Imię, które padło, nie brzmiało ani trochę znajomo. Co więcej, po kilku sekundach nie mogłam go nawet przywołać - zupełnie jakby rozpłynęło się w pustce. Jakby nigdy nie zostało wypowiedziane.
- Z-znamy, powiadasz...? - cofnęłam się kilka kroków od rozedrganej plamy, jednak ta nie zmniejszyła się. W zasadzie odniosłam wrażenie, że nie zmieniłam położenia nawet o centymetr. Czułam w gardle swój puls, który usiłowałam stłumić śmiechem dogorywającej hieny. - Wybacz, ale nie wydaje mi się, wręcz tego nie wi...
- Daruj sobie te nędzne żarty - przerwała mi zniecierpliwiona mara. - Mam dosyć ich wysłuchiwania. Ugh. Jesteś gorsza od tego szkieleciego komedianta.
- Sansa?
Widziadło nie odpowiedziało. Zamiast tego zaczęło krążyć dookoła, zupełnie jakby mi się przyglądało.
- Co to za miejsce? - zapytałam, wodząc za rozmytym konturem wzrokiem. Nie było to trudne, ponieważ uwagę przyciągała kolorystyka - żółto-zielono-brązowa. Doszukiwałam się szczegółów, które powiedziałyby mi coś więcej. Głos używany przez marę był znajomy. Dziecięcy. Jednak im bardziej starałam się go z czymś skojarzyć, tym mniej myśli na ten temat mogłam połączyć. Musiałam zadowolić się faktem, iż najprawdopodobniej mam do czynienia ze zmorą udającą dziecko.
- Senna płaszczyzna wytworzona przez twój umysł, jedyne miejsce, gdzie możemy stać twarzą w twarz - odparła Mara, zatrzymując się przede mną. Świdrowała mnie czerwonymi oczami, jedynym wyraźnym elementem aparycji. - Przynajmniej na ten moment. Nie mam dość sił, by próbować pokazać ci się poza tą przestrzenią. Zresztą to nawet niekonieczne.
- Po co tu jestem?
- Żebyśmy sobie pogadali, kretynko. Co ty sobie wyobrażasz? Zresetować wszystko na chwilę przed tryumfalnym końcem?!
Zacisnęłam dłoń na szaliku i szarpnęłam nim. Teraz dotarło do mnie, z kim mam do czynienia.
- To ty...!
- Tak, tak, to ja! Brawo, nareszcie pojęłaś! - Mara westchnęła, widocznie sfrustrowana. - Tak, to ja, twój przewodnik, twoja opoka w tym niebezpiecznym świecie. Skoro już to mamy za sobą...
Wyciągnęłam ręce, usiłując schwytać widziadło. Poczułam gniew, tym większy, że zmora bez trudu unikała moich zakrzywionych niczym szpony palców.
- Po co tu jesteś? Nie potrzebuję twojego towarzystwa, świetnie sobie radzę!
- Taa, widziałom - "widziałem"? "Widziałam"? Ostatnie słowo brzmiało na tyle bełkotliwie, że nie dane mi było rozpoznać jego formy. - Faktycznie, doskonale ci idzie - dajesz się podpuszczać tym szkieletom jak dzieciak. Nie widzisz... Nie, złe słowo, nie próbuj żartować, bo pożałujesz. Inaczej - nie czujesz niebezpieczeństwa?
- Nie. Oni są w porządku, nie chcą mnie skrzywdzić. Papyrus przerywa walkę, jeżeli stwarza ona dla mnie zagrożenie.
- Wie, że martwa mu się nie przysłużysz. W końcu Undyne oczekuje żywego człowieka.
Odniosłam wrażenie, że właśnie oberwałam obuchem w głowę. Mara zachichotała w ten sam okropny sposób co wcześniej.
- Nie pomyślałaś o tym, prawda? Byłaś tak zajęta "dobrą zabawą", że zapomniałaś o podstawowej zasadzie rządzącej tym światem - z a b i j . . .
- Zamknij się! - warknęłam. - O niczym nie zapomniałam.
Po prostu nie mam zamiaru dłużej się do tego stosować.
- Dobrze to słyszeć - Mara westchnęła, jakby zadowolona. - To jak, wracamy do realizacji naszego planu?
- C-co...? - nim zdążyłam zareagować, zmora wyciągnęła rękę w stronę mojej klatki piersiowej, przed którą zmaterializowała się moja dusza. Odskoczyłam w ostatniej chwili, kiedy to palce niemal oplotły małe serduszko.
- Co ty wyrabiasz?!
- Co TY wyrabiasz! - pochyliłam się niczym zwierzę szykujące się do szarży. Wykrzywiłam usta, odsłaniając zęby.
- Czy to nie oczywiste? Mam zamiar dokończyć to, co spartaczyłaś. Na całe szczęście ten reset nie odebrał mi determinacji. Mam siłę, by doprowadzić sprawę do końca.
- Chyba w snach - prychnęłam, osłaniając duszę dłońmi. Gdyby nie fakt, iż byłam spięta do granic możliwości, zapewne rozbawiłyby mnie moje własne słowa, skoro znajdowałam się we śnie. - Niczego nie dokończysz. Nie pozwolę ci.
- Zabawne. Doprawdy zabawne. O d k i e d y t o t y . . .
Coś stuknęło lekko w okno, natychmiastowo mnie budząc. Zerwałam się niemal w następnej chwili, czego pożałowałam, gdy zakręciło mi się w głowie i straciłam równowagę. Usiadłam ciężko na legowisku.
Deski, kraty, psie akcesoria - widok ten dodał mi w trudny do opisania sposób otuchy. Może dlatego, że spodziewałam się zastać go po pobudce, nie zaś...
Zaś? Czy było jakieś "zaś"? Zmarszczyłam brwi, spoglądając na plecak. Nagle poczułam, że czegoś mi brakuje. W umyśle znalazłam dziurę. Straciłam pamięć. O czym? Dobre pytanie. Nie potrafiłam tego stwierdzić.
Moje wspomnienia kończyły się na drugiej utracie świadomości wynikającej z przegranej walki z Papyrusem. Niby nic dziwnego, a mimo to nadal czułam, że coś mi odebrano, i to niewątpliwie było istotne.
Kichnęłam. Choroba trawiła mnie coraz bardziej a nadal znajdowałam się w Snowdin, co nie mogło wpływać na mój stan pozytywnie.
Musiałam opuścić miasteczko, jednak na mojej drodze nadal stał Papyrus.
*Możesz łatwo się go pozbyć.
Skrzywiłam się. Głos, towarzyszący mi od początku podróży, nagle wydał mi się niedorzecznie głośny, zaś sugestia podsunięta przez niego - odstręczająca.
Nie mam zamiaru się go "pozbywać".
*Zatem co? Będziesz tu tkwić, aż zaczniesz raz za razem umierać na grypę?
Tu nie ma grypy.
Niemniej, nie mogłam wykluczyć, iż przeziębienie mnie nie zabije. Ludzie są dość słabi i łatwo umierają, a uwięziona pod ziemią, nie mogłam w pełni umrzeć, bowiem ratowały mnie rozsiane przy drodze gwiazdy. Oznaczało to wpadnięcie w błędne koło zgonów i odrodzeń; wizja ta była naprawdę przykra.
Podeszłam do okna. Widok nie uległ znaczącej zmianie, nikogo nie było też w pobliżu. Uznałam, że dźwięk, który mnie obudził, spowodowała sama z siebie zmarznięta szyba. Stuknęłam w nią paznokciem, chcąc przełamać ciszę.
Myślami wróciłam do drugiego starcia ze szkieletem. Zgodnie z moimi przypuszczeniami nie trwało ono długo, przytomność straciłam wcześniej nawet niż za pierwszym razem. Straciłam głowę i miotałam się w dość głupi sposób, febralne drżenie mięśni również mi nie pomagało.
Chcąc nieco złagodzić wpływ gorączki, oparłam czoło o szybę i zamknęłam oczy.
- Em... P-Papyrus...! - wiedziałam, że jeśli oberwę jeszcze chociaż raz, przegram i ponownie trafię do garażu, na czym zupełnie mi nie zależało. Ponieważ czułam się postawiona pod ścianą, zaczerpnęłam dużo powietrza i mrugnęłam zalotnie do przeciwnika. - A co byś powiedział na wspólną konsumpcję spaghetti zamiast walki?
- G-GAH! CZŁOWIEKU, TY ZE MNĄ FLIRTUJESZ? - jakimś anatomicznym cudem Papyrus wytrzeszczył oczy, wywołując we mnie olbrzymi podziw do magii, dzięki której istniał.
Zdawało mi się, że teraz płonę nie tylko przez gorączkę, lecz również przez dojmujące poczucie wstydu. Przegryzłam wargę, wzruszając ramionami.
- Może?
Papyrus mógł wyłącznie niedowierzająco westchnąć.
- C-CÓŻ! MUSISZ WIEDZIEĆ, ŻE MAM BARDZO WYSOKIE STANDARDY!
Spokojnie, z pewnością ich nie spełniam... - byłam gotowa to powiedzieć, ale wtedy wtrącił się Głos.
*Powiedz, że potrafisz ugotować spaghetti.
Po diabła?!
*No powiedz!
- Umiem... ugotować spaghetti...? - pożałowałam tego już chwilę później, widząc stan szkieletu.
- OH NIE! SPEŁNIASZ WSZYSTKIE MOJE STANDARDY!
Stłumiłam jakoś potrzebę rozpaczliwego zawycia.
Dlaczego ja to powiedziałam?! - chwyciłam się za głowę, zmuszona znieść atak śmiechu wewnątrz czaszki.
*O Boże! Nie wierzę, że dałaś się wmanewrować!
- P-PORANDKUJEMY PÓŹNIEJ, KIEDY JUŻ CIĘ SCHWYTAM! - słysząc to, zapragnęłam już wyłącznie skulić się w jakimś ciemnym kącie i płakać przez najbliższy tydzień. Co ja najlepszego narobiłam?!
Syknęłam, odrywając czoło od tafli szkła. Cała ta sytuacja nie dobijała mnie przez fakt, iż nie potrafiłam flirtować, choć naprawdę tego nie umiałam. Nie. Gryzło mnie poczucie przyzwoitości. Po tym wszystkim, co zrobiłam, po zabiciu go, jak niby miałabym teraz się zachowywać? Jak gdyby nic się nie stało? Mogłam wypierać myśli o poprzedniej linii, mogłam wypierać wspomnienia, ale nigdy nie utrzymałabym ich z daleka od siebie. I raczej nie zasługiwałam na to, by chociaż spróbować znaleźć w Papyrusie przyjaciela. W którymkolwiek potworze. Wystarczyło, że nie będą dłużej chciały mnie zabić.
Pragnąc jakoś zagłuszyć te rozmyślania, zabrałam szybko plecak i wypadłam niemal wściekle z garażu. Przepełniała mnie wola przeżycia, przepełniała determinacja. Tym razem nie zamierzałam przegrać.
Mogłam szczerze przyznać przed sobą, iż naprawdę się starałam. W pewnym momencie wymijałam ataki ze zgrabnością wręcz zaskakującą jak na mnie, i to na mnie chorą. Kiedy Papyrus miał nareszcie użyć legendarnego S P E C J A L N E G O A T A K U, byłam tylko nieco otumaniona ciosem nasady kości w potylicę, jednak nadal miałam siły, by utrzymać się na nogach.
- PRZYGOTUJ SIĘ! OTO MÓJ SPECJALNY ATAK...! HEJ!
Przede mną zmaterializował się niewielki biały psiak, w którym rozpoznałam jedną z części "rękawicy śmiertelnego terroru". Z zadowoleniem i kompletnym brakiem poszanowania cudzej własności obgryzał właśnie kość, niemal tak dużą jak on sam.
Straciłam na chwilę mowę.
- Specjalnym atakiem jest psiak czy kość? - wykrztusiłam, wybuchając śmiechem. Papyrus spoglądał z poważnym zagniewaniem na zwierzaka.
- OCZYWIŚCIE, ŻE KOŚĆ! EJ! TY GŁUPI PSIE! - krzyknął, skupiając uwagę sierściucha na sobie. Pies wytrzeszczył oczy, chyba zaskoczony rozdrażnieniem szkieletu. - TAK, TY! PRZESTAŃ MAMLAĆ TĘ KOŚĆ! TO MÓJ SPECJALNY AT-... EJŻE!
Pies uznał za stosowne przejść do defensywy, zatem wycofał się prędko, ciągnąc za sobą kość. Najciekawsze, że Papyrus nawet nie usiłował go gonić, ograniczył się tylko do gniewnych spojrzeń.
- Często cię tak okrada?
- NIESTETY TAK. SANS NIGDY NAWET NIE SPRÓBOWAŁ GO JAKOŚ PRZEPĘDZIĆ, CO ZA LENIUCH! - szkielet pokręcił głową z dezaprobatą. - CÓŻ. WYGLĄDA NA TO, IŻ MUSZĘ UŻYĆ MEGO CAŁKIEM COOL REGULARNEGO ATAKU.
- Jak uważasz, daj mi tylko chwilę - wyciągnęłam z plecaka cynamonowego króliczka i pochłonęłam go w kilku kęsach.
- KRÓLICZEK Z NASZEGO SKLEPU?
- Owszem. Chcesz? Mam jeszcze jednego.
- ODMÓWIĘ, DROGI CZŁOWIEKU, NIE ODCZUWAM W TYM MOMENCIE GŁODU NA TYLE DOJMUJĄCEGO, BY ODEBRAĆ CI TĘ PRZEKĄSKĘ - Papyrus poprawił pelerynę. - CZY JESTEŚ GOTOWA STAWIĆ CZOŁA MOJEMU REGULARNEMU ATAKOWI?
- Mogę nawet przyjąć go na klatę - odparłam, zapinając plecak, po czym przyjęłam pozycję niczym przed rozpoczęciem biegu.
- ZATEM OTO ON.
Najpierw dwie niziutkie kości natarły z lewej strony, następnie identyczne uderzyły z prawej. Przeskoczenie ich nie było takie trudne, zwłaszcza że sięgały mi ledwie centymetr ponad kostkę. Uśmiechnęłam się, bo mimo szczególnego nacisku grawitacji czułam się lekko.
Mina mi zrzedła, gdy musiałam zmierzyć się z kośćmi zmieniającymi swój rozmiar. Źle oceniłam swoje szanse, co przypłaciłam zawadzeniem kolanem o ostatnią z ruchomych przeszkód. Straciłam rytm, rzepka pulsowała boleśnie, zaś serce zamigotało ostrzegawczo. Tylko niebywałym łutem szczęścia wybiłam się ponad psa, który nagle postanowił wziąć udział w walce. Wciąż trzymał w pysku "specjalny atak", co nijak nie przeszkadzało mu przebierać prędko łapkami.
Nie dostrzegłam, w co układają się drobniutkie kosteczki, ustawione zapewne w jakiś wyraz - za bardzo skupiałam się na utrzymaniu w górze. Uda już drżały, gotowe w każdej chwili mnie zawieźć.
To nie potrwa długo - zapewniłam organizm, chociaż sama niekoniecznie w to wierzyłam. Jeszcze kilka chwil.
Kolejny, dość cudaczny atak ucieleśnił się w cool kości, usadzonej na deskorolce. Pokonałam tę wizję absurdu, jednocześnie szacując, ile jeszcze uda mi się znieść. Doszłam do wniosku, iż niewiele, zatem nie mogłam pozwolić sobie na pomyłkę.
Tymczasem pokazała się ostatnia salwa - las kości. Cała masa, ustawiona gęsto tak, iż nie dawała mi miejsca do ewentualnego wylądowania. Oblał mnie zimny pot.
Nie dam rady.Trupioblady tłum zbliżał się. Nie miałam wyjścia innego jak skakać, jednak nie czułam się na siłach, by to pokonać. Nogi były słabe i drżały niczym zrobione z galarety.
Nie zamierzałam się jednak poddać. Nie po zniesieniu tego wszystkiego, a na pewno nie w obliczu zamarznięcia w Snowdin.
Wykorzystałam ostatnie wolne metry, by się rozpędzić, po czym zużywając resztę sił odbiłam się z ziemi. Zacisnęłam powieki i przegryzłam wargę, chyba tylko za pomocą woli opierając się granatowi duszy i potędze grawitacji.
Leciałam tak dobre kilka sekund, rozwleczonych do wieczności. Nagle podeszwą buta przejechałam po czymś chropowatym. Zdziwiło mnie to na tyle, że otworzyłam oczy - dosłownie na moment przed lądowaniem.
Zobaczyłam gigantyczną kość, sporo wyrastającą ponad resztę ataku. W tej chwili roześmiałam się, niebywale z siebie dumna. Zrobiłam to, przetrwałam walkę z Papyrusem. Pozostała ostatnia, pełznąca mozolnie kosteczka. Tanecznym niemal krokiem ją przekroczyłam, po czym, kompletnie wyczerpana, padłam na kolana, zziajana jak chart po polowaniu. Adrenalina opadła, a do głosu doszedł suchy kaszel.
Również Papyrus wyglądał na wycieńczonego. Na czaszce rysowały się krople potu, szkielet oddychał ciężko i drżał nie mniej niż ja.
- CÓŻ...! HUFF... TO JASNE...! ŻE NIE MOŻESZ...! HUFF... MNIE POKONAĆ!
Nie zamierzałam go wyprowadzać z błędu.
- TAA! WIDZĘ, JAK TRZĘSIESZ PORTKAMI ZE STRACHU.
- Zimno mi i mam gorączkę - to już wymagało sprostowania.
- ALEŻ STRACH TO ŻADEN WSTYD, W DODATKU PRZEDE MNĄ, WIELKIM PAPYRUSEM...! HUFF! JEDNAKŻE JESTEM GOTÓW USŁYSZEĆ TWE PRZYZNANIE SIĘ DO PORAŻKI, NIE WYCIĄGAJĄC Z NIEJ ŻADNYCH KONSEKWENCJI! OSZCZĘDZĘ CIĘ, CZŁOWIEKU! TERAZ MASZ SZANSĘ PRZYJĄĆ MĄ ŁASKĘ!
Papyrus wyciągnął ku mnie dłoń, osłoniętą przez czerwoną rękawicę. Spoglądał na mnie z nadzieją.
Patrzył na mnie z nadzieją podszytą niepokojem.
- ZATEM JAK?
Musiałam najpierw się wyprostować. Rękoma podpierałam cały tors, gdybym teraz podniosła jedną, momentalnie rozpłaszczyłabym się na ziemi. Spojrzałam mu prosto w oczodoły, wyciągając ostrożnie dłoń.
Zaraz, czy ja trzymam w niej nóż?
Przekrzywiłam głowę, zdziwiona widokiem plastikowego ostrza. Było kompletnie zakurzone, zupełnie jakby przeleżało zapomniane w kącie na strychu.
*To nie kurz.
Nóż znaleziony w Ruinach. W miejscu, gdzie rozciągał się widok na Dom. Niewprawnie naostrzony, ze zwykłej zabawki przedzierzgnął się w broń. Broń zakurzoną, broń, którą odebrałam wszystkim życie.
To nie ten czas. Tutaj nie miałaś tego noża w ręku - gdy tylko ta myśl przewinęła się przez moją głowę, widmo rozwiało się.
- CZŁOWIEKU, NIEPOKOI MNIE BRAK TWOJEJ ODPOWIEDZI.
- J-ja... Ja tylko chciałam...
*Zabij.
- Chciałam powiedzieć, że z radością przyjmuję twoją łaskę - chwyciłam dłoń Papyrusa, kończąc Stan.
Mgła w całości zniknęła. Szkielet pomógł mi podnieść się ze śniegu, co przyjęłam z nieskrywaną wdzięcznością. Gdy tylko stanęłam stabilnie, szybko zabrał dłoń i odmaszerował dwa kroki. Wyglądał na przybitego.
- NYOOHOOHOO... NIE MOGĘ ZATRZYMAĆ NAWET KOGOŚ TAK SŁABEGO JAK TY... UNDYNE BĘDZIE MNĄ SZCZERZE ZAWIEDZIONA. NIGDY NIE DOŁĄCZĘ DO KRÓLEWSKIEJ STRAŻY...
Podeszłam do niego powoli, uważając na swą kiepską kondycję. Nie wiedząc, w jaki sposób go pocieszyć, po prostu poklepałam go po plecach. Nie zwrócił na to uwagi, tylko ciągnął:
- ...A ILOŚĆ MOICH PRZYJACIÓŁ POZOSTANIE STAŁA! CZYLI NIEWIELKA.
- Hej, przecież udało ci się schwytać mnie już dwa razy! - zawołałam wesoło, poklepując go mocniej. - Teraz miałam wyłącznie szczęście.
- NIE POWINNAŚ MIEĆ SZCZĘŚCIA W WALCE ZE MNĄ, WIELKIM PAPYRUSEM! POWINIENEM CHWYTAĆ CIĘ RAZ ZA RAZEM!
- Ale...
- ŻADNYCH ALE! DOCENIAM, CZŁOWIEKU, IŻ PRÓBUJESZ MNIE POCIESZYĆ, LECZ TO NA NIC. MOJE MARZENIA LEGŁY W GRUZACH.
- Cóż... Te o respekcie i straży królewskiej to może i nawet... Jednakże... Jeśli chcesz, mogę zostać twoją przyjaciółką! - wyrwałam się entuzjastycznie, nie myśląc nawet nad tym, co mówię.
Szkielet wbił we mnie zaskoczonne spojrzenie, był na pewno nie bardziej zdziwiony tą propozycją niż ja sama.
- NAPRAWDĘ?
*Naprawdę?!
- Naprawdę.
*Ty chyba oszalałaś.
Mam tylko gorączkę.
- CÓŻ! - Papyrus rozejrzał się, jakby sprawdzał, czy nie ma żadnych świadków naszej rozmowy. - SKORO TAK PRZEDSTAWIA SIĘ SYTUCJA, PRZYPUSZCZAM, ŻE MOGĘ UCZYNIĆ DLA CIEBIE TEN WYJĄTEK! WOWIE! NIE MIELIŚMY JESZCZE NAWET NASZEJ PIERWSZEJ RANDKI, A JA JUŻ UDERZYŁEM DO FIRENDZONE'U!
Walczyły we mnie dwie potrzeby - wybuchnięcia śmiechem i zaskrzeczenia w starym, pterozaurowym stylu, bo chociaż cała sytuacja była po prostu zabawna, to nadal działałam wbrew narzuconym sobie regułom, że nie wspomnę o wstydzie, rozbudzonym na nowo przez samą wzmiankę o randce.
- Źle ci z tym...?
- ALEŻ SKĄD! TEN STAN JEST NIEBYWALE ZADOWALAJĄCY, PONIEWAŻ CZYNI NAS PRZYJACIÓŁMI! KTÓŻBY PRZYPUSZCZAŁ, ŻE ABY ZDOBYĆ KUMPLI, POTRZEBUJĘ JEDYNIE OKROPNYCH ZAGADEK ORAZ WALKI Z NIMI? WIELE MNIE NAUCZYŁAŚ, CZŁOWIEKU, DLATEGO WYJĄTKOWO UDZIELAM CI PRZYZWOLENIA, BYŚ SZŁA DALEJ!
O niczym innym nie marzyłam. Mogłam ruszać w zasadzie natychmiast, jednak Papyrus nadal rozwodził się nad czymś, a nie chciałam mu przerywać.
- CO WIĘCEJ! DAM CI WSKAZÓWKI, JAK WYDOSTAĆ SIĘ NA POWIERZCHNIĘ.
Tego akurat nie potrzebowałam - nawet z moim brakiem orientacji przestrzennej wiedziałam już, że muszę jedynie kierować się cały czas przed siebie.
- Muszę dojść do stolicy, prawda? - kichnęłam, strumień wyrzuconego powietrza był na tyle silny, że zakręciło mi się w głowie.
- OWSZEM! PO DOTARCIU NA MIEJSCE PRZEKROCZ BARIERĘ, TO MAGICZNA PIECZĘĆ, KTÓRA NAS TU WIĘZI. KAŻDY MOŻE PRZEZ NIĄ WEJŚĆ, LECZ NIKT NIE JEST W STANIE WYJŚĆ. OCZYWIŚCIE NIKT, KTO NIE MA POTĘŻNEJ DUSZY, JAK CHOĆBY TY!
Potężna dusza? Wolne żarty. Szkielet, zajęty udzielaniem rad, nie zauważył braku mojej uwagi.
Nieważne, jak prezentowałam się w oczach potworów. Dobrze wiedziałam, że człowiek ze mnie wątły, zarówno na płaszczyźnie fizycznej, jak i psychicznej. Moja dusza, blada i wiecznie drżąca stanowiła odbicie słabości reprezentowanej przez ciało.
- Pierwszy raz widzę tak wyblakłą duszę. Czerwona jest chyba wyłącznie na słowo honoru.Nim wszystko zresetowałam, mogłam poszczycić się prawdziwie potężną duszą. Każdy zabity potwór dawał mi siłę wpisaną w magię go budującą. Każda śmierć dawała mi siłę w postaci wiedzy i determinacji.
Po każdej porażce wracałam silniejsza. Szybsza. Zwinniejsza. Lepsza w swojej roli.
Bardziej okrutna.
Teraz znowu byłam słaba, jednak nie tak słaba, jak wtedy, gdy spadłam do Podziemi. Po resecie w mojej duszy zachowało się nieco czerwieni, nie wiedziałam jednak, czy powinnam się z tego cieszyć, czy raczej niepokoić. Nie rozumiałam, dlaczego nie straciłam całej barwy ani nie pojmowałam znaczenia tego faktu. Ponieważ nie mogłam nic z tym na razie zrobić, postanowiłam się tym nie przejmować.
Potrzebowałam trwać w swojej ignorancji tak długo, jak to możliwe. Czułam się dzięki temu spokojniejsza.
- ...TO OLBRZYMI WŁOCHACZ!
Otrząsnęłam się, gdy głos Papyrusa dotarł wreszcie do mojej świadomości. Ile przegapiłam? Potarłam skronie.
- K-kto...?
- NASZ KRÓL, KRÓL ASGORE DREEMURR! CZŁOWIEKU, CHYBA MNIE SŁUCHASZ, PRAWDA?
*Kompletnie nie.
- T-tak, oczywiście!
- TO DOSKONALE! ZATEM, JAK MÓWIŁEM, WYSTARCZY, ŻE GRZECZNIE GO SPYTASZ...
Powstrzymałam go przed wznowieniem monologu wyciągniętą dłonią.
- Papyrusie, serdecznie dziękuję ci za wskazówki, niewątpliwie mi się przydadzą. Ale teraz... Nie mam czasu, byś dalej mógł mi dobrze radzić. Muszę już iść.
Skłoniłam się. Nie chciałam tak niekulturalnie mu przerywać, ale natężenie dreszczy wstrząsających mym ciałem było już nie do zniesienia. Szczęśliwie Papyrus nie miał mi tego za złe.
- ALEŻ OCZYWIŚCIE, DROGI CZŁOWIEKU, TO ZROZUMIAŁE. PROSZĘ SERDECZNIE, DROGA WOLNA - wskazał wielkopańskim gestem na pokrytą śniegiem ścieżkę. - JA TYMCZASEM RUSZAM DO DOMU, BYĆ COOL PRZYJACIELEM! CZUJ SIĘ SWOBODNIE, BY WPAŚĆ NA TĘ RANDKĘ!
Poważnie się rozkaszlałam, Papyrus natomiast pomachał mi na pożegnanie i ruszył w kierunku miasteczka. Odprowadziłam go wzrokiem, ocierając kaszlem wyduszone łzy. Spodziewałam się, że ostatni raz widziałam się z Papyrusem. Nie planowałam go odwiedzać. Nie mogłam. Przyjaźń z nim po prostu mi się nie należała. Wiedziałam, że musiałam dostać się do końca Podziemi, naprawiając swoje błędy, przekroczyć Barierę i wrócić do swojego świata, zapominając o całej historii.
Nagle usłyszałam trzaskającą gałązkę. Podskoczyłam i
obejrzałam się lękliwie w kierunku lasu, serce biło stanowczo zbyt
szybko. Zdążyłam tylko dostrzec przemykający między drzewami cień, który
momentalnie zniknął.
Byłam obserwowana? Nie, to zbyt niedorzeczne. Pewnie zauważyłam tylko potwora, spieszącego się do swoich spraw.
Zmarzlina powoli znikała, ukazując kamienie i żwir, którymi wybrukowano ścieżkę. Las zastąpiły wodospady o niezauważalnym dla obserwatora, wysoko ulokowanym źródle, natomiast rzeka, dotychczas mi towarzysząca, skręciła w lewo, wciąż niosąc ze sobą lodowe bloki. Powietrze ociepliło się, przesycone wilgocią osiadało na dnie płuc przy każdym oddechu. To wzmogło mój kaszel.
Moim oczom ukazała się kolejna budka wartownicza, gdzie czuwał Sans. Obok stacji rósł śliczny, jasnoniebieski kwiat, przy którym oczekiwał rybi potwór, wodzący znudzonym spojrzeniem dookoła. Z krawędzi ścieżki wypływał wodospad; przyglądał mu się ledwo odrosły od ziemi dzieciak, rozpoznałam w nim potworka ze Snowdin.
Zdziwiła mnie nieco obecność Sansa, byłam przekonana, iż stacjonuje wyłącznie w lesie Snowdin. Podeszłam do niego, spragniona informacji.
- Tu też pracujesz? - zagaiłam, zapominając na chwilę o uprzejmościach. Szkielet zaśmiał się krótko.
- A co, nigdy wcześniej nie widziałaś gościa z dwiema pracami na raz?
- O dziwo, widziałam i nigdy nie wierzyłam własnym oczom. W sumie nigdy im nie wierzę, nie mogę.
- Wiesz, dwie prace oznaczają dwa razy więcej legalnych przerw - przeciągnął się, wstając z krzesełka. - Właśnie wybierałem się do Grillby's. Chcesz iść ze mną?
- Grillby's?
- Knajpa z najlepszym ketchupem w całym Podziemiu. No, frytki i burgery też ma niezłe.
Nadal balansowałam na granicy choroby, jednak perspektywa posiłku wydawała się zbyt kusząca. Żołądek zawtórował myślom.
Głodna nie wytrzymam choroby - argument ten był dla mnie przesądzający.
- Jeśli to nie problem, to chętnie.
- Dobra, skoro nalegasz, odciągnę się od roboty - wyszczerzył się jakby szerzej, wychodząc zza budki. - Znam skrót, ale lepiej będzie, jeśli złapiesz mnie za rękę.
- To nie jest kolejny dowcip, co? - zmrużyłam podejrzliwie oczy, chwytając kościstą dłoń. Szczęśliwie nie padłam ponownie ofiarą żartu z poduszką. Sans mrugnął porozumiewawczo.
- Nikt się nie łapie dwa razy na to samo. Dobra, idziemy.
Przeszliśmy zaledwie kilka metrów, kiedy nagle zostałam niemal zmiażdżona przez masy powietrza, które niespodziewanie natarło na nas ze wszystkich stron. Czułam się niczym w splocie olbrzymiego dusiciela, nie mogłam nawet oddychać ani zawołać na szkielet, że zaraz zginę. Było to gorsze nawet od niebieskiej duszy.
Ciśnienie opadło po kilku sekundach. Kolejny raz w ciągu dnia padłam na kolana, bliska omdlenia. Wydawałam przy tym odgłosy tak bliskie agonalnemu rzężeniu, że dwa potwory odwróciły się w naszą stronę, zdumione zamieszaniem.
- Zsiniałaś - na twarzy Sansa wymalowało się umiarkowane poczucie winy. - Wszystko gra? Mogłem w sumie ostrzec, że to potrafi namieszać w głowie.
- Dam radę - wycharczałam, wstając. Odniosłam mały sukces, bo mimo silnej potrzeby, nie zwymiotowałam, chociaż doniosłość tego umniejszał fakt pustki w żołądku. Otrzepałam kolana z kurzu zaściełającego drewnianą podłogę i wyszczerzyłam się. - Nigdy więcej nie chcę przez to przechodzić.
- To zrozumiałe. Dobra, siadamy? - wskazał na kontuar, za którym stał ubrany w strój kelnera żywy płomień, zajęty polerowaniem szklanki. Nieco przygasł na widok Sansa, w przeciwieństwie do klienterii. Zebrane w barze potwory witały się ze szkieletem serdecznie, wręcz po przyjacielsku. Nawet nieco wstawiony królik otrzeźwiał momentalnie na tyle, by go pozdrowić.
- Hej, Sans, nie byłeś tu przypadkiem kilka minut temu na śniadaniu? - zainteresował się oparty o blat baru ptasi potwór. Przed nim stała do połowy opróżniona szklanka jakiegoś mętnego płynu.
- Nie-e, na śniadaniu byłem pół godziny temu. Musisz mówić o brunchu - odpowiedź Sansa wzbudziła powszechną wesołość, nawet Lesser Dog, zajęty samotną grą w karty, roześmiał się szczekliwie.
- Masz wielu znajomych, jak mniemam - zapatrzyłam się na stolik, przy którym siedzieli psi przedstawiciele straży królewskiej. Przełknęłam nieco głośniej ślinę, widząc olbrzymi topór, dzierżony przez Dogaressę.
- Sporo. Głównie dzięki mojej pracy, wiesz, stacjonowanie w oczekiwaniu na człowieka to jedno z zadań straży.
- Chwila, zatem jesteś strażnikiem? - pogubiłam się. Skoro wraz z Papyrusem działali w lesie jako patrol...
- Nie do końca. To w sumie na tyle skomplikowane, że potrzebowałabyś wyjaśnienia, ale niespecjalnie mam na to siłę. Powiedzmy, że stróżuję na pół etatu.
- A Papyrus? - nim zajęłam miejsce przy kontuarze, upewniłam się, iż nie oczekuje mnie żadna "niespodzianka". Opłaciło się to, ponieważ tym sposobem uniknęłam naszykowanej poduszeczki. Podniosłam ją i podałam Sansowi. - To chyba twoje.
- No proszę. Kto by pomyślał, że zostawiłem ją akurat tutaj - roześmiał się, chowając rekwizyt do kieszeni. Zajęliśmy swoje miejsca. - Co do twojego pytania - Papyrus patroluje Snowdin na własną rękę. Za wszelką cenę chce zostać strażnikiem i szczerze wierzy, że schwytanie człowieka mu to umożliwi.
- Cóż. Złapał mnie, zatem posadę ma chyba w kieszeni, co?
- Niezupełnie.
Zdziwiłam się, ale nim zdążyłam poprosić o dalsze wyjaśnienia, wyjął z bluzy grzebyk i zaczął nim przejeżdżać raz za razem po czaszce. Miałam tylko nadzieję, że mój wzrok, utkwiony w grzebieniu, nie jest zbyt oscentacyjny.
- Co sądzisz o moim bracie? - po krótkiej toalecie Sans ponownie na mnie spojrzał. Przypomniałam sobie, że już wcześniej zadał mi to pytanie, przy jednej z zagadek w lesie.
Kiedy to było.- Hm... po tym wszystkim mogę stwierdzić, że z Papyrusa jest całkiem równy... kość - uśmiechnęłam się szeroko, szkielet parsknął aprobująco.
- No wiem. Heh, też byłabyś tak spoko jak on, gdybyś dzień w dzień chodziła w takim wdzianku.
- Nie sądzę, by moje kości zniosły ciężar spoko odzienia. Tym bardziej podziwiam Papyrusa.
- Taa. Wiesz, że zdejmuje "bojowe ciało" tylko wtedy, gdy musi? A musi rzadko.
- A pranie?
- Wystarczy, że nosi to nawet pod prysznicem.
Powstrzymałam się od wyobrażeń na ten temat.
- Właśnie, zamawiamy coś? - skrzywiłam się, gdy żołądek wykonał salto.
- A, taa. Co byś chciała?
- Frytki - odparłam bez zastanowienia.
- Brzmi świetnie. Hej, Grillby - Sans skinął dłonią na ognistego potwora. - Podwójna porcja frytek.
Płomień westchnął krótko, po czym udał się do kuchni.
- Czyżby nie cieszył się z twojej obecności? - wskazałam na drzwi, za którymi zniknął Grillby.
- A gdzie tam.To po prostu taki zimny typ.
Nawet gdybym chciała, nie umiałabym powstrzymać się od śmiechu. Chichotałam, dopóki płomień nie wrócił, niosąc dwa talerze pełne frytek. Pyszny zapach zmusił jelita do szybszych skurczów.
- Bone apettite. Ketchupu? - nie wiedziałam, skąd Sans wziął butelkę, nie zauważyłam. Wzruszyłam ramionami, uśmiechnięta.
- Chętnie.
Przechyliłam butelkę nad swoim talerzem, wtedy to korek, najwidoczniej źle dokręcony, odpadł, zaś czerwona maź przykryła gęstym płaszczem całą porcję.
- Szlag! - syknęłam, patrząc na pobojowisko. - Naprawdę chciałam to zjeść.
- Hej, nie szkodzi, możesz wziąć moje - nim zdążyłam zareagować, szkielet błyskawicznie zamienił talerze.
- Oh. Cóż, dzięki.
- Nie ma problemu. I tak nie jestem głodny.
Chwyciłam frytkę i ostrożnie ją ugryzłam. Smakowała świetnie.
- Wiesz. Spoko czy nie, trzeba przyznać, że Papyrus naprawdę się stara.
Ponieważ miałam w ustach ziemniaczaną miazgę, nim odpowiedziałam, przełknęłam ją. Pokiwałam głową.
- To fakt.
- No choćby z tym dostaniem się do straży królewskiej. Raz poszedł do domu szefowej straży i błagał ją o wcielenie. Oczywiście ta zamknęła mu drzwi przed nosem, w końcu była północ. Ale następnego dnia, gdy się obudziła, zastała go cierpliwie czekającego na progu.
Zdeterminowany, nie powiem.- Widząc jego zaangażowanie, zdecydowała się szkolić go na wojownika. To... Hm... Ten trening jest wciąż w toku.
- Jak długo już...?
- Bo ja wiem? Na pewno minęło sporo czasu.
Podrapałam się w nos. Coś mi tu nie grało.
- I do tej pory Papyrus nie stał się dostatecznie dobry?
Sans westchnął.
- Pamiętasz, co powiedziałem, kiedy prosiłem cię o poprawienie mu humoru? - szkielet odwrócił na chwilę wzrok.
- Nie jest groźny. Nawet jeśli próbuje taki być.
Zamiast odpowiedzieć, spojrzałam na stolik zajęty przez psy. Na pierwszy rzut oka budziły lęk - posturą, uzbrojeniem. Potem pomyślałam o Papyrusie.
- Rozumiem - odchrząknęłam, mocząc kolejną frytkę w ketchupie.
- To dobrze.
- To jak wygląda ten "trening"...?
- Lekcje gotowania.
- Oh. No, w sumie łyżki to całkiem morderczy oręż.
Szkielet roześmiał się.
- Faktycznie. Gotowanie z Undyne jest naprawdę ekstremalne. Już kilka razy spaliła sobie dom.
Uśmiechnęłam się tylko, wyobrażając sobie przebieg "szkolenia". Niewątpliwie musiały być to wysoce rozrywkowe godziny.
Pomilczeliśmy kilka sekund. Ciszę postanowił przerwać Sans.
- Słuchaj, tak w zasadzie to chciałem z tobą o czymś pogadać.
W mojej głowie rozbrzmiała syrena alarmowa, napięłam mięśnie i zaczęłam prędko wymyślać usprawiedliwienia na każdą wymówkę. Mimo gorączki poczułam, jak z twarzy odpływa mi krew. Również szkielet zwrócił na to uwagę.
- Dobrze się czujesz?
Zaprzeczyłam ruchem głowy.
- Przemarzłam i chyba jestem chora - wymamrotałam słabo. - Takie tam ludzkie problemy.
- Uh, okay. Zatem postaram się streszczać. Słyszałaś kiedyś o mówiących kwiatach?
Dałam sobie czas do namysłu. Nie przychodziło mi do głowy nic oprócz Flowey'a, ale w głębi duszy nie sądziłam, by to o nim była mowa. Dlatego wzruszyłam ramionami.
- Raczej nie.
- No to teraz usłyszysz. Kwiaty echo. Rosną tu, znaczy w Wodospadach, niemal wszędzie. Powiedz im coś, a zaczną to powtarzać w kółko i w kółko. Co o tym sądzisz?
- To naturalne rośliny?
- Nie, zostały wyhodowane na polecenie króla przez ostatniego królewskiego naukowca. W każdym razie, to było wprowadzenie do tematu. Papyrus powiedział mi ostatnio coś interesującego... Czasem, kiedy nikogo nie ma w pobliżu, pojawia się mały kwiat, szepczący różne rzeczy. Schlebia mu, radzi, zachęca. Przewiduje...
- To źle...? - nie widziałam w tym jakiegoś większego zagrożenia. - Chyba byłoby gorzej, gdyby ten kwiat go obrażał, co?
- Nie sądzisz jednak, że to dziwne? - Sans wydawał się być zaniepokojony. - Skoro ktoś zadaje sobie tyle trudu, by wytresować kwiat echo, po co? Nie mógłby mówić mu tych "miłych rzeczy" twarzą w twarz...?
- Może brak mu twarzy? - po minie szkieletu pojęłam, że to nieodpowiedni moment do żartów. Spuściłam głowę. - Wybacz.
- Nie szkodzi. Tak czy siak, sądzę, że ktoś używa kwiatu wyłącznie po to, by zabawić się kosztem mojego brata. Będziesz miała na to oko?
- Tak, jasne. Znaczy... Uhh, na Papyrusa czy w ogóle na podejrzaną florę?
- I na niego, i na chwasty.
- W porządku - westchnęłam, nagle zmartwiona.
Nie powinnam wspomnieć o Flowey'u...?
*Nie. To nie jego sprawa, tylko twoja.
Zadrżałam, Głos brzmiał ostro.
- Dzięki - szkielet zamknął oczodoły, wyglądał na spokojniejszego niż na początku rozmowy o kwiatach. - No. To była długa przerwa.
Zszedł ze stołka.
- Nie mogę uwierzyć, że odciągnęłaś mnie od pracy na tak długo.
- Nie powiem, żeby było to bardzo trudne - roześmiałam się, przełknąwszy ostatnią frytkę. - A ty sam nie wyglądasz na niezadowolonego z tego powodu.
- Przejrzałaś mnie, znowu. A, słuchaj, tak swoją drogą... Jestem kompletnie spłukany. Mogłabyś zapłacić za mnie? To tylko dziesięć tysięcy.
Nim usłyszałam kwotę, byłam gotowa okazać dobre serce i uiścić należność, ale w tym momencie kompletnie osłupiałam. Dziesięć tysięcy? Nawet nie wyobrażałam sobie takiej ilości pieniędzy, nie wspominając o posiadaniu jej.
- Chyba żartujesz - odkaszlnęłam, piorunując go wzrokiem.
- Heh, no tak, to tylko dowcip. Grillby, dopisz mi to do rachunku.
Płomień również posłał szkieletowi niechętne spojrzenie znad okularów, ale chyba nie miał innego wyjścia. Mogłam wyłącznie przypuszczać, jak długi był to rachunek. Tymczasem Sans jak gdyby nigdy nic pomaszerował w stronę drzwi, żegnając wszystkich. Tuż przed opuszczeniem baru obrócił się niespodziewanie i zawołał w moją stronę:
- Miałem coś jeszcze ci powiedzieć... Ale wygląda na to, że zapomniałem. No to cześć.
- Cześć - wymamrotałam, patrząc na jego plecy. Potarłam skroń i przeniosłam swój wzrok na talerz. Zostało mi jeszcze kilka kęsów, ale nie mogłam nic już przełknąć, miałam zbyt suche gardło. Chciało mi się pić.
- U-uhum...? Przepraszam...? - machnęłam nieśmiało dłonią, usiłując zwrócić na siebie uwagę Grillby'ego. Płomień, nie przerywając polerowania szklanki, spojrzał na mnie jakby niechętnie. Znowu zaczęłam kaszleć. - Czy mogłabym... prosić o szklankę wody?
Gdyby mógł spalać spojrzeniem, już od dobrych kilku sekund byłabym wyłącznie rozżarzoną kupką popiołu. Westchnął i ponownie udał się do kuchni, ja natomiast zaczęłam się zastanawiać, ile mnie to będzie kosztować, skoro za dwa talerze frytek należało zapłacić małą fortunę.
Grillby postawił przede mną nieco obtłuczoną szklankę pełną przezroczystej cieczy. Chwyciłam ją desperacko i jednym haustem osuszyłam prawie połowę. Od razu poczułam się lepiej.
- Dziękuję. To ile się...
- Daj spokój - Grillby machnął ręką. - To też dopiszę mu do rachunku.
Zamrugałam zdziwiona, by po chwili skinąć głową z wdzięcznością. Ponownie przechyliłam szklankę, rozkoszując się nieco zbyt ciepłą wodą. Naczynie w oka mgnieniu zrobiło się puste.
Rozejrzałam się po barze. Ciekawe, że nikt nie usiłował mnie zaczepiać, chociaż byłam bezbronna i pozostawiona samej sobie. Może pomógł mi fakt, iż przyszłam tu z Sansem. Albo nikt nie widział we mnie już zagrożenia, skoro podczas Stanu wykazywałam się uprzejmością.
Wkrótce wyczyściłam też talerz. Nasycona, mogłam w zasadzie już wychodzić, ale za bardzo odpowiadało mi ciepło lokalu. Płuca nie domagały się odkrztuszania niczego, mogłam nawet oddychać nieco przez nos. Zapatrzyłam się na szafę grającą, ustawioną w samym rogu sali. Wyglądała na popsutą.
Drgnęłam.
Szafa grająca...?
Zajrzałam przez okno do wnętrza baru. Opustoszały, znakomicie. Oderwałam nos od szyby i pchnęłam skrzydłowe drzwi, zaskakująco ciężkie. Owionął mnie zapach kiepskiej jakości tłuszczu i rozcieńczonego alkoholu. Czyżby i pod ziemią lubiono sobie wypić? Uśmiechnęłam się krzywo.
Na stolikach leżały pospiesznie rzucone karty, towarzyszyły im butelki. Podłoga skrzypiała przy każdym moim kroku, ten dźwięk przypominał mi o opuszczonych budynkach, które czasami penetrowałam ze znajomymi.
Zauważyłam samotną szafę grającą, ustawioną obok baru. Podeszłam do niej, zaciekawiona widokiem takiego reliktu. Jako dziecko dwudziestego pierwszego wieku o sprzęcie tego pokroju wiedziałam co najwyżej z filmów.
Szybka była rozbita, guziki poprzecierane. Pogładziłam ostrożnie urządzenie.
*Co się tak nad tym rozczulasz?
Nie rozczulam.
Zostawiłam szafę w spokoju i usiadłam na brzegu tapicerowanej ławki. Byłam skrajnie zmęczona, a nie miałam gdzie się zaszyć, by chociaż trochę odpocząć. Gdy sprawdzałam zajazd, okazało się, że nie mogę wejść na górę. Uznałam, że skoro bar jest pusty, mogę tu trochę posiedzieć i nabrać sił przed walką z tym żałosnym...
Do rzeczywistości sprowadziło mnie potężne kichnięcie, dzięki Bogu utrzymałam się na stołku.
Miejsce już wcześniej wydawało mi się znajome, ale zajęta rozmową ze szkieletem nie zwróciłam na to uwagi, poza tym było tu stanowczo żywiej niż zapamiętałam. Zeskoczyłam ze stołka i niemal biegiem dopadłam do drzwi. Otwierając je, o mało nie wyrwałam skrzydeł z zawiasów.
Uderzył we mnie arktyczny prawie podmuch Snowdin.
*Tak się kończy ufanie szkieletowi.
Stul dziób z łaski swojej - natychmiast zaczęłam kaszleć, co jednocześnie wymusiło na mnie łzy. Nie mogłam uwierzyć, że znowu znalazłam się w mieście, skrót Sansa na to nie wskazywał i poczułam się odrobinę oszukana.
Nadal rozkaszlana, zamknęłam za sobą drzwi, by nie narazić się na złość klientów czy samego Grillby'ego. Skulona, zaczęłam powoli pełznąć w kierunku końca miasta, modląc się, by tym razem nic mi nie przeszkodziło.
Kolejne starcie z chłodem pogorszyło mój stan. Kaszel nie ustawał, okulary były umazane łzami. Bałam się, że lada moment zacznę wykasływać krew lub nawet strzępy mięsa. Bałam się, że umrę, i nawet perspektywa odrodzenia się przy jednej z gwiazd nie napawała mnie optymizmem.
Wszystko zaczęło mnie boleć. Wargi, wysychające powoli, odkąd opuściłam Ruiny, w końcu pękły. Zlizałam szybko krew.
Nie chcę umrzeć. Nie chcę zamarznąć.
Droga ciągnęła się w sposób przeczący prawom fizyki. Mijałam dopiero skrzynki na listy przed domem szkielebraci i już wiedziałam, że dalej nie zabrnę. Serce kołatało, wyczerpane. Jakby za chwilę miało pęknąć.
Zwykłe ułożenie się na ośnieżonej drodze i oczekiwanie na zatrzymanie akcji serca nie wydawało mi się dość dramatyczne, dlatego zmusiłam się do pokonania ostatnich metrów dzielących mnie od szopy. Otworzyłam ją, wślizgnęłam się do środka i upadłam, dorabiając się kilku nowych siniaków. Nie miałam nawet dość sił, by jęknąć z bólu, zamiast tego pozwoliłam powiekom opaść i tak czekałam na zmartwychwstanie.
- ZATRZYMAJ SIĘ, GDY DO CIEBIE MÓWIĘ!
Bo co? Cóż mi zrobisz? Powstrzymasz mnie?
- JA, WIELKI PAPYRUS, MUSZĘ COŚ POWIEDZIEĆ.
- To się streszczaj - syknęłam. Nie chciałam z nim walczyć. Oprócz kilku miernej jakości zagadek, które i tak zignorowałam, nic mi nie zrobił, przynajmniej do tej pory. Nie musiałam go krzywdzić.
- PO PIERWSZE, JESTEŚ JAKIMŚ NIEWIARYGODNYM DZIWADŁEM!
- Powiedz mi coś, czego nie wiem.
- CZŁOWIEKU, PROSZĘ, NIE PRZERYWAJ! NIE MÓWIĘ TEGO WYŁĄCZNIE DLATEGO, ŻE NIE LUBISZ ZAGADEK. LECZ SPOSÓB, W JAKI SIĘ PRZEMIESZCZASZ... TO, ŻE TWOJE DŁONIE ZAWSZE POKRYWA PYLISTY PROSZEK... CZUJĘ, ŻE TWOJE ŻYCIE ZMIERZA NA NIEBEZPIECZNE TORY.
Czyli to zauważył. Czyli nie był tak ślepy jak zakładałam.
- JEDNAKŻE! JA, PAPYRUS, WIDZĘ W TOBIE OGROMNY POTENCJAŁ! KAŻDY MOŻE BYĆ WSPANIAŁĄ OSOBĄ, JEŚLI TYLKO PRÓBUJE!
*Nie każdy, mój drogi.
- RÓWNIEŻ JA STARAM SIĘ ZE WSZYSTKICH SIŁ! NYEH HEH HEH HEH!
*To jest żałosne.
Głos stawał się coraz bardziej uporczywy. Słyszałam go częściej niż własne myśli.
*Rusz się.
Chociaż nie chciałam tego, mechanicznie wykonałam dwa kroki. Papyrus natomiast o jeden się cofnął.
- HEJ, NIE RUSZAJ SIĘ! TO JEST WŁAŚNIE TO, O CZYM MÓWIĘ! CZŁOWIEKU! MYŚLĘ, ŻE POTRZEBUJESZ PORADY!
*Myślę, że się mylisz.
- KTOŚ MUSI TRZYMAĆ CIĘ NA WŁAŚCIWEJ DRODZE! LECZ NIE MARTW SIĘ! JA Z RADOŚCIĄ MOGĘ ZOSTAĆ TWOIM PRZYJACIELEM I OPIEKUNEM.
Zwiesiłam głowę.
Nie, Papyrusie, nie możesz.
- MOGĘ CI POMÓC!
Nie możesz.
Znowu podeszłam bliżej, tym razem się nie odsunął.
- WIDZĘ, ŻE TO APROBUJESZ. CZYŻBYŚ PROPONOWAŁA AKCEPTACYJNE PRZYTULENIE? WOWIE! MOJE LEKCJE NARESZCIE DZIAŁAJĄ!
Byłam na granicy płaczu. Słowa szkieletu, pełne nadziei i entuzjazmu, trafiały do tego ochłapu mięsa, które dawniej było moim sercem. Mogłam to przyjąć. Mogłam się zmienić. Ktoś dawał mi szansę. Bardzo chciałam z niej skorzystać.
- WITAM CIĘ Z OTWARTYMI RAMIONAMI!
Uśmiechnęłam się szeroko, kiedy otoczył nas Stan. Wystarczyło tylko go objąć.
Wtedy poczułam przejmujący ból głowy.
*Co ty sobie wyobrażasz? Że on to robi z dobroci serca? Hę? Ty naiwna kretynko.
Paskudny chichot przeszył moją czaszkę
*Omamił cię. On nie chce twojej "przyjaźni". Jesteś mu potrzebna wyłącznie po to, by Undyne przyjęła go w końcu do królewskiej straży. Widzi w tobie wyłącznie przepustkę do spełnienia marzeń.
Serce kołatało w piersi, gotowe lada moment pęknąć.
*Zaufaj mu. Proszę, droga wolna.
*Tylko nie miej do nikogo pretensji, gdy cię zdradzi.
Nie mogłam oddychać.
Papyrus czekał.
*A zdradzi cię na pewno.
Nie pozwolę mu na to.
Jedno proste cięcie oddzieliło czaszkę od kręgosłupa. Dźwięk stali drażniącej kość rozniósł się po Stanie echem.
- C-CÓŻ... NIE JEST TO COŚ, CZEGO OCZEKIWAŁEM... - czaszka potoczyła się pod moje nogi, natomiast całe ciało rozpadło się w pył. - L-LECZ...! NA-NADAL W CIEBIE WIERZĘ! MOŻESZ BYĆ... ODROBINĘ LEPSZĄ OSOBĄ! NAWET JEŚLI TY TAK NIE SĄDZISZ! O... OBIECUJĘ...
Do ostatniej chwili spoglądał na mnie, pełen wiary.
Proch, który po nim pozostał, przywarł do moich butów. Oprócz szarego proszku została po nim jego peleryna. Teraz zauważyłam, jak bardzo przypominała ona mój szal.
W nagłym odruchu zerwałam go z szyi i cisnęłam na śnieg. Nie wierzyłam w to, co zrobiłam.
Dostałam szansę na odkupienie swoich czynów i zdeptałam ją, tak jak zdeptałam wszystko do tej pory.
Gdzieś w lesie trzasnęła gałąź. Usłyszałam kroki na śniegu. Nie mogłam tu zostać.
- Przepraszam...! Przepraszam was...! Przepraszam...! - rzucałam się na wszystkie strony, trawiona poczuciem winy. Nie mogłam od tego uciec. To mnie pożerało od środka. Nie chciałam stawać twarzą w twarz ze swoimi błędami, dlatego nie otwierałam oczu.
- CZŁOWIEKU, NIE WIDZĘ POWODU, DLA KTÓREGO MIAŁABYŚ PRZEPRASZAĆ, NIE ROZUMIEM TYLKO, CO ROBISZ W STREFIE SCHWYTANIA, SKORO POZWOLIŁEM CI IŚĆ! - zostałam przez kogoś podniesiona. Nadal miotałam się, błagając o wybaczenie.
- CZŁOWIEKU, PROSZĘ, POWSTRZYMAJ SIĘ OD TYCH GWAŁTOWNYCH RUCHÓW, NIE MOGĘ CIĘ UTRZYMAĆ!
- Papyrus...? - rozchyliłam powieki, ciężko oddychając. Usta miałam suche niczym papier ścierny, pęknięcia oblepiła zaschnięta krew, natomiast włosy na czole skleił pot. - Papyrus, wszystko w porządku...?
- ZE MNĄ OWSZEM, LECZ Z TOBĄ JUŻ NIE! CZŁOWIEKU, CO CI JEST?
- Mnie...? Nic... Jestem tylko chorym śmieciem, możesz mnie zostawić na podłodze? Jeszcze coś ci się stanie.
- BREDZISZ, CZŁOWIEKU, CÓŻ MIAŁOBY SIĘ STAĆ MNIE, WIELKIEMU PAPYRUSOWI?
Dekapitacja?
- OCZEKIWAŁEM CIĘ W DOMU, SĄDZIŁEM, ŻE LADA MOMENT STAWISZ SIĘ NA SPOTKANIE. NAGLE ZAUWAŻYŁEM ZA OKNEM, JAK NIEZDARNIE IDZIESZ PRZED SIEBIE. WYSZEDŁEM I ZAWOŁAŁEM ZA TOBĄ, ALE MNIE NIE SŁYSZAŁAŚ, TYLKO WESZŁAŚ DO STREFY SCHWYTANIA! ZOSTAWIŁAŚ TU COŚ?
Zdrowy rozsądek.
- Tak myślałam... Ale chyba nie... - kaszlałam.
- NIE BRZMI TO DOBRZE. CZŁOWIEKU, CO CI DOLEGA?
- Chyba przemarzłam... - skuliłam się w ramionach szkieletu. Wyniósł mnie z szopy, prosto na ziąb, którego już nie odczuwałam, dręczona przez gorączkę. - Czekaj, co robisz...?
- NIE MOGĘ POZWOLIĆ, BY MOJA NOWA PRZYJACIÓŁKA ŹLE SIĘ CZUŁA! ZABIERAM CIĘ DO DOMU, CZY TO NIE OCZYWISTE?
- Domu...? Ale czy to nie jest w drugim końcu Podziemia...?
- NIE MAM NA MYŚLI NASZEJ STOLICY, DROGI CZŁOWIEKU. MÓWIĘ O NASZYM DOMU, MOIM I MOJEGO BRATA! - energiczny krok Papyrusa powodował, że nieco mną trzęsło. Poczułam, jak treść żołądka podchodzi mi do gardła. - MUSZĘ TERAZ ZADBAĆ, ABYŚ POCZUŁA SIĘ LEPIEJ. TAK ROBIĄ PRZYJACIELE, PRAWDA?
Skinęłam słabo głową. Próba powiedzenia czegokolwiek mogła zakończyć się zwróceniem frytek z Grillby's.
- ZATEM WŁAŚNIE! HEJ, TO BĘDZIE PRAWIE JAK NOCOWANKA, CZYŻ NIE?
Ponownie odpowiedziałam wyłącznie ruchem głowy.
- NIE MARTW SIĘ, CZŁOWIEKU! JA, PAPYRUS, POSTARAM SIĘ SZYBKO POSTAWIĆ CIĘ NA NOGI.
Uśmiechnęłam się szeroko.
- Dziękuję... - wymamrotałam, zapadając w pustkę, gdzie nie sięgają sny.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Jeśli Ci się spodobało, masz uwagi, zażalenia lub któryś aspekt historii nie daje Ci spokoju - zostaw, proszę, komentarz!