś naprawdę silny.
- ZA TO TY WYDAJESZ SIĘ BARDZO SŁABA.
- Bo to prawda - rozłożyłam bezradnie ręce i rozmasowałam ramiona. - Gah, chwila, gdzie słoik...?
- TUTAJ, CZŁOWIEKU - Papyrus podniósł naczynie z podłogi, by mi je oddać. - DOPILNOWAŁEM, BY ŻADNA GWIAZDA NIE WYPADŁA.
- Dziękuję ci - uśmiechnęłam się szeroko, chowając osłonięty ponownie wieczkiem do plecaka.
- TROCHĘ ŻAŁUJĘ, ŻE SANS NIE USŁYSZAŁ TWOJEJ OPOWIEŚCI, CZŁOWIEKU. ON PRZEPADA ZA KOSMICZNYMI RZECZAMI.
- Na szczęście zarówno ty, jak i gwiazdka macie donośne głosy.
Zaskrzeczałam nieelegancko i zaplątałam się w kocu, ujrzawszy nagle zmaterializowanego za balustradą Sansa. Podejrzewałam, że przyzwyczajenie się do jego umiejętności niespodziewanego pojawiania się w różnych miejscach jeszcze długo przyprawiać mnie będzie o ból głowy.
- DŁUGO CIĘ NIE BYŁO, BRACIE!
- Powiedzmy, że tamta książka była całkiem wciągająca - szkielet roześmiał się. Barierka, o którą się opierał, trzeszczała cicho. Chyba przejął się tym, bowiem odepchnął się od niej i ruszył ku schodom.
- OCZYWIŚCIE! PRZYZNAJ SIĘ, ŻE ZNOWU DRZEMAŁEŚ! - Papyrus splótł ramiona w geście niezadowolenia. Ponieważ przeczuwałam, iż zacznie prawić bratu kolejne wyrzuty, a na ten moment moje uszy miały dość decybeli, złapałam za kubek i czmychnęłam do kuchni z zamiarem zaparzenia świeżej herbaty.
- Skąd to przypuszczenie, Paps? - jęknęły sprężyny w kanapie, przy akompaniamencie strzykających kości. 
- TY ZAWSZE UCINASZ SOBIE DRZEMKI W NAJMNIEJ ODPOWIEDNICH MOMENTACH! JAK CHOĆBY OSTATNIEJ NOCY!
- Wiesz... To się nazywa spaniem i każdy tego potrzebuje.
- GADANIE! 
Dopiero po kilku sekundach zdałam sobie sprawę, że nie mam pojęcia, gdzie szukać składników naparu. Nastawiwszy na kuchence naszykowaną wcześniej przez któregoś z braci wodę, wychyliłam głowę z kuchni.
- Gdzie trzymacie herbatę?
- Na pewno nie w lodówce.
Zmarszczyłam brwi i posłałam szkieletowi spojrzenie sugerujące, iż nie mam w tej chwili ochoty na żarty. Nie zmartwił się tym, zapewne nawet nie zauważył mojego wzroku, ponieważ utrzymywał z bratem kontakt wzrokowy.
- Przecież ty również czasem śpisz.
- WŁAŚNIE NIE! JA CAŁY CZAS CZUWAM! TYLKO PO MNIE TEGO NIE WIDAĆ!
Stąpałam cicho, by nie uronić z tej rozmowy ani słowa. Przekonana, że Sans po prostu zażartował, otworzyłam lodówkę, gotowa nawet nie zdziwić się na widok paczki herbaty, okazało się jednak, iż mówił prawdę - praktycznie cała chłodziarka wyłożona była produktami niezbędnymi do ugotowania spaghetti.
- Uhh, skoro tak twierdzisz, to niech będzie.
- CIESZĘ SIĘ, ŻE PRZYZNAŁEŚ MI RACJĘ. CÓŻ! - ponownie usłyszałam hałasujące sprężyny, tym razem towarzyszył im dźwięk gromkiego tupania. - W TEJ CHWILI MUSZĘ UDAĆ SIĘ POD PRYSZNIC! LICZĘ, ŻE NIE ZAŚNIESZ PODCZAS MOJEJ NIEOBECNOŚCI, W KOŃCU POTEM NADEJDZIE CZAS NA CZYTANIE, PRAWDA?
- Prawda.
Dopiero przeszukując zczerniały piekarnik znalazłam puszkę z zasuszonymi herbacianymi liśćmi. Dziękowałam opatrzności w dowolnej formie, że dwa dni wcześniej odzyskałam węch, bowiem ciemna mieszanka nawet nie przypominała herbaty. Uzbrojona w łyżeczkę, zaatakowałam wnętrze puszki.
- NIE ZAWIEDŹ MNIE, BRACIE! BARDZO W CIEBIE WIERZĘ!
Mały sztuciec z brzękiem upadł na kafelki, którymi wyłożono podłogę. Puszka uniknęła tego losu, ponieważ wcześniej ustawiłam ją na blacie. Wstrząsały mną dreszcze na tyle silne, że niemal uklękłam. Żołądek zafalował gwałtownie.
- CZŁOWIEKU, MOŻE RÓWNIEŻ ZECHCESZ WYSŁUCHAĆ HISTORII? - na posadzce odrysował się cień Papyrusa, widziałam też kawałek jego czerwonych butów. Bez słowa gapiłam się na ciemny kontur otulający łyżeczkę, niezdolna do wykrztuszenia choćby słowa. - CZŁOWIEKU...?
- A-ah? Co? - dopiero łagodne poklepanie po ramieniu mnie ocuciło. Skrzyżowałam wzrok z zaniepokojonym szkieletem. - Historii?
- TAK! SANS BĘDZIE CZYTAŁ MOJĄ ULUBIONĄ KSIĄŻKĘ! MOŻE DO NAS DOŁĄCZYSZ?
- Oh... Nie, przepraszam, to nie najlepszy pomysł - pokręciłam stanowczo głową. - Nie chcę ponownie przy tobie wymiotować.
- OH, TO ZROZUMIAŁE! - Papyrus pochylił się, by podnieść łyżeczkę i mi ją wręczyć. - BARDZO SZKODA!
- Może innym razem.
- MAM TAKĄ NADZIEJĘ! BYWAJ, CZŁOWIEKU! - obrócił się na pięcie i dziarsko wyszedł z kuchni. Usłyszałam głęboki bulgot wody, dlatego wyłączyłam palnik i ostrożnie przelałam wrzątek do kubka.
Wpatrywałam się w ciemniejący napar dłuższą chwilę, ciesząc się pustką trawiącą umysł. Organizm chwilowo uspokoił się. Nawet Głos nie dawał mi się we znaki. Stałabym przy blacie zapewne dłużej niż to konieczne, gdybym nie kichnęła, uświadamiając sobie, że po prostu marznę. Złapałam kubek tak, by nie nabawić się oparzeń i wróciłam do salonu.
- O, hej z powrotem. Szczerze myślałem, że zgubiłaś się w szafce pod zlewem - Sans dotrzymał słowa, nie usnął. Zamiast tego powoli obracał w palcach słoik, przyglądając się uważnie gwiazdom. Zapewne powinnam złajać go za ruszanie moich rzeczy bez pozwolenia, jednak z drugiej strony nieszczególnie mi to przeszkadzało. W milczeniu usiadłam na kanapie i spróbowałam uszczknąć łyk. Przypłaciłam to utratą czucia na czubku języka. - Fajna robótka. Gdzie się tego nauczyłaś?
- Jeszcze na powierzchni. Zawsze miałam mnóstwo czasu do zmarnowania, pewnego dnia znalazłam przepis na to i tak jakoś się zaczęło.
Mruknął coś po cichu w odpowiedzi, ale nie pociągnął tematu dalej. Zasłuchałam się w szum prysznica.
- Gwiazdka? - niespodziewanie przypomniałam sobie, jak zatytułował mnie kilka minut wcześniej. Spojrzał na mnie kątem oka.
- Huh?
- Nazwałeś mnie gwiazdką.
- To źle?
- N-nie, po prostu... Powiedzmy, że nie tego się spodziewałam.
- A czego? - zdawało mi się przez chwilę, że jego oczodoły pociemniały. Nie chciałam poruszać żadnych potencjalnie groźnych tematów, dlatego wzruszyłam ramionami.
- Spodziewałam się nazwania dzieciakiem. Albo młodą. Skąd pomysł na "gwiazdkę", hm?
- Kręcisz gwiazdy, rozświetliłaś nieco mojego brata. Co, źle ci z tym? Wolałabyś byś nijaką "młodą"?
- Chyba wolałabym być Karune - przyznałam, ponownie sprawdzając zdatność herbaty do picia. - Na razie jestem wyłącznie "człowiekiem" lub gazową kulą.
- Bycie gazową kulą nie brzmi tak źle, nic nie robisz, tylko promieniejesz, a i tak wszystko kręci się wokół ciebie. A co do tytułu "człowieka"... Czyżby ci nie odpowiadał?
Znowu poczułam się nieco zagrożona. Opróżniwszy umysł z jakichkolwiek myśli, które mogłyby przywołać wspomnienia, wykrzywiłam usta w półuśmiechu.
- Nie to mam na myśli. Zwyczajnie fajnie byłoby, gdyby zwracano się do mnie po imieniu. Czy Papyrus w ogóle je zna...?
- A przedstawiłaś mu się?
Na chwilę kompletnie zbaraniałam. Oczywistość uderzyła mnie kilkukrotnie z otwartej dłoni w twarz.
- Chy-chyba nie - wyjąkałam, czerwieniąc się. Sans skwitował to krótkim, pozbawionym drwiny śmiechem.
- Mój brat jest może niesamowity, ale nie dzięki paranormalnym zdolnościom, niestety tych mu brak.
Jęknęłam cicho ze wstydu, owijając twarz szalem.
- Co ty robisz? - szkielet wyglądał na szczerze rozbawionego moimi nieracjonalnymi poczynaniami.
- Umieram na zażenowanie - przeciągnęłam ostatnią głoskę, dając tym do zrozumienia, jak źle mi z reprezentowanym poziomem głupoty.
- Proponuję ci jeszcze nieco pożyć. Paps wydaje się być szczerze podekscytowany wizją waszej... "randki"? - to już nie był nawet śmiech. To było rzężenie zdezelowanego silnika, a jak istota bez układu oddechowego mogła wydawać z siebie takie tony, pozostać dla mnie miało na zawsze tajemnicą.
- Przestań! To był przypadek, ja nawet nie potrafię flirtować! - pożałowałam swoich słów słysząc, że mój towarzysz praktycznie się już dusił. Siłą woli usiłowałam transmutować herbatę w arszenik lub cyjanek, próby te jednak spełzły na niczym. Pozostało mi tylko bardziej się pogrążyć. - W zasadzie planowałam więcej mu się nie pokazywać na oczy po tym wszystkim, ale rozłożyła mnie choroba.
- Hm? Czemu?
- Co "czemu"?
- Czemu to planowałaś?
- Bo nie zasługuję na to, by być jego przyjaciółką.
Powiedziałam to. Przyznałam to na głos i wcale nie czułam się dzięki temu lepiej, wręcz przeciwnie. Odniosłam wrażenie, że dopiero teraz poczucie winy zacisnęło się wokół mej szyi niczym wisielczy sznur. Zaczynało brakować mi powietrza, dlatego powoli odwinęłam szal. Drżałam, przerażona. Nie wiedziałam, czego się spodziewać.
- Czemu tak myślisz? - jego ton był enigmatyczny, nie zdradzał jakichkolwiek emocji. Z jakiegoś powodu bałam się przez to jeszcze bardziej.
Zabiłam go, kiedy chciał mnie oszczędzić. Zabiłam go, chociaż mi nie zagrażał. Zwilżyłam językiem pęknięcie w dolnej wardze. Dobrze o tym wszystkim wiesz, zatem czemu zmuszasz mnie, bym to powiedziała?
- Jestem po prostu osobą niewartą zachodu. Poza tym i tak odejdę, prawda? - nie mogąc zdobyć się na powiedzenie jednej prawdy, zdecydowałam się wskazać inną, nie mniej w moim odczuciu ważną. - Nie chcę, by cierpiał, gdy wrócę na powierzchnię.
- Kto mówi, że musisz wracać?
- Moje trzewia tak sugerują.
- A co sugeruje mózg?
Że mogłabym zacząć tu wszystko od nowa.
Pokręciłam stanowczo głową, suche kosmyki smagały mnie po twarzy. Wiedziałam, że szansę na to już zaprzepaściłam.
- Nie słucham go. Często ma głupie pomysły.
- Skoro tak...
Stoicko spokojny, znowu poświęcił się konsumpcji ketchupu. Herbata nareszcie ostygła, dlatego pociągnęłam jej długi łyk. Przestałam słyszeć prysznic.
- Hej, a to nie jest tak, że migasz się, bo zwyczajnie boisz się randkować?
Karmazyn, którym momentalnie się oblałam, zdawał się palić mnie od środka.
- S-skąd w ogóle taki pomysł!? - syknęłam, krzywiąc się. - Kompletna niedorzeczność!
Nie chciałam dać po sobie poznać, że właśnie trafił w czuły punkt, będący trzecią, dość istotną, przyczyną mej niechęci do jakiegokolwiek randkowania. Otóż z racji marnego dostosowania społecznego nie poznawałam wielu nowych ludzi; ledwo udawało mi się zjednywać przyjaciół, cóż dopiero mówić o randkowaniu! Nigdy na żadnej nie byłam i, w co może trudno uwierzyć, wolałam, by tak pozostało. 
Moja gwałtowna reakcja nie zrobiła na nim wrażenia, co gorsza - potwierdziła, że miał rację.
- Twój wyraz twarzy - wycelował palcem w mój nos. - Wyglądasz jak ktoś, kto właśnie konfrontuje się z prawdą.
- Dobra! - wyrzuciłam ręce w górę. - W życiu nie randkowałam. Nie jestem typem dość towarzyskim, nawet ze znajomymi spotykałam się od wielkiego dzwonu.
- Brak doświadczenia to naprawdę taki problem? - nie wydawał się być przekonany.
- Chyba tak, a nie?
- Skąd mam wiedzieć. Czy ja ci wyglądam na zapalonego randkowicza?
- Nie, wydajesz się na to zbyt gruboskórny.
- Zresztą skoro nie znasz mechaniki, w bibliotece jest książka o tym, jak randkować.
- Serio? Czekaj, a skąd ty wiesz takie rzeczy? - spojrzałam na niego spode łba, nieco zgłupiała.
- Powiedzmy, że rzuciła mi się na oczy.
- Ah tak?
- Taa, raz przewrócił się na mnie cały regał i zostałem przygnieciony masą książek. Róg tamtego wydania wbił mi się w oczodół.
Niepewna, czy to kolejny dowcip, czy może jednak zdarzenie autentyczne, wbiłam wzrok w kubek, w jednej trzeciej już opróżniony.
- Wracając... Idźcie na tę randkę, a ty potraktuj to raczej jako przyjacielskie spotkanie okraszone nieudolnym flirtem - na górze trzasnęły drzwi. - Powiem ci w zaufaniu, że nie musisz się martwić o zranienie uczuć mojego brata, nie żywi on do ciebie niczego poza szczerą sympatią.
Oh, dobrze wie... Czekaj, czy to forma obelgi?- SANS! MAM NADZIEJĘ, ŻE NIE ŚPISZ! - balustrada zadrżała, gdy Papyrus oparł się o nią z impetem. Jego czaszka lśniła od wody, kilka kropel uderzyło w drewno. - O. NIE ŚPISZ.
- Nie pozwoliłam mu - wtrąciłam, nim szkielet zdążył powiedzieć coś bardzo śmiesznego.
- A i tak było blisko.
Chciałam spiorunować go wzrokiem, ale wymagało to zaangażowania sił, których nie miałam, ograniczyłam się zatem do pogardliwego prychnięcia.
- OH. TO ZNAKOMICIE! ZATEM BRACIE, ZA DWIE MINUTY OCZEKUJĘ CIĘ U SIEBIE! UDANEGO WYPOCZYNKU W SAMOTNOŚCI, CZŁOWIEKU!
- Pa, Papyrusie - pomachałam mu, czego mógł już zobaczyć, bowiem spieszył się do swojego pokoju.
- No. To chyba czas na mnie - Sans podniósł się z podłogi i otrzepał spodnie.
- Czytasz mu na dobranoc? - rzuciłam, chcąc podtrzymać rozmowę przez jeszcze choćby kilka sekund, nim zniknie.
- Taa.
- To Papyrus umie spać? - uniosłam brew. Nie spodziewałam się tego po tym wulkanie energii, zwłaszcza iż zdawał się nie znać idei spania.
- Heh, dobre pytanie. Powiedziałbym raczej, że przechodzi w stan czuwania - szkielet podrapał się po czole. - Serio nie dołączysz?
- Nie... - uśmiechnęłam się słabo. - Zaraz i tak zasnę. A nie chcę wyjść na znudzoną czytanką, rozumiesz?
- Rozumiem.  Więc dobranoc, gwiazdko, i do zobaczenia.
W przeciwieństwie do kroków Papyrusa, kroki jego brata były niemal niesłyszalne, w czym niewątpliwie udział miały miękkie kapcie, które nosił. Kilka sekund później jęknęły zawiasy.
- Jestem, Paps.
- WSPANIALE!
Kubek ustawiłam przy kanapie, następnie zaś rozłożyłam się horyzontalnie i szczelnie opatuliłam kocem, wzrok wbiłam w poszarzały sufit. Mój umysł pogrążony był w komfortowej próżni, gdzie nie snują się żadne zbędne myśli. Cisza wręcz dzwoniła mi w uszach. Myślałam, że będę w stanie usłyszeć głosy szkieletów, sączące się zza drzwi, że może poznam treść czytanki; niestety, albo drzwi były dość grube, by pożerać wszystkie dźwięki, albo to Sans tak cicho czytał.
Westchnęłam, przekręcając się na bok. Przypomniałam sobie nagle, iż nie udało mi się zapytać o sposób utrzymania Undyne z daleka ode mnie, a byłam go szczerze ciekawa. Ponieważ miałam pamięć dziurawą niczym sito, nie pozostało mi nic innego niż snuć różne teorie, mniej lub bardziej prawdopodobne. Zasnęłam niepostrzeżnie w połowie rozmyślań.

Ledwo się ocknęłam, a już o mało nie dałam plamy, prawie wywracając kubek z niedopitą herbatą. Przewracałam wszelkiego rodzaju naczynia tyle razy, iż wyrobiłam sobie odruch chwytania ich na ułamek sekundy przed dopełnieniem się nieszczęścia, jak choćby teraz. Dopiero wyczuwszy ceramiczny brzeg pod palcami, pozwoliłam sobie na otworzenie oczu.
Niewiele się zmieniło podczas snu. Brak światła charakteryzującego porę dnia i zerowe pojęcie o szybkości czasu lokalnego nadal nieco dezorientowały, zakładałam jednak, że spałam po ludzku kilka godzin.
Bardziej czułam niż wiedziałam, że jestem sama w domu. Brakowało jakiejś energii generowanej przez Papyrusa oraz atmosfery rozleniwienia wprowadzanej przez Sansa.
Zerwałam się z kanapy niczym oparzona. Doskonale zdawałam sobie sprawę, że jeśli poświęcę myśleniu o panującej dookoła pustce więcej niż kilka sekund, zastygnę na bliżej nieokreślony czas, wspominając ah jakże pustą i samotną przeszłość i nie będę nawet w stanie podnieść swojego jestestwa. Na to wszystko czułam się już za dobrze, nie miałam zamiaru gapić się melancholijnie w próżnię. Poza tym moja własna niemoc działała mi już na nerwy. Musiałam w końcu porzucić roztkliwianie się nad przeszłością - na tę nie miałam wpływu, powinnam skupić się na niezaprzepaszczeniu tego, co przede mną. Utknięcie między wyrzutami sumienia a strachem przed powtórzeniem błędów było najgorszym, na co mogłam pozwolić.
Swoją drogą tymczasowa samotność nie była znowu czymś nieznośnym. Odzyskałam siły, naszła mnie też dzika chęć wygłupiania się, a ponieważ nikt niczego nie mógł widzieć, zaczęłam wirować chaotycznie niczym pijany bąk. Śmiałam się przy tym do rozpuku, niewytłumaczalnie dumna z reprezentowanej przez siebie głupoty. Deski skrzypiały w takt stawianych kroków, drżał ceramiczny kubek, kiwał się stolik. Po kilku minutach byłam już kompletnie wyczerpana; sapiąc, ułożyłam się na podłodze, zwrócona twarzą ku sufitowi. Świat nie zatrzymał się ze mną, lecz nadal wirował, musiałam zamknąć oczy.
Hej, jesteś tutaj?Odkąd trafiłam do domu braci, Głos nie dawał znaku bytu. Czułam się dziwnie bez jego obecności, bez komentarzy. Za bardzo przywykłam do tego "towarzystwa" i chciałam jego powrotu.
Coś cicho zaszumiało.
*Czyżbyś tęskniła?
Odetchnęłam cicho, uśmiechając się, niejako z ulgą.
Można w sumie tak powiedzieć.
*Aż nie mogę w to uwierzyć.
Przewróciłam się na brzuch, dzięki czemu miałam doskonały widok na pozostawionego wcześniej przez Sansa hot-doga. Pozostawiony na stoliku, gdzie wcześniej spoczywała dowcipna książka, wyglądał nadzwyczaj samotnie. Nie mogłam zjeść go w chwili dostarczenia, biorąc pod uwagę brak współpracy ze strony żołądka, jednak teraz, nareszcie zdrowa, czułam głód. Nie miałam jednak ochoty podnosić się z desek, zatem zmuszona byłam do ruchu pełzakowatego w kierunku posiłku.
*Wyglądasz jak ameba.
Roześmiałam się na głos. 
Od dawna twierdzę, że przypominam takową, zatem nie mam zamiaru się obrażać.
*Jak widzę, nadal siedzisz z tymi szkieletami, co?
Na razie siedzę tu sama.
*Wiesz, co mam na myśli.
Zdawało mi się, iż słyszę pełne irytacji westchnięcie.
*Dlaczego ty im ufasz?
Stolik powiększał się. Poczułam również słabą woń gotowanej parówki.
Zapewnili mi wikt, opierunek i rozrywkę, poza tym nie zdradzili mnie w chwili słabości Undyne. To dla mnie wystarczający powód do zaufania.
Gdybym przysunęła się o jeszcze kilka centymetrów, nosem uderzyłabym w nogę mebla. W kilku skomplikowanych ruchach usiadłam i sięgnęłam po bułkę.
*Co głupiego jeszcze planujesz?
Wbiłam zęby w mięso. Chociaż posiłek czekał na mnie kilka godzin, był wspaniale świeży. Jeżeli potwory kiedykolwiek się uwolnią, mogłyby zbić majątek na produkcji konserwantów.
Zależy, co definiujesz jako "głupie".
*Praktycznie każde twoje działanie jest wspaniałym pokazem głupoty. Inaczej, co zamierzasz teraz zrobić?
Kilka sekund i już nie było połowy hot-doga, starłam z ust okruszki. Trochę żałowałam, że nie miałam ketchupu lub jakiegoś sosu, z drugiej strony powinnam być wdzięczna, iż otrzymałam jakikolwiek obiad. Śniadanie. A może lunch?
Trudne pytanie. Musiałam wstać i udać się do kuchni po coś do picia. Chyba pójdę do biblioteki.
*Biblioteki?
Rozejrzałam się po pomieszczeniu, szukając wzrokiem jakiegoś stołka - kran w końcu nadal był odrobinę zbyt wysoko, bym mogła z niego skorzystać. Niestety, nie mogłam niczego znaleźć. Spróbowałam zajrzeć do szafki pod zlewem, gdzie zastałam wyłącznie zajętego konsumpcją kości psiaka. Uznałam, iż nie moją sprawą jest przeganianie go, zamknęłam drzwi i zaczęłam wdrapywać się na kuchenny blat.
*To, co zamierzasz, jest ryzykowne, skręcisz kark.
Skarpetki ślizgały się niebezpiecznie po gładkiej powierzchni, poza tym szafka stała za daleko i nie dosięgałam do kurków. Zaklęłam cicho, schodząc z blatu.
To co ja mam teraz zrobić?
*Skorzystaj z toalety.
Zamrugałam, zaskoczona prostotą propozycji.
Oh. To... to niezły pomysł.
I tak potrzebowałam udać się do łazienki. Po kilku dniach spędzonych niemal w bezruchu, zaczęłam się rozkładać. Szczęśliwie moi gospodarze, w przeciwieństwie do mnie, nie posiadali zmysłu powonienia (a przynajmniej taką miałam nadzieję), dlatego obeszło się bez sugestii z ich strony. Wiedziałam, że muszę doprowadzić się do porządku.
Opuściłam kuchnię. Plecak leżał tam, gdzie go porzuciłam, czyli przy jednym boku kanapy, tam też oczekiwała mnie sympatyczna niespodzianka. Ktoś przyniósł moje zeszyty, a w ramach prezentu zostawił na jednym z nich cynamonowego króliczka, do którego przyczepiona została karteczka.
"CZŁOWIEKU. PODCZAS WALKI PRAGNĘŁAŚ BEZINTERESOWNIE POCZĘSTOWAĆ MNIE CYNAMONOWYM SMAKOŁYKIEM. TERAZ JA PRAGNĘ UCZYNIĆ TO SAMO. POZA TYM PRZYNIOSŁEM ZESZYTY Z PUDŁA PRZY SKLEPIE, SĄDZĘ, IŻ TO O NICH MI WCZORAJ WSPOMINAŁAŚ. ŻYCZĘ UDANEJ KREACJI PAPIEROWYCH GWIAZD SPEŁNIAJĄCYCH ŻYCZENIA. TWÓJ NAJWSPANIALSZY PRZYJACIEL, PAPYRUS."
Uśmiechnęłam się szeroko, rozbrojona urokiem bijącym od treści liściku. Złożyłam go na pół i wsunęłam do czerwonego zeszytu, z plecaka wyłowiłam świeże ubrania na zmianę, następnie zaś pobiegłam do łazienki.
Ciepła woda to niewątpliwie najgenialniejszy z wynalazków. Kilkuminutowa kąpiel do reszty postawiła mnie na nogi, była również sympatycznie rozgrzewająca. Oparta o umywalkę, suszyłam włosy, nadal rozpaczając nad brakiem szczotki.
*Nie odpowiedziałaś mi na pytanie.
Które?
*Po co chcesz iść do biblioteki?
Pożyczyć książkę, no bo co innego mogę robić w bibliotece? Szacowałam, ile zajmie moim włosom naturalne wyschnięcie. Uznałam, że przeliczenia nie mają w zasadzie większego sensu, dlatego też w pełni skupiłam się na rozmowie z Głosem. Zadajesz pytania, jakbyś nie znał...a... 
*Znało. Załóż brak płci, do licha.
Niech ci będzie. Jakbyś nie znało funkcji biblioteki, a szczerze wierzę w twoją wiedzę.
*Miałom się wzruszyć? Nieważne. Po co ci książka o randkowaniu?
Zaskoczona ześlizgnęłam się z umywalki, nie tracąc na szczęście przy tym równowagi.
Grzebiesz mi w myślach?
*Raczej one natrętnie wirują w moim pobliżu, nie dziw się, że je znam. Mogłabyś ogarnąć ten niezmierzony śmietnik, naprawdę.
Mruknęłam pod nosem coś na temat prywatności oraz jej poszanowania, palcami starając się przeczesać wilgotne pasma. Nagle zauważyłam, że na lustrze wisiała żółta karteczka samoprzylepna. Narysowano na niej strzałkę skierowaną ku dołowi, a wskazującą na grzebień, w którym rozpoznałam własność Sansa.
- Dziękuję - rzuciłam w przestrzeń, łapiąc różowy grzebyk. W kilka chwil udało mi się okiełznać wściekłe kłębowisko włosów i zmienić je w gładki, mokry hełm.
*Ponawiam pytanie.
Jeśli można, oddalam.
*Nie można. Zresztą nie musisz odpowiadać, zawsze mogę to po prostu wyczytać.
Nawet się nie waż. Skoro tak bardzo chcesz wiedzieć - nie potrafię prowadzić randki, a nie chcę zbłaźnić się przed Papyrusem.
*Zaraz, co?!
Skrzywiłam się, bowiem krzyk był zaskakująco realny.
*Czy ty zamierzasz randkować z tym kościotrupem?! Do reszty ci odbiło?
Niewątpliwie.
*Gorączka ugotowała ci mózg.
Tak.
*Ciągle ci powtarzam, że samo obdarzenie ich zaufaniem to gigantyczny błąd, a ty jeszcze zgadzasz się pójść z jednym z nich na randkę?!
Będę miała co opowiadać, jak się stąd wydostanę.
Głos nie odpowiedział, a ja, zapatrzona w lustro, zastanawiałam się, czy ktokolwiek by mi uwierzył. Przypomniałam sobie własne zaskoczenie, gdy pierwszy raz stanęłam twarzą w twarz z potworem. Znałam historie o Ebott. O tym, jak zamknięto tam całą rasę, gdy ta przegrała wojnę z ludźmi. I te właśnie historie traktowałam jak niesamowite, ale kompletnie oderwane od rzeczywistości mity. Mogłam założyć się o zdobyte do tej pory złoto, iż większość ludzi dystansowała się do przeszłości, oznaczała ją w pamięci jako baśnie czy wymysły szaleńców. Na powierzchni nie było o tym książek, zaś nauczyciele historii skupiali się tylko na dziejach "prawdziwych".
Nawet nie spostrzegłam, gdy włosy stały się suche, co oznaczało, że nareszcie mogę wyjść. Z kieszeni w spodniach wyciągnęłam gumkę, wstążkę, zaplotłam z boku głowy kokardkę, natomiast same włosy spięłam w kucyk. Upewniwszy się, że łazienka nie wygląda jak opustoszałe pole bitwy, zbiegłam na dół, wyłowiłam zza kanapy bluzę i wyszłam. Miałam szczerą nadzieję, iż bracia nie będą mieli mi za złe pozostawienie domu otwartego - niestety, nie posiadałam kluczy, poza tym podejrzewałam, iż nikt nie łakomił się na ich inwentarz.
Skierowałam się ku bibliotece, szczęśliwie niespecjalnie oddalonej od domu szkielebraci. Z niejakim zaskoczeniem zdałam sobie sprawę, iż nie zimno nie jest już tak dotkliwe jak wcześniej; gdybym miała grubszy sweter lub bluzę z polaru, być może dałabym radę mieszkać bez większych problemów w Snowdin. 
Biblioteka okazała się przytulnym miejscem, regały uginające się pod ciężarem kolorowych woluminów sięgały samego sufitu. W kącie ustawiono stoliki, przy jednym z nich obecnie prowadzono ożywioną dyskusję na temat gier, które powinny uświetnić najnowsze wydanie miejskiego czasopisma. Za kontuarem stała sympatycznie wyglądająca bibliotekarka, która pozdrowiła mnie skinięciem głowy. Odkłoniłam jej się, po czym ruszyłam na poszukiwania poradnika dla upośledzonych w randkowaniu.
Pierwszym znaleziskiem okazało się wypracowanie do szkoły, opisujące, jak wygląda pogrzeb u potworów, niemal natychmiast odstawiłam to z powrotem na półkę. Później natknęłam się na krótkie rozróżnienie cech ciał potworów i ludzi, tę książkę również szybko odłożyłam. Dłużej natomiast zatrzymałam się przy książce, którą ktoś dopiero pisał. Przypomniała mi o wszystkich projektach, które nigdy nie miały doczekać się końca z braku weny lub ciężkiego lenistwa. Żałowałam, że nie miałam ze sobą ołówka, chciałam napisać kilka słów otuchy i zapewnień, że autorowi niewątpliwie uda się to ukończyć.
Westchnęłam, nieco zmęczona bezowocnością poszukiwań. Chciałam poprosić bibliotekarkę o pomoc,ale wydawała się być pogrążona w śledzeniu rozmowy sztabu redaktorskiego. Chwyciłam następny tom i otworzyłam go na przypadkowej stronie.
Ponieważ są stworzone z magii, ciała potworów są zależne od ich DUSZY. Jeśli potwór nie chce walczyć, jego zdolność obrony może osłabnąć.
Przełknęłam głośno ślinę, czując, jak czoło zrasza mi pot. Mimo to nie przestawałam czytać.
Im okrutniejsze są intencje wroga, tym bardziej jego ataki nas ranią. 
Odetchnęłam głośno, by się uspokoić.
Zatem jeśli istota o potężnej DUSZY uderza z pragnieniem zabicia...
Książka wyślizgnęła mi się z dłoni i z trzaskiem uderzyła o podłogę, ucinając rozmowę przy stoliku. Poczułam czyjeś pazurki na ramieniu.
- Czy wszystko w porządku? - bibliotekarka schyliła się, by podnieść upuszczony przeze mnie wolumin. Skinęłam głową, odstawiając go na regał. - Ah, ta książka... Okropna, przyznaję. Znaczy, może nie tyle okropna, ile... to ciężka lektura. Z przyjemnością ukryłabym to w archiwum, gdyby nie fakt, iż nasz księgozbiór jest dość skromny.
Potwór, podobna do zielonego jeżyka, zaśmiała się smutno, poprawiając owalne szkła.
- Smęcę, nieprawdaż?
- W-wcale nie - zaprzeczyłam, uśmiechając się słabo. - To zrozumiały ból.
- Jesteś bardzo uprzejma. Widzę cię tu pierwszy raz, raczej nie jesteś ze Snowdin, zgadza się?
Ponownie użyłam wymówki o pochodzeniu z zachodu. Jeżyk ponownie pokiwała głową.
- Rozumiem. Jak mniemam, szukasz za konkretnym wydaniem. Przepraszam, że wcześniej nie mogłam podejść, ale starałam się ukończyć wykreślankę... Zatem w czym mogę pomóc?
- Ja, umm... Szukam za... za poradnikiem... dla niedoświadczonych randkowiczów... - odchrząknęłam, zapatrzona w buty. W świetle lamp dostrzegłam nieco kurzu, którym powinnam później się zająć. 
- Oh, to...! Bardzo mi przykro, ale kilka dni temu ktoś już ten poradnik wypożyczył.
- Naprawdę? Cóż, szkoda... Ale to nic! - zawołałam, prostując się. - Najwyżej pójdę na żywioł!
- Spontaniczność jest chyba najlepszym rozwiązaniem - bibliotekarka zachichotała. - Mniemam, że spotykasz się z kimś wyjątkowym?
- O tak. Oryginał nad oryginałami.
- Zatem działanie według bezdusznych wskazówek mogłoby wszystko zepsuć, bo zapewne zachowywałabyś się jak nie ty.
- Racja - potarłam potylicę. Głos bardzo teatralnie westchnął. - Tego, to ja będę się może już zbierać.
- Dobry pomysł. Powodzenia!
Pewnym siebie krokiem wymaszerowałam z biblioteki i wróciłam pod dom braci. Przed przybytkiem oczekiwał na mnie Papyrus, oparty niemal nonszalancko o skrzynkę na listy.
- WITAJ, CZŁOWIEKU!
- Witaj, Papyrusie. Przyszłam, by z tobą randkować! - musiałam to wyrzucić natychmiast, bowiem już pragnęłam porzucić cały plan, a tym sposobem uniemożliwiłam to sobie. Mój głos wahał się między entuzjastycznym krzykiem a panicznym popiskiwaniem rozjeżdżanej myszy. W bluzie było mi stanowczo zbyt gorąco, instynkt samozachowawczy działał jednak mimo krytycznego stanu reszty mózgu i nie odrzuciłam od siebie jedynej bariery przed chłodem miasteczka. - M-mam tylko nadzieję, że nie jesteś zajęty czy coś.
Szkielet promieniał niczym supernowa, praktycznie widziałam otaczającą go świetlistą aurę. Nim zdążyłam się zaorientować, chwycił moją dłoń i już prowadził mnie ośnieżoną uliczką.
- JAK WIDZISZ, NIE JESTEM ZAJĘTY, ZATEM WSPANIALE, ŻE WYBRAŁAŚ AKURAT TEN MOMENT! POZWOLISZ, IŻ ZAPROWADZĘ CIĘ DO MEGO NAJULUBIEŃSZEGO MIEJSCA W CAŁYM SNOWDIN?
- Jasne!
Jakbym miała wybór, heh.
Dotarliśmy do rozwidlenia, skąd można było dostać się nad rzekę, wtedy też Papyrus niespodziewanie zawrócił. Dotrzymanie mu kroku było trudne, aczkolwiek to, że trzymał mnie za rękę, czyniło to nieco bardziej możliwym.
Krótki marsz doprowadził nas z powrotem pod drewniany jednopiętrowy domek. Kiedy udało mi się złapać oddech, przeszłam do szybkiej analizy.
Czy ten marsz był serio konieczny? Ledwo mogę oddychać, mój nadgarstek chyba spuchnie, nie mógł mi powiedzieć na wstępie, iż chce randkować w zaciszu domowym? Cholera, to źle w sumie. A jak Sans będzie tego wszystkiego świadkiem? Świadkiem mojej porażki? Świadkiem rozpryśnięcia się nadziei i oczekiwań jego brata w drobny pył?! Zawiodę przyjaciela, pierwszego prawdziwego przyjaciela w Podziemiu, i jeszcze narażę się, ponownie, jego bratu! Błagam, niech mi wszystko zostanie odpuszczone...!
W trakcie monologu Papyrus zdążył już wejść do środka. Nie pozostało mi nic innego niż powlec się za nim, co też zrobiłam, zgarbiona smętnie. Szkielet opierał się tym razem o stolik, usłyszawszy moje kroki, wyszczerzył się szerzej.
- ZAKŁADAM, ŻE UDAŁO CI SIĘ WCZEŚNIEJ ZWIEDZIĆ NASZ DOM, ZATEM CÓŻ POWIESZ NA TO, BYŚMY OD RAZU UDALI SIĘ DO MOJEGO POKOJU?
Do pokoju powiadasz. Oczywiście byłam całkowicie świadoma braku podtekstu w jego propozycji i nawet nie doszukiwałam się takowego. Było to nic innego niż sucha, nieco głupia myśl.
- Jasne, czemu nie - odpowiedziałam obojętnym tonem, który sam w sobie całkiem mnie rozdrażnił. Przywołałam się do porządku, dla przyjaciela, rozjaśniłam twarz uśmiechem i dogoniłam Papyrusa na piętrze. Do tej pory interesował mnie w nim wyłącznie koniec korytarza, gdzie mieściła się łazienka. Które drzwi prowadziły do czyich pokojów, wyłącznie się domyślałam, jak okazało się, poprawnie - te oblepione w większej części wszelkimi zakazami wstępu należały do Papyrusa. Szkielet entuzjastycznie pchnął je, o mało nie wyważając ich tym samym z zawiasów, po czym stanął z boku, bym mogła wejść jako pierwsza.

Wsunęłam się do środka i rozejrzałam, traf chciał, iż najpierw mój wzrok zatrzymał się na jaskrawoczerwonym łóżku w kształcie samochodu wyścigowego. Stałam przez chwilę jak zamarła, potem spojrzałam na sąsiadującą z nim skrzynię oraz poustawiane na jej wieku figurki akcyjne. Widok tych rzeczy ponownie sprowokował mnie do rozważań na temat 'wieku' Papyrusa.
- AH, CZŁOWIEKU, PODZIWIASZ MĄ KOLEKCJĘ? - pisnęłam, poczuwszy klepnięcie w łopatkę. W toku wysnuwania wniosków niemal zapomniałam o tym, że nie jestem sama.
- T-tak, jest feno-fenomenalna. Jak udało ci się ją zgromadzić? 
- TO ZASŁUGA MIKOŁAJA!
- Mi... Mikołaja? - zamrugałam szybko. - Macie tutaj Mikołaja?
- A JAKŻE? GDYBY GO NIE BYŁO, KTÓŻ ROZNOSIŁBY PREZENTY? 
Coś do mnie nie docierało. Oto rozmawiałam z potworem, być może starszym niż najstarszy człowiek żyjący obecnie, który mógł pozwolić sobie na luksus bycia najniewinniejszym istnieniem, jakie dane mi było poznać. Poczułam silne ukłucie zazdrości, a jednocześnie zrozumiałam, w jak wielkim niebezpieczeństwie stawiała Papyrusa jego natura. Pewnego dnia ta hermetyczna bańka pęknie, było to nieuniknione; trudno powiedzieć, czy to go nie zniekształci, czy nie zmieni w drastyczny sposób.
Nie chciałam o tym myśleć, nie teraz. Poza tym jako przyjaciółka powinnam go chronić, zatem o czym tu dalej mówić? Nagle byłam przekonana o tym, że żadne zmiany na gorsze mu nie grożą, że zachowam bańkę i ją wzmocnię.
- No tak, zadaję niewiarygodnie naiwne pytania - roześmiałam się i klasnęłam w ręce. - Ale mniejsza z tym na razie! Papyrusie! Czy jesteś gotów na rozpoczęcie naszej niezwykłej randki?
- NYEH HEH HEH! OCZYWIŚCIE CZŁOWIEKU! JA NARODZIŁEM SIĘ GOTÓW! MOŻE NIE KONKRETNIE NA NASZĄ RANDKĘ, ALE SAMA ROZUMIESZ. 
Potwierdziłam zrozumienie szybkim gestem głowy.
- ZNAKOMICIE, ZATEM ZACZYNAJMY!
Dusza szarpnęła się w znajomy sposób, ale nie opuściła mojego ciała, nawet nie odrysowała się na klatce piersiowej. Uznałam to za znak rozpoczęcia swego rodzaju "walki", gdzie stawką było utrzymanie przyjaźni ze szkieletem.
- CÓŻ, JAKBY CI TO POWIEDZIEĆ... NIGDY WCZEŚNIEJ TEGO NIE ROBIŁEM.
- Jeśli to cię jakoś pocieszy, to również jestem w tym temacie zielona - szarpnęłam końcem szalika, uśmiechając się z zażenowaniem.
- ZIELONA?! CZY TO ŹLE?
- Nie, nie w tym przypadku.
- OH, TO DOBRZE, USPOKOIŁAŚ MNIE. MOGĘ CIĘ JEDNAK ZAPEWNIĆ, IŻ NASZ BRAK DOŚWIADCZENIA TO NIC! NIE MOŻNA POWIEDZIEĆ "PRZYGOTOWANY" BEZ KILKU LITER MOJEGO IMIENIA, A WIEDZ, ŻE JESTEM NA TO WŁAŚNIE PRZYGOTOWANY!
Zgrabnym ruchem godnym iluzjonisty wyciągnął zza pleców niewielki tomik, na okładce pękatym pismem widniał tytuł - "Randka - z czym się to je?". Przynajmniej wiedziałam już, kto mnie uprzedził w bibliotece.
- Oh, czyli to ty zabrałeś poradnik! - odetchnęłam z ulgą. 
- OCZYWIŚCIE! NIE MOGŁEM WSZAK DOPUŚCIĆ DO POPEŁNIENIA JAKIEJŚ NIEZRĘCZNOŚCI WOBEC CIEBIE! - otworzył książkę i przekartkował ją. - BĘDZIEMY BAWIĆ SIĘ WYŚMIENICIE.
Nie poddawałam tego w wątpliwość. Pozwoliłam sobie usiąść na skraju wspaniałego samochodowego łoża.
- Skąd wytrzasnąłeś takie cacko? - zainteresowałam się, stukając paznokciem w gładką ramę.
- HMM? ZE ŚMIETNIKA, OCZYWIŚCIE! NASZE WYSYPISKO OBFITUJE WE WSZELAKIE SKARBY! A TO AKURAT ZNALAZŁ MÓJ BRAT - odpowiedział, nie odrywając wzroku od druku. Nie zdziwiło mnie to. Byłam już raz na tym wysypisku i chociaż pokonywałam je pospiesznie i bez większego przyglądania się mu, to i tak zapamiętałam, że stosy tam tworzyły przedmioty w naprawdę dobrym stanie.
Nic tu się nie marnuje.
- AHA! MAM! - Papyrus uniósł prawy palec wskazujący w górę. - KROK PIERWSZY - NAMIERZ SWÓJ CEL I ZDOBĄDŹ O NIM INFORMACJE! TO JUŻ MAMY ZA SOBĄ, PRAWDA?
- Prawda - zgodziłam się, nie tracąc uśmiechu.
- WOWIE! TA KSIĄŻKA TAK MNIE DOINFORMOWAŁA! ZATEM PRZEJDŹMY DO KROKU DRUGIEGO, A BRZMI ON... "ZAPYTAJ CEL O RANDKĘ". AHEM! CZŁOWIEKU!
- Karune - uznałam to za moment idealny do pełnego przedstawienia się.
- KARUNE?
- To moje imię. Tak jakby - historia z tym związana była odrobinę skomplikowana i liczyłam na brak próśb o wytłumaczenie tego.
- OH! ROZUMIEM! W ZASADZIE ZASTANAWIAŁEM SIĘ, JAK BRZMI TWOJE IMIĘ - szkielet odchrząknął. - WRACAJĄC. CZŁOWIEKU KARUNE! JA, WIELKI PAPYRUS, CHCĘ IŚĆ Z TOBĄ NA RANDKĘ!
- Będzie to dla mnie przyjemność i zaszczyt - skłoniłam się płytko w wyrazie aprobaty dla tej idei. Jego oczodoły momentalnie rozbłysły, jakby ktoś wsypał mu do nich po sporej paczce brokatu, zaś jego kości policzkowe w magiczny sposób poczerwieniały. Przycisnął dłonie do twarzy.
- NAPRAWDĘ?! W-WOWIE! WYGLĄDA NA TO, ŻE MOŻEMY TERAZ PRZEJŚĆ DO PUNKTU TRZECIEGO, CZYLI... "ZAŁÓŻ ŁADNE UBRANIA, BY POKAZAĆ, JAK BARDZO CI ZALEŻY"! HMM. CHWILA MOMENT! WSTĄŻKA NA GŁOWIE... TEN WSPANIAŁY SZAL... TY MASZ UBRANIA!
- Tak jakoś się złożyło... - zachichotałam, w lot pojmując, jak musiało to wyglądać z perspektywy przyjętej przez Papyrusa.
- I TO NIE TYLKO DZISIAJ! NOSISZ JE CAŁY CZAS! CZYŻBY TO ZNACZYŁO...? - ponownie spłomieniał. - CHCIAŁAŚ TEJ RANDKI OD SAMEGO POCZĄTKU, CZYŻ NIE TAK?!
Nie wiedziałam, która odpowiedź będzie lepsza, w końcu zdecydowałam się potwierdzić jego domysły.
- Dokładnie, był to mój przebiegły plan.
Szkielet wyglądał jak rażony piorunem, wzrokiem osłupiałym i rozbieżnym wpatrywał się chwilę w przestrzeń, walcząc o oddech. W końcu otrząsnął się z szoku, który mu zaserwowałam.
- N-NIE! TY TO ZAPLANOWAŁAŚ...! AGH! TO NAPIĘCIE! I TWOJE ZDOLNOŚCI RANDKOWANIA...! - szok ponownie nim zawładnął, stupor jednak trwał tym razem znacznie krócej. Spojrzał na mnie zmrużonymi oczodołami. - NYEH! NYEH HEH HEH! NIE MYŚL SOBIE, CZŁOWIEKU KARUNE, ŻE JUŻ JESTEŚ GÓRĄ! NIGDY WCZEŚNIEJ NIE ZOSTAŁEM POBITY W RANDKOWANIU I NIGDY NIE BĘDĘ!
*Bo to twoja pierwsza i pewnie ostatnia randka.
Ejże, nie wtrącaj się, nie dostałoś zaproszenia.
- WIDZISZ! JA RÓWNIEŻ MOGĘ NOSIĆ UBRANIA!
- To dobrze! - zawołałam, oddychając przesadnie głośno z ulgą. - Gdybyś nie zdecydował się na ten ruch, sytuacja stałaby się niepotrzebnie krępująca.
- NIE ODWRACAJ KOTA OGONEM, CZŁOWIEKU! NA SZCZĘŚCIE ZAWSZE MAM POD SPODEM STRÓJ NA SPECJALNE OKAZJE, TAKIE JAK ZAPROSZENIE NA RANDKĘ - ZATEM DAJ MI TERAZ KILKA SEKUND!
Nie czekając na odpowiedź, wyskoczył z pokoju, ponownie o mało nie uszkadzając drzwi. Zaczynałam im powoli współczuć, bowiem wyglądało na to, iż ciężko było im stać na straży sypialni Papyrusa, podczas gdy ten tak energicznie się przemieszczał. Parę chwil później szkielet był już z powrotem, aczkolwiek przez moment nie docierało do mnie, co jest z nim nie tak. Bojowe ciało zostało zastąpione strojem zdecydowanie luźniejszym, a jednak nadal w stylistyce pasującej mojemu przyjacielowi. Najbardziej niezwykle wyglądały naramienniki, przypominały piłki do koszykówki, natomiast najlepiej moim zdaniem prezentowała się czapeczka z daszkiem.
- I CÓŻ SĄDZISZ O MYM SEKRETNYM STYLU?!
- Jest... Jest bombowy! - wypaliłam najzupełniej szczerze, ciesząc się, że szkielet nie posiada organu sercowego - to właśnie przeżywałoby zawał, jak wnioskowałam z miny Papyrusa.
- NIE MOŻE BYĆ! NIEWYMUSZONY KOMPLEMENT...! - zachwiał się i z trudem doszedł do siebie! - HA! SWOJĄ DROGĄ, TY CHYBA NIE ZDAJESZ SOBIE SPRAWY Z UKRYTEJ MOCY TEGO UBIORU!
- Ależ skąd - zgodziłam się, przenosząc pośladki na materac - siedzenie na ramie przestało mi odpowiadać w zasadzie już około dwóch minut wcześniej. Pozwoliłam sobie na niewielkie przeciągnięcie się. - Ale wierzę, iż zdradzisz mi tę moc.
- PHI! TO PRZECIEŻ OCZYWISTE... CZEKAJ, WRÓĆ! WCALE NIE! SAMA MUSISZ ZNALEŹĆ TE SEKRET, INACZEJ NASZA RANDKA NIE POSUNIE SIĘ JUŻ DALEJ!
Uśmiech szkieletu byłby niewątpliwie bardziej złowieszczy, gdyby nie krył się za nim chichot podlotka. Wydawał się być dumny ze swej przebiegłości.
Ze stoickim spokojem zeszłam z łóżka, zlustrowałam Papyrusa od stóp do głów i bez większego zastanowienia ściągnęłam mu z głowy czapkę, odsłaniając nieduży pakunek.
- KURCZĘ, DOBRA JESTEŚ.
*S-skąd wiedziałaś?
Kobieca intuicja. Zresztą tylko tam mógł cokolwiek ukryć.
- ZDAJE SIĘ, ŻE NIE MAM WYBORU. TO PREZENT. TY-TYLKO DLA CIEBIE!
Sięgnęłam po elegancko zapakowaną paczuszkę, obwiązaną ciemnofioletową wstążką. Pociągnęłam za jej koniec, rujnując w ten sposób kokardkę i sprawiając, że białe ścianki pudełka rozpadły się, ukazując nieduży talerz spaghetti.
- WIESZ, CÓŻ TO TAKIEGO?
- Znakomite danie znakomitego mistrza kuchni?
- DOKŁADNIE! - szkielet wypiął dumnie pierś. - JEDWABISTY MAKARON, DOJRZEWAJĄCY LATAMI W DĘBOWYCH BECZKACH. UGOTOWANY PRZEZE MNIE, MISTRZA KUCHNI, JAK SŁUSZNIE STWIERDZIŁAŚ!
*Innymi słowy - do podziwiania, nie konsumpcji.
To akurat nie jest zaskoczeniem, czyż nie?
- NIGDZIE DALEJ NIE ZAJDZIEMY! TO KONIEC, CZŁOWIEKU KARUNE! 
Wypuściłam powietrze z płuc jednym długim świstem, po czym wyciągnęłam talerz w kierunku Papyrusa.
- Nie mogę przyjąć tak wspaniałego podarku - spojrzałam mu prosto w oczy. - Nie jestem go godna. Proszę, powinien on zostać z tobą.
Doprowadziłam go na skraj hiperwentylacji, widziałam to. Trząsł się, przejmując ode mnie talerz.
- TY... PRZYJMUESZ MÓJ PREZENT... A NASTĘPNIE ODDAJESZ GO MNIE, WIESZ BOWIEM, JAK BARDZO KOCHAM MAKARON...! AGH! - nim chwycił się na mostek, odstawił spaghetti na podłogę, by było bezpieczne. - UGHHHHH! NIEEEE!
Kiedy padł na kolana, szczerze się przestraszyłam, że nawet w nieprawdziwej walce mogłam skrzywdzić potwora. Ukucnęłam naprzeciw i wyciągnęłam ku niemu drżącą dłoń.
- P-Papy-...
- WSZYSTKO JEST JUŻ JASNE - przemówił nagle, bez problemu podnosząc się z klęku. Żeby utrzymać z nim kontakt wzrokowy, zmuszona byłam zadrzeć wysoko głowę, szyi bardzo się to nie podobało. Poczułam serce obijające się niczym pijane o żebra. Co takiego stało się jasne? Czy trąciłam poczuciem winy tak bardzo, że wszelkie moje winy spoliczkowały biedny szkielet, przypominając mu o minionych czasach? - CZŁOWIEKU. TY JESTEŚ WE MNIE SZALEŃCZO ZAKOCHANA.
Wszelkie wewnętrzne zawodzenia umilkły w jednej chwili. Wyciągnięte przez niego wnioski diametralnie różniły się od moich domysłów i szczerze nie wiedziałam, jak powinnam na to zareagować. 
- WSZYSTKO CO ROBISZ. WSZYSTKO CO MÓWISZ. TO WYŁĄCZNIE ZE WZGLĘDU NA MNIE.
Tylko po części. Prawdę mówiąc, moje działania są bardzo egoistyczne, bowiem staram się uzyskać odpuszczenie grzechów!
- CZŁOWIEKU... KARUNE. RÓWNIEŻ CHCĘ, BYŚ BYŁA SZCZĘŚLIWA. CZAS, ABYM WYZNAŁ MOJE PRAWDZIWE UCZUCIA.
*Oho. Będzie wesoło.
- OTO CHWILA PRAWDY. JA, PAPYRUS... JA... UM... - kompletnie się zmieszał, wzrokiem zaczął wodzić po suficie, jakby tam szukał odpowiednich słów do przyznania się, że na ewentualny związek nie ma szans. - O RAJCIU! TU JEST TAK GORĄCO CZY TYLKO MI SIĘ WYDAJE?
*Błagam, nie rzucaj żartami, ta sytuacja jest już i tak kompletnie absurdalna!
Nawet nie planowałam.
*Nie kpij, siedzę w twojej głowie!
- O RETY. CZŁOWIEKU. JA... JA PRZEPRASZAM. NIE... NIE LUBIĘ CIĘ W TEN SAM SPOSÓB CO TY MNIE. ROMANTYCZNY, MAM NA MY-...
Tego wszystkiego było już za wiele. Nie zależało mi na urażeniu uczuć Papyrusa, dlatego narastający śmiech starałam się stłumić, przyciskając dłonie do ust. Zdało się to na nic, skulona rechotałam na całe gardło.
- ERM... WYDAWANE PRZEZ CIEBIE DŹWIĘKI BRZMIĄ NIEPOKOJĄCO.
Nie odpowiedziałam, zajęta łapaniem oddechu, który usiłował ode mnie uciec. Z oczu trysnęły mi łzy, rozbolał mnie brzuch, ale nie mogłam przestać się śmiać, jakkolwiek z sekundy na sekundę ciśnienie opadało i znikały powody do śmiechu.
- P-Papyrusie. K-kochany, wspa-aniały przyjacielu. Ja również mu-muszę cię przeprosić - leżałam na plecach, dysząc ciężko, z obolałą przeponą. Odkaszlnęłam. - Widzisz... Zaszło pewne nieporozumienie.
- NIEPOROZUMIENIE?
- Dokładnie. Jakby ci to... ta cała randka to wynik mojej niezgrabności w kontaktach z innymi, pomyłka, zapoczątkowana przypadkowym flirtem. Musisz wiedzieć, iż nie chciałam wprowadzić cię w błąd. Po prostu... Hmm, powiedziałam, co nie trzeba, odebrałeś to jako uwodzicielski ruch, i to wszystko. Nie zrozum mnie źle! - machnęłam dłońmi, modląc się o prawidłowe złożenie wyjaśnień. - Bardzo cię lubię i uważam, że możemy być znakomitymi przyjaciółmi, ale osobiście wolę pozostać na tej stopie. Nie ma mowy o niczym więcej.
- OH. OH! - podczas gdy Papyrus przyswajał sobie mój niezgrabny monolog, ja myślałam o wymiarze abstrakcji, w który wpadłam. Szekspir lepiej by tego nie skomplikował. - CÓŻ! TO BEZ WĄTPIENIA WSZYSTKO UŁATWIA!
- Czyż nie? - uśmiechnęłam się, podnosząc z podłogi. - Zresztą, wiesz, nie mogłabym porzucić waszego kosza bez słowa wyjaśnienia. Nie po tym, jak cierpliwie pozwalał mi wyrzucić z siebie wszystko.
- AH, TAK, KOSZ! NO TAK. WIEDZ, IŻ ZAWSZE MOŻESZ GO ODWIEDZIĆ!
Słyszysz to, mój kubełku? Papyrus nam niemalże błogosławi.
- CZYLI NIE BĘDZIESZ SMUTNA, IŻ CIĘ NIE POCAŁUJĘ?
- I tak nie mógłbyś tego zrobić, nie masz w końcu warg - zachichotałam. 
- PRAWDA! JESTEŚ SZCZERZE WYROZUMIAŁĄ PRZYJACIÓŁKĄ! - szkielet pochwycił mnie i uścisnął, co odwzajemniłam. 
*Bleh, jakie to urocze.
- ZAMIAST BUZIAKA, OFIARUĘ CI NUMER MOJEGO TELEFONU, CO W SUMIE JEST NAWET PRAKTYCZNIEJSZYM PREZENTEM - wypuszczona z objęć, chwyciłam szybko telefon, gotowa zanotować numer. Rząd cyfr wydawał mi się niecodziennie krótki. - ZAPISAŁAŚ?
- Tak - skłoniłam się. - Dziękuję, przyjacielu.
- NIE MA ZA CO, PRZYJACIÓŁKO! AH! TERAZ PONOWNIE CIĘ OPUSZCZĘ, TYM RAZEM NA ZNACZNIE DŁUŻEJ! CZEKA MNIE TRENING Z UNDYNE!
- Nie możesz go przegapić - skinęłam głową ze zrozumieniem. - W takim razie do zobaczenia.
- DO ZOBACZENIA! MOŻE WKRÓTCE ZADZWONISZ?
- Oczywiście!
Szkielet pomachał mi na pożegnanie i wybiegł z pokoju. Po chwili na dole trzasnęły frontowe drzwi.
*Na nas również czas. Zabierz manatki i ruszajmy, w porządku?
Mruknęłam w odpowiedzi, ale zamiast udać się po plecak, podeszłam do okna. Widok nie różnił się zbytnio od tego, co widziałam za szybą "strefy schwytania". Drzewa, rzeka, spławiane lodowe bloki. Zakapturzona postać płynęła łodzią w górę rzeki, zgrabnie unikając kolizji z gigantycznymi kostkami. 

czwartek, 5 maja 2016

VI

Imię, które padło, nie brzmiało ani trochę znajomo. Co więcej, po kilku sekundach nie mogłam go nawet przywołać - zupełnie jakby rozpłynęło się w pustce. Jakby nigdy nie zostało wypowiedziane.
- Z-znamy, powiadasz...? - cofnęłam się kilka kroków od rozedrganej plamy, jednak ta nie zmniejszyła się. W zasadzie odniosłam wrażenie, że nie zmieniłam położenia nawet o centymetr. Czułam w gardle swój puls, który usiłowałam stłumić śmiechem dogorywającej hieny. - Wybacz, ale nie wydaje mi się, wręcz tego nie wi...
- Daruj sobie te nędzne żarty - przerwała mi zniecierpliwiona mara. - Mam dosyć ich wysłuchiwania. Ugh. Jesteś gorsza od tego szkieleciego komedianta.
- Sansa?
Widziadło nie odpowiedziało. Zamiast tego zaczęło krążyć dookoła, zupełnie jakby mi się przyglądało.
- Co to za miejsce? - zapytałam, wodząc za rozmytym konturem wzrokiem. Nie było to trudne, ponieważ uwagę przyciągała kolorystyka - żółto-zielono-brązowa. Doszukiwałam się szczegółów, które powiedziałyby mi coś więcej. Głos używany przez marę był znajomy. Dziecięcy. Jednak im bardziej starałam się go z czymś skojarzyć, tym mniej myśli na ten temat mogłam połączyć. Musiałam zadowolić się faktem, iż najprawdopodobniej mam do czynienia ze zmorą udającą dziecko.
- Senna płaszczyzna wytworzona przez twój umysł, jedyne miejsce, gdzie możemy stać twarzą w twarz - odparła Mara, zatrzymując się przede mną. Świdrowała mnie czerwonymi oczami, jedynym wyraźnym elementem aparycji. - Przynajmniej na ten moment. Nie mam dość sił, by próbować pokazać ci się poza tą przestrzenią. Zresztą to nawet niekonieczne.
- Po co tu jestem?
- Żebyśmy sobie pogadali, kretynko. Co ty sobie wyobrażasz? Zresetować wszystko na chwilę przed tryumfalnym końcem?! 
Zacisnęłam dłoń na szaliku i szarpnęłam nim. Teraz dotarło do mnie, z kim mam do czynienia.
- To ty...!
- Tak, tak, to ja! Brawo, nareszcie pojęłaś! - Mara westchnęła, widocznie sfrustrowana. - Tak, to ja, twój przewodnik, twoja opoka w tym niebezpiecznym świecie. Skoro już to mamy za sobą...
Wyciągnęłam ręce, usiłując schwytać widziadło. Poczułam gniew, tym większy, że zmora bez trudu unikała moich zakrzywionych niczym szpony palców.
- Po co tu jesteś? Nie potrzebuję twojego towarzystwa, świetnie sobie radzę!
- Taa, widziałom - "widziałem"? "Widziałam"? Ostatnie słowo brzmiało na tyle bełkotliwie, że nie dane mi było rozpoznać jego formy. - Faktycznie, doskonale ci idzie - dajesz się podpuszczać tym szkieletom jak dzieciak. Nie widzisz... Nie, złe słowo, nie próbuj żartować, bo pożałujesz. Inaczej - nie czujesz niebezpieczeństwa?
- Nie. Oni są w porządku, nie chcą mnie skrzywdzić. Papyrus przerywa walkę, jeżeli stwarza ona dla mnie zagrożenie.
- Wie, że martwa mu się nie przysłużysz. W końcu Undyne oczekuje żywego człowieka.
Odniosłam wrażenie, że właśnie oberwałam obuchem w głowę. Mara zachichotała w ten sam okropny sposób co wcześniej.
- Nie pomyślałaś o tym, prawda? Byłaś tak zajęta "dobrą zabawą", że zapomniałaś o podstawowej zasadzie rządzącej tym światem - z a b i j . . .
- Zamknij się! - warknęłam. - O niczym nie zapomniałam. 
Po prostu nie mam zamiaru dłużej się do tego stosować.
- Dobrze to słyszeć - Mara westchnęła, jakby zadowolona. - To jak, wracamy do realizacji naszego planu?
- C-co...? - nim zdążyłam zareagować, zmora wyciągnęła rękę w stronę mojej klatki piersiowej, przed którą zmaterializowała się moja dusza. Odskoczyłam w ostatniej chwili, kiedy to palce niemal oplotły małe serduszko.
- Co ty wyrabiasz?!
- Co TY wyrabiasz! - pochyliłam się niczym zwierzę szykujące się do szarży. Wykrzywiłam usta, odsłaniając zęby. 
- Czy to nie oczywiste? Mam zamiar dokończyć to, co spartaczyłaś. Na całe szczęście ten reset nie odebrał mi determinacji. Mam siłę, by doprowadzić sprawę do końca.
- Chyba w snach - prychnęłam, osłaniając duszę dłońmi. Gdyby nie fakt, iż byłam spięta do granic możliwości, zapewne rozbawiłyby mnie moje własne słowa, skoro znajdowałam się we śnie. - Niczego nie dokończysz. Nie pozwolę ci.
- Zabawne. Doprawdy zabawne. O d  k i e d y  t o  t y . . .
Coś stuknęło lekko w okno, natychmiastowo mnie budząc. Zerwałam się niemal w następnej chwili, czego pożałowałam, gdy zakręciło mi się w głowie i straciłam równowagę. Usiadłam ciężko na legowisku.
Deski, kraty, psie akcesoria - widok ten dodał mi w trudny do opisania sposób otuchy. Może dlatego, że spodziewałam się zastać go po pobudce, nie zaś...
Zaś? Czy było jakieś "zaś"? Zmarszczyłam brwi, spoglądając na plecak. Nagle poczułam, że czegoś mi brakuje. W umyśle znalazłam dziurę. Straciłam pamięć. O czym? Dobre pytanie. Nie potrafiłam tego stwierdzić.
Moje wspomnienia kończyły się na drugiej utracie świadomości wynikającej z przegranej walki z Papyrusem. Niby nic dziwnego, a mimo to nadal czułam, że coś mi odebrano, i to niewątpliwie było istotne.
Kichnęłam. Choroba trawiła mnie coraz bardziej a nadal znajdowałam się w Snowdin, co nie mogło wpływać na mój stan pozytywnie.
Musiałam opuścić miasteczko, jednak na mojej drodze nadal stał Papyrus.
*Możesz łatwo się go pozbyć.
Skrzywiłam się. Głos, towarzyszący mi od początku podróży, nagle wydał mi się niedorzecznie głośny, zaś sugestia podsunięta przez niego - odstręczająca.
Nie mam zamiaru się go "pozbywać".
*Zatem co? Będziesz tu tkwić, aż zaczniesz raz za razem umierać na grypę?
Tu nie ma grypy.
Niemniej, nie mogłam wykluczyć, iż przeziębienie mnie nie zabije. Ludzie są dość słabi i łatwo umierają, a uwięziona pod ziemią, nie mogłam w pełni umrzeć, bowiem ratowały mnie rozsiane przy drodze gwiazdy. Oznaczało to wpadnięcie w błędne koło zgonów i odrodzeń; wizja ta była naprawdę przykra.
Podeszłam do okna. Widok nie uległ znaczącej zmianie, nikogo nie było też w pobliżu. Uznałam, że dźwięk, który mnie obudził, spowodowała sama z siebie zmarznięta szyba. Stuknęłam w nią paznokciem, chcąc przełamać ciszę.
Myślami wróciłam do drugiego starcia ze szkieletem. Zgodnie z moimi przypuszczeniami nie trwało ono długo, przytomność straciłam wcześniej nawet niż za pierwszym razem. Straciłam głowę i miotałam się w dość głupi sposób, febralne drżenie mięśni również mi nie pomagało.
Chcąc nieco złagodzić wpływ gorączki, oparłam czoło o szybę i zamknęłam oczy.
- Em... P-Papyrus...! - wiedziałam, że jeśli oberwę jeszcze chociaż raz, przegram i ponownie trafię do garażu, na czym zupełnie mi nie zależało. Ponieważ czułam się postawiona pod ścianą, zaczerpnęłam dużo powietrza i mrugnęłam zalotnie do przeciwnika. - A co byś powiedział na wspólną konsumpcję spaghetti zamiast walki?
- G-GAH! CZŁOWIEKU, TY ZE MNĄ FLIRTUJESZ? - jakimś anatomicznym cudem Papyrus wytrzeszczył oczy, wywołując we mnie olbrzymi podziw do magii, dzięki której istniał.
Zdawało mi się, że teraz płonę nie tylko przez gorączkę, lecz również przez dojmujące poczucie wstydu. Przegryzłam wargę, wzruszając ramionami.
- Może?
Papyrus mógł wyłącznie niedowierzająco westchnąć.
- C-CÓŻ! MUSISZ WIEDZIEĆ, ŻE MAM BARDZO WYSOKIE STANDARDY!
Spokojnie, z pewnością ich nie spełniam... - byłam gotowa to powiedzieć, ale wtedy wtrącił się Głos.
*Powiedz, że potrafisz ugotować spaghetti.
Po diabła?!
*No powiedz!
- Umiem... ugotować spaghetti...? - pożałowałam tego już chwilę później, widząc stan szkieletu.
- OH NIE! SPEŁNIASZ WSZYSTKIE MOJE STANDARDY!
Stłumiłam jakoś potrzebę rozpaczliwego zawycia.
Dlaczego ja to powiedziałam?! - chwyciłam się za głowę, zmuszona znieść atak śmiechu wewnątrz czaszki.
*O Boże! Nie wierzę, że dałaś się wmanewrować!
- P-PORANDKUJEMY PÓŹNIEJ, KIEDY JUŻ CIĘ SCHWYTAM! - słysząc to, zapragnęłam już wyłącznie skulić się w jakimś ciemnym kącie i płakać przez najbliższy tydzień. Co ja najlepszego narobiłam?!
Syknęłam, odrywając czoło od tafli szkła. Cała ta sytuacja nie dobijała mnie przez fakt, iż nie potrafiłam flirtować, choć naprawdę tego nie umiałam. Nie. Gryzło mnie poczucie przyzwoitości. Po tym wszystkim, co zrobiłam, po zabiciu go, jak niby miałabym teraz się zachowywać? Jak gdyby nic się nie stało? Mogłam wypierać myśli o poprzedniej linii, mogłam wypierać wspomnienia, ale nigdy nie utrzymałabym ich z daleka od siebie. I raczej nie zasługiwałam na to, by chociaż spróbować znaleźć w Papyrusie przyjaciela. W którymkolwiek potworze. Wystarczyło, że nie będą dłużej chciały mnie zabić.
Pragnąc jakoś zagłuszyć te rozmyślania, zabrałam szybko plecak i wypadłam niemal wściekle z garażu. Przepełniała mnie wola przeżycia, przepełniała determinacja. Tym razem nie zamierzałam przegrać.

Mogłam szczerze przyznać przed sobą, iż naprawdę się starałam. W pewnym momencie wymijałam ataki ze zgrabnością wręcz zaskakującą jak na mnie, i to na mnie chorą. Kiedy Papyrus miał nareszcie użyć legendarnego S P E C J A L N E G O  A T A K U, byłam tylko nieco otumaniona ciosem nasady kości w potylicę, jednak nadal miałam siły, by utrzymać się na nogach.
- PRZYGOTUJ SIĘ! OTO MÓJ SPECJALNY ATAK...! HEJ!
Przede mną zmaterializował się niewielki biały psiak, w którym rozpoznałam jedną z części "rękawicy śmiertelnego terroru". Z zadowoleniem i kompletnym brakiem poszanowania cudzej własności obgryzał właśnie kość, niemal tak dużą jak on sam.
Straciłam na chwilę mowę.
- Specjalnym atakiem jest psiak czy kość? - wykrztusiłam, wybuchając śmiechem. Papyrus spoglądał z poważnym zagniewaniem na zwierzaka.
- OCZYWIŚCIE, ŻE KOŚĆ! EJ! TY GŁUPI PSIE! - krzyknął, skupiając uwagę sierściucha na sobie. Pies wytrzeszczył oczy, chyba zaskoczony rozdrażnieniem szkieletu. - TAK, TY! PRZESTAŃ MAMLAĆ TĘ KOŚĆ! TO MÓJ SPECJALNY AT-... EJŻE!
Pies uznał za stosowne przejść do defensywy, zatem wycofał się prędko, ciągnąc za sobą kość. Najciekawsze, że Papyrus nawet nie usiłował go gonić, ograniczył się tylko do gniewnych spojrzeń.
- Często cię tak okrada?
- NIESTETY TAK. SANS NIGDY NAWET NIE SPRÓBOWAŁ GO JAKOŚ PRZEPĘDZIĆ, CO ZA LENIUCH! - szkielet pokręcił głową z dezaprobatą. - CÓŻ. WYGLĄDA NA TO, IŻ MUSZĘ UŻYĆ MEGO CAŁKIEM COOL REGULARNEGO ATAKU.
- Jak uważasz, daj mi tylko chwilę - wyciągnęłam z plecaka cynamonowego króliczka i pochłonęłam go w kilku kęsach.
- KRÓLICZEK Z NASZEGO SKLEPU?
- Owszem. Chcesz? Mam jeszcze jednego.
- ODMÓWIĘ, DROGI CZŁOWIEKU, NIE ODCZUWAM W TYM MOMENCIE GŁODU NA TYLE DOJMUJĄCEGO, BY ODEBRAĆ CI TĘ PRZEKĄSKĘ - Papyrus poprawił pelerynę. - CZY JESTEŚ GOTOWA STAWIĆ CZOŁA MOJEMU REGULARNEMU ATAKOWI?
- Mogę nawet przyjąć go na klatę - odparłam, zapinając plecak, po czym przyjęłam pozycję niczym przed rozpoczęciem biegu.
- ZATEM OTO ON.
Najpierw dwie niziutkie kości natarły z lewej strony, następnie identyczne uderzyły z prawej. Przeskoczenie ich nie było takie trudne, zwłaszcza że sięgały mi ledwie centymetr ponad kostkę. Uśmiechnęłam się, bo mimo szczególnego nacisku grawitacji czułam się lekko.
Mina mi zrzedła, gdy musiałam zmierzyć się z kośćmi zmieniającymi swój rozmiar. Źle oceniłam swoje szanse, co przypłaciłam zawadzeniem kolanem o ostatnią z ruchomych przeszkód. Straciłam rytm, rzepka pulsowała boleśnie, zaś serce zamigotało ostrzegawczo. Tylko niebywałym łutem szczęścia wybiłam się ponad psa, który nagle postanowił wziąć udział w walce. Wciąż trzymał w pysku "specjalny atak", co nijak nie przeszkadzało mu przebierać prędko łapkami.
Nie dostrzegłam, w co układają się drobniutkie kosteczki, ustawione zapewne w jakiś wyraz - za bardzo skupiałam się na utrzymaniu w górze. Uda już drżały, gotowe w każdej chwili mnie zawieźć.
To nie potrwa długo - zapewniłam organizm, chociaż sama niekoniecznie w to wierzyłam. Jeszcze kilka chwil.

Kolejny, dość cudaczny atak ucieleśnił się w cool kości, usadzonej na deskorolce. Pokonałam tę wizję absurdu, jednocześnie szacując, ile jeszcze uda mi się znieść. Doszłam do wniosku, iż niewiele, zatem nie mogłam pozwolić sobie na pomyłkę.
Tymczasem pokazała się ostatnia salwa - las kości. Cała masa, ustawiona gęsto tak, iż nie dawała mi miejsca do ewentualnego wylądowania. Oblał mnie zimny pot.
Nie dam rady.Trupioblady tłum zbliżał się. Nie miałam wyjścia innego jak skakać, jednak nie czułam się na siłach, by to pokonać. Nogi były słabe i drżały niczym zrobione z galarety.
Nie zamierzałam się jednak poddać. Nie po zniesieniu tego wszystkiego, a na pewno nie w obliczu zamarznięcia w Snowdin.
Wykorzystałam ostatnie wolne metry, by się rozpędzić, po czym zużywając resztę sił odbiłam się z ziemi. Zacisnęłam powieki i przegryzłam wargę, chyba tylko za pomocą woli opierając się granatowi duszy i potędze grawitacji.
Leciałam tak dobre kilka sekund, rozwleczonych do wieczności. Nagle podeszwą buta przejechałam po czymś chropowatym. Zdziwiło mnie to na tyle, że otworzyłam oczy - dosłownie na moment przed lądowaniem.
Zobaczyłam gigantyczną kość, sporo wyrastającą ponad resztę ataku. W tej chwili roześmiałam się, niebywale z siebie dumna. Zrobiłam to, przetrwałam walkę z Papyrusem. Pozostała ostatnia, pełznąca mozolnie kosteczka. Tanecznym niemal krokiem ją przekroczyłam, po czym, kompletnie wyczerpana, padłam na kolana, zziajana jak chart po polowaniu. Adrenalina opadła, a do głosu doszedł suchy kaszel.
Również Papyrus wyglądał na wycieńczonego. Na czaszce rysowały się krople potu, szkielet oddychał ciężko i drżał nie mniej niż ja.
- CÓŻ...! HUFF... TO JASNE...! ŻE NIE MOŻESZ...! HUFF... MNIE POKONAĆ!
Nie zamierzałam go wyprowadzać z błędu.
- TAA! WIDZĘ, JAK TRZĘSIESZ PORTKAMI ZE STRACHU.
- Zimno mi i mam gorączkę - to już wymagało sprostowania.
- ALEŻ STRACH TO ŻADEN WSTYD, W DODATKU PRZEDE MNĄ, WIELKIM PAPYRUSEM...! HUFF! JEDNAKŻE JESTEM GOTÓW USŁYSZEĆ TWE PRZYZNANIE SIĘ DO PORAŻKI, NIE WYCIĄGAJĄC Z NIEJ ŻADNYCH KONSEKWENCJI! OSZCZĘDZĘ CIĘ, CZŁOWIEKU! TERAZ MASZ SZANSĘ PRZYJĄĆ MĄ ŁASKĘ!
Papyrus wyciągnął ku mnie dłoń, osłoniętą przez czerwoną rękawicę. Spoglądał na mnie z nadzieją.
Patrzył na mnie z nadzieją podszytą niepokojem.
- ZATEM JAK?
Musiałam najpierw się wyprostować. Rękoma podpierałam cały tors, gdybym teraz podniosła jedną, momentalnie rozpłaszczyłabym się na ziemi. Spojrzałam mu prosto w oczodoły, wyciągając ostrożnie dłoń.
Zaraz, czy ja trzymam w niej nóż?
Przekrzywiłam głowę, zdziwiona widokiem plastikowego ostrza. Było kompletnie zakurzone, zupełnie jakby przeleżało zapomniane w kącie na strychu.
*To nie kurz.
Nóż znaleziony w Ruinach. W miejscu, gdzie rozciągał się widok na Dom. Niewprawnie naostrzony, ze zwykłej zabawki przedzierzgnął się w broń. Broń zakurzoną, broń, którą odebrałam wszystkim życie.
To nie ten czas. Tutaj nie miałaś tego noża w ręku - gdy tylko ta myśl przewinęła się przez moją głowę, widmo rozwiało się.
- CZŁOWIEKU, NIEPOKOI MNIE BRAK TWOJEJ ODPOWIEDZI.
- J-ja... Ja tylko chciałam...
*Zabij.
- Chciałam powiedzieć, że z radością przyjmuję twoją łaskę - chwyciłam dłoń Papyrusa, kończąc Stan.
Mgła w całości zniknęła. Szkielet pomógł mi podnieść się ze śniegu, co przyjęłam z nieskrywaną wdzięcznością. Gdy tylko stanęłam stabilnie, szybko zabrał dłoń i odmaszerował dwa kroki. Wyglądał na przybitego.
- NYOOHOOHOO... NIE MOGĘ ZATRZYMAĆ NAWET KOGOŚ TAK SŁABEGO JAK TY... UNDYNE BĘDZIE MNĄ SZCZERZE ZAWIEDZIONA. NIGDY NIE DOŁĄCZĘ DO KRÓLEWSKIEJ STRAŻY...
Podeszłam do niego powoli, uważając na swą kiepską kondycję. Nie wiedząc, w jaki sposób go pocieszyć, po prostu poklepałam go po plecach. Nie zwrócił na to uwagi, tylko ciągnął:
- ...A ILOŚĆ MOICH PRZYJACIÓŁ POZOSTANIE STAŁA! CZYLI NIEWIELKA.
- Hej, przecież udało ci się schwytać mnie już dwa razy!  - zawołałam wesoło, poklepując go mocniej. - Teraz miałam wyłącznie szczęście.
- NIE POWINNAŚ MIEĆ SZCZĘŚCIA W WALCE ZE MNĄ, WIELKIM PAPYRUSEM! POWINIENEM CHWYTAĆ CIĘ RAZ ZA RAZEM!
- Ale...
- ŻADNYCH ALE! DOCENIAM, CZŁOWIEKU, IŻ PRÓBUJESZ MNIE POCIESZYĆ, LECZ TO NA NIC. MOJE MARZENIA LEGŁY W GRUZACH.
- Cóż... Te o respekcie i straży królewskiej to może i nawet... Jednakże... Jeśli chcesz, mogę zostać twoją przyjaciółką! - wyrwałam się entuzjastycznie, nie myśląc nawet nad tym, co mówię.
Szkielet wbił we mnie zaskoczonne spojrzenie, był na pewno nie bardziej zdziwiony tą propozycją niż ja sama.
- NAPRAWDĘ?
*Naprawdę?!
- Naprawdę.
*Ty chyba oszalałaś.
Mam tylko gorączkę.
- CÓŻ! - Papyrus rozejrzał się, jakby sprawdzał, czy nie ma żadnych świadków naszej rozmowy. - SKORO TAK PRZEDSTAWIA SIĘ SYTUCJA, PRZYPUSZCZAM, ŻE MOGĘ UCZYNIĆ DLA CIEBIE TEN WYJĄTEK! WOWIE! NIE MIELIŚMY JESZCZE NAWET NASZEJ PIERWSZEJ RANDKI, A JA JUŻ UDERZYŁEM DO FIRENDZONE'U!
Walczyły we mnie dwie potrzeby - wybuchnięcia śmiechem i zaskrzeczenia w starym, pterozaurowym stylu, bo chociaż cała sytuacja była po prostu zabawna, to nadal działałam wbrew narzuconym sobie regułom, że nie wspomnę o wstydzie, rozbudzonym na nowo przez samą wzmiankę o randce.
- Źle ci z tym...?
- ALEŻ SKĄD! TEN STAN JEST NIEBYWALE ZADOWALAJĄCY, PONIEWAŻ CZYNI NAS PRZYJACIÓŁMI! KTÓŻBY PRZYPUSZCZAŁ, ŻE ABY ZDOBYĆ KUMPLI, POTRZEBUJĘ JEDYNIE OKROPNYCH ZAGADEK ORAZ WALKI Z NIMI? WIELE MNIE NAUCZYŁAŚ, CZŁOWIEKU, DLATEGO WYJĄTKOWO UDZIELAM CI PRZYZWOLENIA, BYŚ SZŁA DALEJ!
O niczym innym nie marzyłam. Mogłam ruszać w zasadzie natychmiast, jednak Papyrus nadal rozwodził się nad czymś, a nie chciałam mu przerywać.
- CO WIĘCEJ! DAM CI WSKAZÓWKI, JAK WYDOSTAĆ SIĘ NA POWIERZCHNIĘ.
Tego akurat nie potrzebowałam - nawet z moim brakiem orientacji przestrzennej wiedziałam już, że muszę jedynie kierować się cały czas przed siebie.
- Muszę dojść do stolicy, prawda? - kichnęłam, strumień wyrzuconego powietrza był na tyle silny, że zakręciło mi się w głowie.
- OWSZEM! PO DOTARCIU NA MIEJSCE PRZEKROCZ BARIERĘ, TO MAGICZNA PIECZĘĆ, KTÓRA NAS TU WIĘZI. KAŻDY MOŻE PRZEZ NIĄ WEJŚĆ, LECZ NIKT NIE JEST W STANIE WYJŚĆ. OCZYWIŚCIE NIKT, KTO NIE MA POTĘŻNEJ DUSZY, JAK CHOĆBY TY!
Potężna dusza? Wolne żarty. Szkielet, zajęty udzielaniem rad, nie zauważył braku mojej uwagi.
Nieważne, jak prezentowałam się w oczach potworów. Dobrze wiedziałam, że człowiek ze mnie wątły, zarówno na płaszczyźnie fizycznej, jak i psychicznej. Moja dusza, blada i wiecznie drżąca stanowiła odbicie słabości reprezentowanej przez ciało.
- Pierwszy raz widzę tak wyblakłą duszę. Czerwona jest chyba wyłącznie na słowo honoru.Nim wszystko zresetowałam, mogłam poszczycić się prawdziwie potężną duszą. Każdy zabity potwór dawał mi siłę wpisaną w magię go budującą. Każda śmierć dawała mi siłę w postaci wiedzy i determinacji.
Po każdej porażce wracałam silniejsza. Szybsza. Zwinniejsza. Lepsza w swojej roli.
Bardziej okrutna.
Teraz znowu byłam słaba, jednak nie tak słaba, jak wtedy, gdy spadłam do Podziemi. Po resecie w mojej duszy zachowało się nieco czerwieni, nie wiedziałam jednak, czy powinnam się z tego cieszyć, czy raczej niepokoić. Nie rozumiałam, dlaczego nie straciłam całej barwy ani nie pojmowałam znaczenia tego faktu. Ponieważ nie mogłam nic z tym na razie zrobić, postanowiłam się tym nie przejmować.
Potrzebowałam trwać w swojej ignorancji tak długo, jak to możliwe. Czułam się dzięki temu spokojniejsza.
- ...TO OLBRZYMI WŁOCHACZ!
Otrząsnęłam się, gdy głos Papyrusa dotarł wreszcie do mojej świadomości. Ile przegapiłam? Potarłam skronie.
- K-kto...?
- NASZ KRÓL, KRÓL ASGORE DREEMURR! CZŁOWIEKU, CHYBA MNIE SŁUCHASZ, PRAWDA?
*Kompletnie nie.
- T-tak, oczywiście!
- TO DOSKONALE! ZATEM, JAK MÓWIŁEM, WYSTARCZY, ŻE GRZECZNIE GO SPYTASZ...
Powstrzymałam go przed wznowieniem monologu wyciągniętą dłonią.
- Papyrusie, serdecznie dziękuję ci za wskazówki, niewątpliwie mi się przydadzą. Ale teraz... Nie mam czasu, byś dalej mógł mi dobrze radzić. Muszę już iść.
Skłoniłam się. Nie chciałam tak niekulturalnie mu przerywać, ale natężenie dreszczy wstrząsających mym ciałem było już nie do zniesienia. Szczęśliwie Papyrus nie miał mi tego za złe.
- ALEŻ OCZYWIŚCIE, DROGI CZŁOWIEKU, TO ZROZUMIAŁE. PROSZĘ SERDECZNIE, DROGA WOLNA - wskazał wielkopańskim gestem na pokrytą śniegiem ścieżkę. - JA TYMCZASEM RUSZAM DO DOMU, BYĆ COOL PRZYJACIELEM! CZUJ SIĘ SWOBODNIE, BY WPAŚĆ NA TĘ RANDKĘ!
Poważnie się rozkaszlałam, Papyrus natomiast pomachał mi na pożegnanie i ruszył w kierunku miasteczka. Odprowadziłam go wzrokiem, ocierając kaszlem wyduszone łzy. Spodziewałam się, że ostatni raz widziałam się z Papyrusem. Nie planowałam go odwiedzać. Nie mogłam. Przyjaźń z nim po prostu mi się nie należała. Wiedziałam, że musiałam dostać się do końca Podziemi, naprawiając swoje błędy, przekroczyć Barierę i wrócić do swojego świata, zapominając o całej historii.
Nagle usłyszałam trzaskającą gałązkę. Podskoczyłam i obejrzałam się lękliwie w kierunku lasu, serce biło stanowczo zbyt szybko. Zdążyłam tylko dostrzec przemykający między drzewami cień, który momentalnie zniknął.
Byłam obserwowana? Nie, to zbyt niedorzeczne. Pewnie zauważyłam tylko potwora, spieszącego się do swoich spraw.
Zmarzlina powoli znikała, ukazując kamienie i żwir, którymi wybrukowano ścieżkę. Las zastąpiły wodospady o niezauważalnym dla obserwatora, wysoko ulokowanym źródle, natomiast rzeka, dotychczas mi towarzysząca, skręciła w lewo, wciąż niosąc ze sobą lodowe bloki. Powietrze ociepliło się, przesycone wilgocią osiadało na dnie płuc przy każdym oddechu. To wzmogło mój kaszel.
Moim oczom ukazała się kolejna budka wartownicza, gdzie czuwał Sans. Obok stacji rósł śliczny, jasnoniebieski kwiat, przy którym oczekiwał rybi potwór, wodzący znudzonym spojrzeniem dookoła. Z krawędzi ścieżki wypływał wodospad; przyglądał mu się ledwo odrosły od ziemi dzieciak, rozpoznałam w nim potworka ze Snowdin.
Zdziwiła mnie nieco obecność Sansa, byłam przekonana, iż stacjonuje wyłącznie w lesie Snowdin. Podeszłam do niego, spragniona informacji.
- Tu też pracujesz? - zagaiłam, zapominając na chwilę o uprzejmościach. Szkielet zaśmiał się krótko.
- A co, nigdy wcześniej nie widziałaś gościa z dwiema pracami na raz?
- O dziwo, widziałam i nigdy nie wierzyłam własnym oczom. W sumie nigdy im nie wierzę, nie mogę.
- Wiesz, dwie prace oznaczają dwa razy więcej legalnych przerw - przeciągnął się, wstając z krzesełka. - Właśnie wybierałem się do Grillby's. Chcesz iść ze mną?
- Grillby's?
- Knajpa z najlepszym ketchupem w całym Podziemiu. No, frytki i burgery też ma niezłe.
Nadal balansowałam na granicy choroby, jednak perspektywa posiłku wydawała się zbyt kusząca. Żołądek zawtórował myślom.
Głodna nie wytrzymam choroby - argument ten był dla mnie przesądzający.
- Jeśli to nie problem, to chętnie.
- Dobra, skoro nalegasz, odciągnę się od roboty  - wyszczerzył się jakby szerzej, wychodząc zza budki. - Znam skrót, ale lepiej będzie, jeśli złapiesz mnie za rękę.
- To nie jest kolejny dowcip, co? - zmrużyłam podejrzliwie oczy, chwytając kościstą dłoń. Szczęśliwie nie padłam ponownie ofiarą żartu z poduszką. Sans mrugnął porozumiewawczo.
- Nikt się nie łapie dwa razy na to samo. Dobra, idziemy.
Przeszliśmy zaledwie kilka metrów, kiedy nagle zostałam niemal zmiażdżona przez masy powietrza, które niespodziewanie natarło na nas ze wszystkich stron. Czułam się niczym w splocie olbrzymiego dusiciela, nie mogłam nawet oddychać ani zawołać na szkielet, że zaraz zginę. Było to gorsze nawet od niebieskiej duszy.
Ciśnienie opadło po kilku sekundach. Kolejny raz w ciągu dnia padłam na kolana, bliska omdlenia. Wydawałam przy tym odgłosy tak bliskie agonalnemu rzężeniu, że dwa potwory odwróciły się w naszą stronę, zdumione zamieszaniem.
- Zsiniałaś - na twarzy Sansa wymalowało się umiarkowane poczucie winy. - Wszystko gra? Mogłem w sumie ostrzec, że to potrafi namieszać w głowie.
- Dam radę - wycharczałam, wstając. Odniosłam mały sukces, bo mimo silnej potrzeby, nie zwymiotowałam, chociaż doniosłość tego umniejszał fakt pustki w żołądku. Otrzepałam kolana z kurzu zaściełającego drewnianą podłogę i wyszczerzyłam się. - Nigdy więcej nie chcę przez to przechodzić.
- To zrozumiałe. Dobra, siadamy? - wskazał na kontuar, za którym stał ubrany w strój kelnera żywy płomień, zajęty polerowaniem szklanki. Nieco przygasł na widok Sansa, w przeciwieństwie do klienterii. Zebrane w barze potwory witały się ze szkieletem serdecznie, wręcz po przyjacielsku. Nawet nieco wstawiony królik otrzeźwiał momentalnie na tyle, by go pozdrowić.
- Hej, Sans, nie byłeś tu przypadkiem kilka minut temu na śniadaniu? - zainteresował się oparty o blat baru ptasi potwór. Przed nim stała do połowy opróżniona szklanka jakiegoś mętnego płynu.
- Nie-e, na śniadaniu byłem pół godziny temu. Musisz mówić o brunchu - odpowiedź Sansa wzbudziła powszechną wesołość, nawet Lesser Dog, zajęty samotną grą w karty, roześmiał się szczekliwie.
- Masz wielu znajomych, jak mniemam - zapatrzyłam się na stolik, przy którym siedzieli psi przedstawiciele straży królewskiej. Przełknęłam nieco głośniej ślinę, widząc olbrzymi topór, dzierżony przez Dogaressę.
- Sporo. Głównie dzięki mojej pracy, wiesz, stacjonowanie w oczekiwaniu na człowieka to jedno z zadań straży.
- Chwila, zatem jesteś strażnikiem? - pogubiłam się. Skoro wraz z Papyrusem działali w lesie jako patrol...
- Nie do końca. To w sumie na tyle skomplikowane, że potrzebowałabyś wyjaśnienia, ale niespecjalnie mam na to siłę. Powiedzmy, że stróżuję na pół etatu.
- A Papyrus? - nim zajęłam miejsce przy kontuarze, upewniłam się, iż nie oczekuje mnie żadna "niespodzianka". Opłaciło się to, ponieważ tym sposobem uniknęłam naszykowanej poduszeczki. Podniosłam ją i podałam Sansowi. - To chyba twoje.
- No proszę. Kto by pomyślał, że zostawiłem ją akurat tutaj - roześmiał się, chowając rekwizyt do kieszeni. Zajęliśmy swoje miejsca. - Co do twojego pytania - Papyrus patroluje Snowdin na własną rękę. Za wszelką cenę chce zostać strażnikiem i szczerze wierzy, że schwytanie człowieka mu to umożliwi.
- Cóż. Złapał mnie, zatem posadę ma chyba w kieszeni, co?
- Niezupełnie.
Zdziwiłam się, ale nim zdążyłam poprosić o dalsze wyjaśnienia, wyjął z bluzy grzebyk i zaczął nim przejeżdżać raz za razem po czaszce. Miałam tylko nadzieję, że mój wzrok, utkwiony w grzebieniu, nie jest zbyt oscentacyjny.
- Co sądzisz o moim bracie? - po krótkiej toalecie Sans ponownie na mnie spojrzał. Przypomniałam sobie, że już wcześniej zadał mi to pytanie, przy jednej z zagadek w lesie.
Kiedy to było.- Hm... po tym wszystkim mogę stwierdzić, że z Papyrusa jest całkiem równy... kość - uśmiechnęłam się szeroko, szkielet parsknął aprobująco.
- No wiem. Heh, też byłabyś tak spoko jak on, gdybyś dzień w dzień chodziła w takim wdzianku.
- Nie sądzę, by moje kości zniosły ciężar spoko odzienia. Tym bardziej podziwiam Papyrusa.
- Taa. Wiesz, że zdejmuje "bojowe ciało" tylko wtedy, gdy musi? A musi rzadko.
- A pranie?
- Wystarczy, że nosi to nawet pod prysznicem.
Powstrzymałam się od wyobrażeń na ten temat.
- Właśnie, zamawiamy coś? - skrzywiłam się, gdy żołądek wykonał salto.
- A, taa. Co byś chciała?
- Frytki - odparłam bez zastanowienia.
- Brzmi świetnie. Hej, Grillby - Sans skinął dłonią na ognistego potwora. - Podwójna porcja frytek.
Płomień westchnął krótko, po czym udał się do kuchni.
- Czyżby nie cieszył się z twojej obecności? - wskazałam na drzwi, za którymi zniknął Grillby.
- A gdzie tam.To po prostu taki zimny typ.
Nawet gdybym chciała, nie umiałabym powstrzymać się od śmiechu. Chichotałam, dopóki płomień nie wrócił, niosąc dwa talerze pełne frytek. Pyszny zapach zmusił jelita do szybszych skurczów.
- Bone apettite. Ketchupu? - nie wiedziałam, skąd Sans wziął butelkę, nie zauważyłam. Wzruszyłam ramionami, uśmiechnięta.
- Chętnie.
Przechyliłam butelkę nad swoim talerzem, wtedy to korek, najwidoczniej źle dokręcony, odpadł, zaś czerwona maź przykryła gęstym płaszczem całą porcję.
- Szlag! - syknęłam, patrząc na pobojowisko. - Naprawdę chciałam to zjeść.
- Hej, nie szkodzi, możesz wziąć moje - nim zdążyłam zareagować, szkielet błyskawicznie zamienił talerze.
- Oh. Cóż, dzięki.
- Nie ma problemu. I tak nie jestem głodny.
Chwyciłam frytkę i ostrożnie ją ugryzłam. Smakowała świetnie.
- Wiesz. Spoko czy nie, trzeba przyznać, że Papyrus naprawdę się stara.
Ponieważ miałam w ustach ziemniaczaną miazgę, nim odpowiedziałam, przełknęłam ją. Pokiwałam głową.
- To fakt.
- No choćby z tym dostaniem się do straży królewskiej. Raz poszedł do domu szefowej straży i błagał ją o wcielenie. Oczywiście ta zamknęła mu drzwi przed nosem, w końcu była północ. Ale następnego dnia, gdy się obudziła, zastała go cierpliwie czekającego na progu.
Zdeterminowany, nie powiem.- Widząc jego zaangażowanie, zdecydowała się szkolić go na wojownika. To... Hm... Ten trening jest wciąż w toku.
- Jak długo już...?
- Bo ja wiem? Na pewno minęło sporo czasu.
Podrapałam się w nos. Coś mi tu nie grało.
- I do tej pory Papyrus nie stał się dostatecznie dobry?
Sans westchnął.
- Pamiętasz, co powiedziałem, kiedy prosiłem cię o poprawienie mu humoru? - szkielet odwrócił na chwilę wzrok.
- Nie jest groźny. Nawet jeśli próbuje taki być.
Zamiast odpowiedzieć, spojrzałam na stolik zajęty przez psy. Na pierwszy rzut oka budziły lęk - posturą, uzbrojeniem. Potem pomyślałam o Papyrusie.
- Rozumiem - odchrząknęłam, mocząc kolejną frytkę w ketchupie.
- To dobrze.
- To jak wygląda ten "trening"...?
- Lekcje gotowania.
- Oh. No, w sumie łyżki to całkiem morderczy oręż.
Szkielet roześmiał się.
- Faktycznie. Gotowanie z Undyne jest naprawdę ekstremalne. Już kilka razy spaliła sobie dom.
Uśmiechnęłam się tylko, wyobrażając sobie przebieg "szkolenia". Niewątpliwie musiały być to wysoce rozrywkowe godziny.
Pomilczeliśmy kilka sekund. Ciszę postanowił przerwać Sans.
- Słuchaj, tak w zasadzie to chciałem z tobą o czymś pogadać.
W mojej głowie rozbrzmiała syrena alarmowa, napięłam mięśnie i zaczęłam prędko wymyślać usprawiedliwienia na każdą wymówkę. Mimo gorączki poczułam, jak z twarzy odpływa mi krew. Również szkielet zwrócił na to uwagę.
- Dobrze się czujesz?
Zaprzeczyłam ruchem głowy.
- Przemarzłam i chyba jestem chora - wymamrotałam słabo. - Takie tam ludzkie problemy.
- Uh, okay. Zatem postaram się streszczać. Słyszałaś kiedyś o mówiących kwiatach?
Dałam sobie czas do namysłu. Nie przychodziło mi do głowy nic oprócz Flowey'a, ale w głębi duszy nie sądziłam, by to o nim była mowa. Dlatego wzruszyłam ramionami.
- Raczej nie.
- No to teraz usłyszysz. Kwiaty echo. Rosną tu, znaczy w Wodospadach, niemal wszędzie. Powiedz im coś, a zaczną to powtarzać w kółko i w kółko. Co o tym sądzisz?
- To naturalne rośliny?
- Nie, zostały wyhodowane na polecenie króla przez ostatniego królewskiego naukowca. W każdym razie, to było wprowadzenie do tematu. Papyrus powiedział mi ostatnio coś interesującego... Czasem, kiedy nikogo nie ma w pobliżu, pojawia się mały kwiat, szepczący różne rzeczy. Schlebia mu, radzi, zachęca. Przewiduje...
- To źle...? - nie widziałam w tym jakiegoś większego zagrożenia. - Chyba byłoby gorzej, gdyby ten kwiat go obrażał, co?
- Nie sądzisz jednak, że to dziwne? - Sans wydawał się być zaniepokojony. - Skoro ktoś zadaje sobie tyle trudu, by wytresować kwiat echo, po co? Nie mógłby mówić mu tych "miłych rzeczy" twarzą w twarz...?
- Może brak mu twarzy? - po minie szkieletu pojęłam, że to nieodpowiedni moment do żartów. Spuściłam głowę. - Wybacz.
- Nie szkodzi. Tak czy siak, sądzę, że ktoś używa kwiatu wyłącznie po to, by zabawić się kosztem mojego brata. Będziesz miała na to oko?
- Tak, jasne. Znaczy... Uhh, na Papyrusa czy w ogóle na podejrzaną florę?
- I na niego, i na chwasty.
- W porządku - westchnęłam, nagle zmartwiona.
Nie powinnam wspomnieć o Flowey'u...?
*Nie. To nie jego sprawa, tylko twoja.
Zadrżałam, Głos brzmiał ostro.
- Dzięki - szkielet zamknął oczodoły, wyglądał na spokojniejszego niż na początku rozmowy o kwiatach. - No. To była długa przerwa.
Zszedł ze stołka.
- Nie mogę uwierzyć, że odciągnęłaś mnie od pracy na tak długo.
- Nie powiem, żeby było to bardzo trudne - roześmiałam się, przełknąwszy ostatnią frytkę. - A ty sam nie wyglądasz na niezadowolonego z tego powodu.
- Przejrzałaś mnie, znowu. A, słuchaj, tak swoją drogą... Jestem kompletnie spłukany. Mogłabyś zapłacić za mnie? To tylko dziesięć tysięcy.
Nim usłyszałam kwotę, byłam gotowa okazać dobre serce i uiścić należność, ale w tym momencie kompletnie osłupiałam. Dziesięć tysięcy? Nawet nie wyobrażałam sobie takiej ilości pieniędzy, nie wspominając o posiadaniu jej.
- Chyba żartujesz - odkaszlnęłam, piorunując go wzrokiem.
- Heh, no tak, to tylko dowcip. Grillby, dopisz mi to do rachunku.
Płomień również posłał szkieletowi niechętne spojrzenie znad okularów, ale chyba nie miał innego wyjścia. Mogłam wyłącznie przypuszczać, jak długi był to rachunek. Tymczasem Sans jak gdyby nigdy nic pomaszerował w stronę drzwi, żegnając wszystkich. Tuż przed opuszczeniem baru obrócił się niespodziewanie i zawołał w moją stronę:
- Miałem coś jeszcze ci powiedzieć... Ale wygląda na to, że zapomniałem. No to cześć.
- Cześć - wymamrotałam, patrząc na jego plecy. Potarłam skroń i przeniosłam swój wzrok na talerz. Zostało mi jeszcze kilka kęsów, ale nie mogłam nic już przełknąć, miałam zbyt suche gardło. Chciało mi się pić.
- U-uhum...? Przepraszam...? - machnęłam nieśmiało dłonią, usiłując zwrócić na siebie uwagę Grillby'ego. Płomień, nie przerywając polerowania szklanki, spojrzał na mnie jakby niechętnie. Znowu zaczęłam kaszleć. - Czy mogłabym... prosić o szklankę wody?
Gdyby mógł spalać spojrzeniem, już od dobrych kilku sekund byłabym wyłącznie rozżarzoną kupką popiołu. Westchnął i ponownie udał się do kuchni, ja natomiast zaczęłam się zastanawiać, ile mnie to będzie kosztować, skoro za dwa talerze frytek należało zapłacić małą fortunę.
Grillby postawił przede mną nieco obtłuczoną szklankę pełną przezroczystej cieczy. Chwyciłam ją desperacko i jednym haustem osuszyłam prawie połowę. Od razu poczułam się lepiej.
- Dziękuję. To ile się...
- Daj spokój - Grillby machnął ręką. - To też dopiszę mu do rachunku.
Zamrugałam zdziwiona, by po chwili skinąć głową z wdzięcznością. Ponownie przechyliłam szklankę, rozkoszując się nieco zbyt ciepłą wodą. Naczynie w oka mgnieniu zrobiło się puste.
Rozejrzałam się po barze. Ciekawe, że nikt nie usiłował mnie zaczepiać, chociaż byłam bezbronna i pozostawiona samej sobie. Może pomógł mi fakt, iż przyszłam tu z Sansem. Albo nikt nie widział we mnie już zagrożenia, skoro podczas Stanu wykazywałam się uprzejmością.
Wkrótce wyczyściłam też talerz. Nasycona, mogłam w zasadzie już wychodzić, ale za bardzo odpowiadało mi ciepło lokalu. Płuca nie domagały się odkrztuszania niczego, mogłam nawet oddychać nieco przez nos. Zapatrzyłam się na szafę grającą, ustawioną w samym rogu sali. Wyglądała na popsutą.
Drgnęłam.
Szafa grająca...?
Zajrzałam przez okno do wnętrza baru. Opustoszały, znakomicie. Oderwałam nos od szyby i pchnęłam skrzydłowe drzwi, zaskakująco ciężkie. Owionął mnie zapach kiepskiej jakości tłuszczu i rozcieńczonego alkoholu. Czyżby i pod ziemią lubiono sobie wypić? Uśmiechnęłam się krzywo.
Na stolikach leżały pospiesznie rzucone karty, towarzyszyły im butelki. Podłoga skrzypiała przy każdym moim kroku, ten dźwięk przypominał mi o opuszczonych budynkach, które czasami penetrowałam ze znajomymi.
Zauważyłam samotną szafę grającą, ustawioną obok baru. Podeszłam do niej, zaciekawiona widokiem takiego reliktu. Jako dziecko dwudziestego pierwszego wieku o sprzęcie tego pokroju wiedziałam co najwyżej z filmów. 
Szybka była rozbita, guziki poprzecierane. Pogładziłam ostrożnie urządzenie.
*Co się tak nad tym rozczulasz?
Nie rozczulam. 
Zostawiłam szafę w spokoju i usiadłam na brzegu tapicerowanej ławki. Byłam skrajnie zmęczona, a nie miałam gdzie się zaszyć, by chociaż trochę odpocząć. Gdy sprawdzałam zajazd, okazało się, że nie mogę wejść na górę. Uznałam, że skoro bar jest pusty, mogę tu trochę posiedzieć i nabrać sił przed walką z tym żałosnym...
Do rzeczywistości sprowadziło mnie potężne kichnięcie, dzięki Bogu utrzymałam się na stołku.
Miejsce już wcześniej wydawało mi się znajome, ale zajęta rozmową ze szkieletem nie zwróciłam na to uwagi, poza tym było tu stanowczo żywiej niż zapamiętałam. Zeskoczyłam ze stołka i niemal biegiem dopadłam do drzwi. Otwierając je, o mało nie wyrwałam skrzydeł z zawiasów.
Uderzył we mnie arktyczny prawie podmuch Snowdin.
*Tak się kończy ufanie szkieletowi.
Stul dziób z łaski swojej - natychmiast zaczęłam kaszleć, co jednocześnie wymusiło na mnie łzy. Nie mogłam uwierzyć, że znowu znalazłam się w mieście, skrót Sansa na to nie wskazywał i poczułam się odrobinę oszukana.
Nadal rozkaszlana, zamknęłam za sobą drzwi, by nie narazić się na złość klientów czy samego Grillby'ego. Skulona, zaczęłam powoli pełznąć w kierunku końca miasta, modląc się, by tym razem nic mi nie przeszkodziło.
Kolejne starcie z chłodem pogorszyło mój stan. Kaszel nie ustawał, okulary były umazane łzami. Bałam się, że lada moment zacznę wykasływać krew lub nawet strzępy mięsa. Bałam się, że umrę, i nawet perspektywa odrodzenia się przy jednej z gwiazd nie napawała mnie optymizmem.
Wszystko zaczęło mnie boleć. Wargi, wysychające powoli, odkąd opuściłam Ruiny, w końcu pękły. Zlizałam szybko krew.
Nie chcę umrzeć. Nie chcę zamarznąć.
Droga ciągnęła się w sposób przeczący prawom fizyki. Mijałam dopiero skrzynki na listy przed domem szkielebraci i już wiedziałam, że dalej nie zabrnę. Serce kołatało, wyczerpane. Jakby za chwilę miało pęknąć.
Zwykłe ułożenie się na ośnieżonej drodze i oczekiwanie na zatrzymanie akcji serca nie wydawało mi się dość dramatyczne, dlatego zmusiłam się do pokonania ostatnich metrów dzielących mnie od szopy. Otworzyłam ją, wślizgnęłam się do środka i upadłam, dorabiając się kilku nowych siniaków. Nie miałam nawet dość sił, by jęknąć z bólu, zamiast tego pozwoliłam powiekom opaść i tak czekałam na zmartwychwstanie.

- ZATRZYMAJ SIĘ, GDY DO CIEBIE MÓWIĘ!
Bo co? Cóż mi zrobisz? Powstrzymasz mnie?
- JA, WIELKI PAPYRUS, MUSZĘ COŚ POWIEDZIEĆ.
- To się streszczaj - syknęłam. Nie chciałam z nim walczyć. Oprócz kilku miernej jakości zagadek, które i tak zignorowałam, nic mi nie zrobił, przynajmniej do tej pory. Nie musiałam go krzywdzić.
- PO PIERWSZE, JESTEŚ JAKIMŚ NIEWIARYGODNYM DZIWADŁEM!
- Powiedz mi coś, czego nie wiem.
- CZŁOWIEKU, PROSZĘ, NIE PRZERYWAJ! NIE MÓWIĘ TEGO WYŁĄCZNIE DLATEGO, ŻE NIE LUBISZ ZAGADEK. LECZ SPOSÓB, W JAKI SIĘ PRZEMIESZCZASZ... TO, ŻE TWOJE DŁONIE ZAWSZE POKRYWA PYLISTY PROSZEK... CZUJĘ, ŻE TWOJE ŻYCIE ZMIERZA NA NIEBEZPIECZNE TORY.
Czyli to zauważył. Czyli nie był tak ślepy jak zakładałam.
- JEDNAKŻE! JA, PAPYRUS, WIDZĘ W TOBIE OGROMNY POTENCJAŁ! KAŻDY MOŻE BYĆ WSPANIAŁĄ OSOBĄ, JEŚLI TYLKO PRÓBUJE!
*Nie każdy, mój drogi.
- RÓWNIEŻ JA STARAM SIĘ ZE WSZYSTKICH SIŁ! NYEH HEH HEH HEH!
*To jest żałosne.
Głos stawał się coraz bardziej uporczywy. Słyszałam go częściej niż własne myśli.
*Rusz się.
Chociaż nie chciałam tego, mechanicznie wykonałam dwa kroki. Papyrus natomiast o jeden się cofnął.
- HEJ, NIE RUSZAJ SIĘ! TO JEST WŁAŚNIE TO, O CZYM MÓWIĘ! CZŁOWIEKU! MYŚLĘ, ŻE POTRZEBUJESZ PORADY!
*Myślę, że się mylisz.
- KTOŚ MUSI TRZYMAĆ CIĘ NA WŁAŚCIWEJ DRODZE! LECZ NIE MARTW SIĘ! JA Z RADOŚCIĄ MOGĘ ZOSTAĆ TWOIM PRZYJACIELEM I OPIEKUNEM.
Zwiesiłam głowę.
Nie, Papyrusie, nie możesz.
- MOGĘ CI POMÓC!
Nie możesz.
Znowu podeszłam bliżej, tym razem się nie odsunął.
- WIDZĘ, ŻE TO APROBUJESZ. CZYŻBYŚ PROPONOWAŁA AKCEPTACYJNE PRZYTULENIE? WOWIE! MOJE LEKCJE NARESZCIE DZIAŁAJĄ!
Byłam na granicy płaczu. Słowa szkieletu, pełne nadziei i entuzjazmu, trafiały do tego ochłapu mięsa, które dawniej było moim sercem. Mogłam to przyjąć. Mogłam się zmienić. Ktoś dawał mi szansę. Bardzo chciałam z niej skorzystać.
- WITAM CIĘ Z OTWARTYMI RAMIONAMI!
Uśmiechnęłam się szeroko, kiedy otoczył nas Stan. Wystarczyło tylko go objąć. 
Wtedy poczułam przejmujący ból głowy.
*Co ty sobie wyobrażasz? Że on to robi z dobroci serca? Hę? Ty naiwna kretynko.
Paskudny chichot przeszył moją czaszkę
*Omamił cię. On nie chce twojej "przyjaźni". Jesteś mu potrzebna wyłącznie po to, by Undyne przyjęła go w końcu do królewskiej straży. Widzi w tobie wyłącznie przepustkę do spełnienia marzeń.
Serce kołatało w piersi, gotowe lada moment pęknąć.
*Zaufaj mu. Proszę, droga wolna. 
*Tylko nie miej do nikogo pretensji, gdy cię zdradzi.
Nie mogłam oddychać. 
Papyrus czekał.
*A zdradzi cię na pewno.
Nie pozwolę mu na to.
Jedno proste cięcie oddzieliło czaszkę od kręgosłupa. Dźwięk stali drażniącej kość rozniósł się po Stanie echem.
- C-CÓŻ... NIE JEST TO COŚ, CZEGO OCZEKIWAŁEM... - czaszka potoczyła się pod moje nogi, natomiast całe ciało rozpadło się w pył. - L-LECZ...! NA-NADAL W CIEBIE WIERZĘ! MOŻESZ BYĆ... ODROBINĘ LEPSZĄ OSOBĄ! NAWET JEŚLI TY TAK NIE SĄDZISZ! O... OBIECUJĘ...
Do ostatniej chwili spoglądał na mnie, pełen wiary.
Proch, który po nim pozostał, przywarł do moich butów. Oprócz szarego proszku została po nim jego peleryna. Teraz zauważyłam, jak bardzo przypominała ona mój szal.
W nagłym odruchu zerwałam go z szyi i cisnęłam na śnieg. Nie wierzyłam w to, co zrobiłam.
Dostałam szansę na odkupienie swoich czynów i zdeptałam ją, tak jak zdeptałam wszystko do tej pory.
Gdzieś w lesie trzasnęła gałąź. Usłyszałam kroki na śniegu. Nie mogłam tu zostać. 
- Przepraszam...! Przepraszam was...! Przepraszam...! - rzucałam się na wszystkie strony, trawiona poczuciem winy. Nie mogłam od tego uciec. To mnie pożerało od środka. Nie chciałam stawać twarzą w twarz ze swoimi błędami, dlatego nie otwierałam oczu.
- CZŁOWIEKU, NIE WIDZĘ POWODU, DLA KTÓREGO MIAŁABYŚ PRZEPRASZAĆ, NIE ROZUMIEM TYLKO, CO ROBISZ W STREFIE SCHWYTANIA, SKORO POZWOLIŁEM CI IŚĆ! - zostałam przez kogoś podniesiona. Nadal miotałam się, błagając o wybaczenie.
- CZŁOWIEKU, PROSZĘ, POWSTRZYMAJ SIĘ OD TYCH GWAŁTOWNYCH RUCHÓW, NIE MOGĘ CIĘ UTRZYMAĆ!
- Papyrus...? - rozchyliłam powieki, ciężko oddychając. Usta miałam suche niczym papier ścierny, pęknięcia oblepiła zaschnięta krew, natomiast włosy na czole skleił pot. - Papyrus, wszystko w porządku...?
- ZE MNĄ OWSZEM, LECZ Z TOBĄ JUŻ NIE! CZŁOWIEKU, CO CI JEST?
- Mnie...? Nic... Jestem tylko chorym śmieciem, możesz mnie zostawić na podłodze? Jeszcze coś ci się stanie.
- BREDZISZ, CZŁOWIEKU, CÓŻ MIAŁOBY SIĘ STAĆ MNIE, WIELKIEMU PAPYRUSOWI?
Dekapitacja?
- OCZEKIWAŁEM CIĘ W DOMU, SĄDZIŁEM, ŻE LADA MOMENT STAWISZ SIĘ NA SPOTKANIE. NAGLE ZAUWAŻYŁEM ZA OKNEM, JAK NIEZDARNIE IDZIESZ PRZED SIEBIE. WYSZEDŁEM I ZAWOŁAŁEM ZA TOBĄ, ALE MNIE NIE SŁYSZAŁAŚ, TYLKO WESZŁAŚ DO STREFY SCHWYTANIA! ZOSTAWIŁAŚ TU COŚ?
Zdrowy rozsądek.
- Tak myślałam... Ale chyba nie... - kaszlałam.
- NIE BRZMI TO DOBRZE. CZŁOWIEKU, CO CI DOLEGA?
- Chyba przemarzłam... - skuliłam się w ramionach szkieletu. Wyniósł mnie z szopy, prosto na ziąb, którego już nie odczuwałam, dręczona przez gorączkę. - Czekaj, co robisz...?
- NIE MOGĘ POZWOLIĆ, BY MOJA NOWA PRZYJACIÓŁKA ŹLE SIĘ CZUŁA! ZABIERAM CIĘ DO DOMU, CZY TO NIE OCZYWISTE?
- Domu...? Ale czy to nie jest w drugim końcu Podziemia...?
- NIE MAM NA MYŚLI NASZEJ STOLICY, DROGI CZŁOWIEKU. MÓWIĘ O NASZYM DOMU, MOIM I MOJEGO BRATA! - energiczny krok Papyrusa powodował, że nieco mną trzęsło. Poczułam, jak treść żołądka podchodzi mi do gardła. - MUSZĘ TERAZ ZADBAĆ, ABYŚ POCZUŁA SIĘ LEPIEJ. TAK ROBIĄ PRZYJACIELE, PRAWDA?
Skinęłam słabo głową. Próba powiedzenia czegokolwiek mogła zakończyć się zwróceniem frytek z Grillby's.
- ZATEM WŁAŚNIE! HEJ, TO BĘDZIE PRAWIE JAK NOCOWANKA, CZYŻ NIE?
Ponownie odpowiedziałam wyłącznie ruchem głowy.
- NIE MARTW SIĘ, CZŁOWIEKU! JA, PAPYRUS, POSTARAM SIĘ SZYBKO POSTAWIĆ CIĘ NA NOGI.
Uśmiechnęłam się szeroko.
- Dziękuję... - wymamrotałam, zapadając w pustkę, gdzie nie sięgają sny.